poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Raporty końcowe MAK i min. Millera wiarygodne na 66,7 proc. (1)



Jak wiemy, niemal od samego początku, tj. od 10 kwietnia 2010 r. panowała u nas dość powszechnie opinia, że o tym, jak było naprawdę z tzw. katastrofą smoleńską, czyli czy to wypadek, czy zamach (czyt. zaplanowana zbrodnia), odpowiedzą dopiero czarne skrzynki. Tego rodzaju niezłomną wiarę w absolutną prawdę czarnych skrzynek rozbitego Tupolewa zdaje się podzielać komisja Millera. Zespół ten bowiem na podstawie zapisów znalezionych rejestratorów (rejestrator eksploatacyjny, zawierający zapis głównych parametrów lotu: prędkości i kursu jakoś się nie zdołał się odnaleźć), ustalił na przykład dokładnie, w jakim to momencie lotu i przez jaki okres czasu (ok. 1 min.) załoga przekroczyła o maksimum 29 km/godz (o 6,3 proc.). dopuszczalną na pułapie poniżej 3050 m prędkość 460 km/godz. Poświęcają oni temu zdarzeniu specjalny wykres (rys. 29)



Fragment rys. 29 str. 51 Załącznika.


Specjaliści komisji Millera przechodzą zarazem dziwnie gładko do porządku dziennego nad faktem, iż wykres prędkości, zamieszczony kilka stron wcześniej na rys. 25, wykazuje, że już podczas kołowania na pas startowy RWY29 samolot według czarnej skrzynki przez ok. 1/3 ogólnego czasu kołowania miał mieć prędkość 28,5, a przez pozostałe 2/3 - 34,5 km/godz. Gdyby te wartości przyjąć na serio, całkowita droga kołowania w czasie od 9:15:13 do 9:27:40 wynosiłaby 3,1 + 4,7 = 7,8 km. W rezultacie punkt początek kołowania mieściłby się gdzieś w rejonie ul. Racławickiej, odległej od punktu startu o ok. 4 km w linii prostej, a samolot, zamiast kołować po wyznaczonej do tego celu specjalnej drodze kołowania, udawałby się na miejsce startu bezpośrednio po pasie startowym RWY33 (linia jasnoniebieska).



Wykres drogi kołowania przed i po korekcie prędkości


Ażeby dane pochodzące z czarnej skrzynki miały jakieś "ręce i nogi", i aby wykres trasy kołowania przynajmniej w zarysie odpowiadał topografii lotniska im. Chopina (EPWA), rzekome prędkości 28,5 km/godz. i 34,5 km/godz winny zostać zredukowane do wartości odpowiednio ok. 8 km/godz. i 18 km/godz. (charakterystyczna złożona figura zaznaczona linią żółtą).

A zatem konieczność zmniejszenia początkowej drogi kołowania o ok. 20 km/godz. może świadczyć np. o tym, iż dane zapisane w odnalezionej przez funkcjonariuszy FR czarnej skrzynce mogą się różnić od faktycznych danych, wyprowadzanych na pulpit, którymi posługuje się załoga.

Warto zauważyć, że do inkryminowane przez komisję Millera przekroczenie ograniczenia prędkości na pułapie 3050 m., przy stałym błędzie we wskazaniach prędkości przyrządowej rzędu 20 km/godz. w ogóle mogło nie mieć miejsca.

Ponadto specjaliści z komisji Millera zdają się pomijać inny fakt, mogący mieć istotne znaczenie dla ustalenia przyczyn tzw. katastrofy. Mianowicie wykres kursu magnetycznego, sporządzony na postawie zapisów z czarne skrzynki, w momencie startu wskazuje na wartość 295 st.




Otóż tak się składa, że wartość 295 st. wynosi kurs geograficzny pasa (RWY29), który zazwyczaj jest większy od kursu magnetycznego o wartość deklinacji magnetycznej (ze znakiem +/-), w tym przypadku o +5 st. Jeżeliby zatem przyjąć oficjalną wartość deklinacji magnetycznej dla warszawskiego lotniska równą +5 st., wówczas przy kursie geograficznym 295 st. kurs magnetyczny w momencie startu powinien wynosić, i rzeczywiście zazwyczaj na tym pasie startowym wynosi 290 st.

Nb. zrównanie kursu geograficznego z magnetycznym, czyli przypisanie im tej samej wartości 295 st. równoznaczne byłoby z twierdzeniem, iż deklinacja magnetyczna w momencie startu samolotu wynosiła +0 st. co oznaczałoby zarazem swego rodzaju próbę wmówienia nam przez polską rządową komisję ds. zbadania przyczyn katastrofy lotniczej, że w dniu rozbicia się TU-154 biegun magnetyczny Ziemi, jeśli nie pokrywał się dokładnie z geograficznym biegunem polarnym polarnym, to przynajmniej dla Warszawy znajdował się z tym ostatnim w jednej linii.

Jak widać z powyższego, mamy według wszelkiego prawdopodobieństwa do czynienia ze znacznymi różnicami między tym, co było wyprowadzane na pulpit sterowniczy samolotu, a tym, co było zapisywane (czy też tylko odczytane) w czarnych skrzynkach. I to w co najmniej przypadkach dwóch zasadniczych parametrów lotu: kursu i prędkości.

W tym miejscu pojawia się konieczność odniesienia się do kluczowej sprawy, jaką jest średnia prędkość przyrządowa podczas przelotu w dniu 10.04.2010.

Jak wynika z raportu MAK prędkość ta w przeważającym stopniu, w każdym razie do punktu ASKIL na granicy białorusko-rosyjskiej, czyli podczas pokonywania przez samolot odcinka ok. 720 km od Warszawy, miała zgodnie z zapisem czarnej skrzynki wynosić 554 km/godz.





Raport Millera podaje w tym samym miejscu podobną wartość (maksymalną) 561 km/godz.




Tymczasem z prostego obliczenia z zakresu szkoły podstawowej wynika, iż samolot pokonał dystans 720 km. dzielący punkt WA798 od punktu ASKIL w ciągu ok. 54 min. (0,9 godz.), lecąc z prędkością ok. 800 km/godz.

Należy także przypomnieć, że plan lotu przekazany stronie rosyjskiej przewidywał prędkość 400 węzłów.

Smoleńsk Plan Lotu.flv


To jest, jak słyszymy, "około 700 km/godz". Policzyliśmy dokładniej - 400 węzłów naszym zdaniem oznacza ok. 740 km/godz.

Opierając się na danych czasowych z Raportu Millera i odległościach uzyskanych dzięki usłudze Google Earth) średnia prędkość przelotu trzech odcinków trasy do punktu ASKIL przedstawiałaby się następująco:


Odcinek
drogi
Odległość
[km]
Od
Do
Czas
[min]
Prędkość
[km/h]
WA798-RUDKA213,38:29:158:44:5015,58821,4
RUDKA-UMMS296,58:44:509:06:4121,85814,2
UMMS-ASKIL211,19:06:419:22:1515,57813,5
Razem720,98:29:158:22:1553,00816,1

Wartości czasowe, wzięte za podstawę tych obliczeń musimy traktować z należytą rezerwą, pamiętając przy tym, jak to min. Miller jeździł powtórnie do Moskwy dla wyjaśnienia sprawy pamiętnych "brakujących 17 sek", po czym stwierdzono kategorycznie, że nagrania są "identyczne". Czy także identyczne w tym znaczeniu, że obecnie owych brakujących 17 sek teraz, po drugim skopiowaniu, nie brakuje? - tego już nie zdołaliśmy się dowiedzieć. Ale jakoś mainstreamowym mediom takie wyjaśnienie strony rządowej wystarczyło.

W tym miejscu nadarza się okazja odniesienia się w krótkim komentarzu do opublikowanego wcześniej na tym blogu wykresu trasy lotu. (Patrz: Trasa TU-154 odtworzona komputerowo na podstawie danych parametrycznych raportu końcowego MAK i Komisji min. Jerzego Millera)
Wykresu tego wówczas specjalnie nie komentowaliśmy, przekonani, że tłumaczy się on jakoś sam.



Jak widać z powyższego wykresu, lecąc w określonym czasie z prędkością przyrządową zapisaną w czarnej skrzynce jako prędkość rzędu 554 km/godz. samolot doleciałby co najwyżej nieco poza Mińsk 2 (UMMS). A dokładniej, do punktu pomiędzy Mińsk 2 a innym miastem białoruskim, Bobrujskiem, gdzie nb. podobnie jak w Smoleńsku, mieści się wojskowa baza lotnicza z lotniskiem. (Pas startowy tego lotniska o długości 3000 m., nadający się do przyjęcia takiego samolotu jak Tu-154, wykazuje kurs geograficzny 262,7 st. w czym różni się tylko o -4,0 st. od kierunku lotniska smoleńskiego (266,7) st.)

Gdyby zatem przyjąć w sposób bezkrytyczny dane zapisane w czarnej skrzynce, przedstawianej nam jako znalezione przez służby specjalne Federacji Rosyjskiej w miejscu tzw. katastrofy w Smoleńsku, traktując owe dane jako zapis cyfrowy faktycznie dokonanego lotu, wówczas zmuszeni bylibyśmy w ślad za tym uznać, że zamiast rozbić się w Smoleńsku, polski samolot wraz z całą delegacją i załogą znalazł miejsce spoczynku gdzieś na linii Mińsk-Bobrujsk. Czego oczywiście całkowicie wykluczyć nie można. Czy tak było w istocie? Odpowiedź na to ostatnie pytanie być może znajdzie się w następnym odcinku.

Dla wyjaśnienia: tytułowe 66,7 proc. wiarygodności raportów MAK i komisji min. Millera nasunęło się nam po wyliczeniu, ile wynosi 554 km/godz w stosunku do prędkości 816 km/godz., mianowicie: nieco ponad 2/3. Czyli, parafrazując popularne niegdyś powiedzenie - jakby na dwoje z trojga tym razem babka wróżyła.

dodajdo.com

O co chodzi w Deklaracji Suwerenności Narodu Polskiego - w odpowiedzi irlandzkiemu przyjacielowi



(...)
Deklaracja Suwerenności Narodu pomyślana jest jako zobowiązanie (polityczne i moralne) podpisujących się pod nią konkretnych osób fizycznych do wszelkiego działania w kierunku prawnego rozwiązania wskazanych w Deklaracji problemów.

Oznacza to, że bierzemy pod uwagę wszelkie koncepcje, które istnieją lub mogą się pojawić, które pozwalają faktycznie, a nie na papierze tylko, poprawić istniejącą sytuację w danej dziedzinie.

Deklaracja jest zarazem swego rodzaju protestem przeciwko ogólnikowym programom partii politycznych, których działania są często w praktyce z nimi nawet sprzeczne, w każdym razie niewiele zobowiązujące do czegokolwiek.

Wychodzimy z założenia (uznania), że w Polsce konstytucyjna suwerenność narodu traktowana jest jedynie jako prawo (a raczej obowiązek) obywatela do wrzucania raz na cztery lata kartki wyborczej do urny, bez większego (praktycznie żadnego) wpływu, na to co się z tym upoważnieniem dla władzy publicznej dalej dzieje.

Na przykład polska Konstytucja (1997) bardzo ogranicza prawo do referendum, przez co m.in. niemożliwe było zebranie 500,000 podpisów za przeprowadzeniem referendum w sprawie traktatu lizbońskiego w 2008. Ale nawet gdyby zostały one zebrane, to jak mówi Konstytucja, Sejm (polski parlament) może nie wziąć tych 500,000 podpisów pod uwagę i nie ogłosić referendum. Równocześnie ten sam polski parlament może sam ratyfikować (bez czytania!) traktat, który jest ewidentnie sprzeczny z Konstytucją i który ewidentnie likwiduje państwową suwerenność (państwo polskie) i zamienia Polskę w prowincję UE, a Sejm w parlament tej polskiej prowincji.

Jest to model niemal ten sam, co w okresie komunizmu "państwo ponad narodem" - państwo (władza ludowa) rządzi, naród słucha (zgadza się). Co więcej - instytucje państwa doprowadzają do ustanowienia zbędności tego państwa, o której mówi Konstytucja. Dlatego my w Deklaracji stawiamy suwerenność Narodu ponad suwerenność państwa: państwo, jako dobro wspólne) powinno służyć Narodowi (a już z żadnym razie działać na jego szkodę).

Przez takie podejście wszystko to, co narusza suwerenność narodu, staje się jawnie sprzeczne z Konstytucją, a więc bezprawne. I do takiego właśnie byśmy gorąco namawiali wszystkich: nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach.

Wymiana informacji

Bardzo ważna jest dla nas na przykład wiedza o wszelkich dzikich pomysłach zmian prawa, proponowane w innych krajach (np. ograniczenie praw rodzicielskich, rozszerzenie praw państwa - o czym się dzięki Tobie dowiedziałem i wkrótce o tym napiszę). Dzięki temu wiemy w Polsce, czego się sami możemy spodziewać, jeśli gdzie indziej się tego już próbuje. Równocześnie informacja (protest) w Polsce może wspierać protesty (w tym przypadku w Irlandii, gdzie - jak słyszę - władze zamierzają zmienić nawet irlandzką konstytucję). Dlatego takie informacje są dla nas bezcenne.

W swoim czasie założyłem międzynarodowy blog "We the Nation of...",
który miał służyć kontaktom i współpracy z ludźmi poza Polski. Niestety, nie miałem tyle czasu, aby się temu poświęcić. Myślę, że może teraz należałoby do tego pomysłu powrócić. Teraz do blogów Blogger.com można zakładać podstrony, więc mogłaby być niemiecka, francuska, irlandzka i tak dalej.

Na koniec moja uwaga: jest i będzie wiele idei związanych z suwerennością narodu. Z pewnością mogą być i takie, które będą miały za zadanie skompromitować ją, bo przecież zgodnie z planami globalnymi New World Order (NWO) suwerenność narodów ma zniknąć, same narody mają rozpuścić się międzynarodowym amalgamacie, a dzisiejsze konstytucje narodowe - utracić całe swoje dotychczasowe znaczenie.

Dlatego ważne jest wypracowanie wspólnego stanowiska przez większą liczbę osób, bo tylko wtedy taka idea może mieć realny wpływ na rzeczywistość (w całej Europie).
(...)

dodajdo.com