piątek, 12 grudnia 2014

Irena Lasota o działalności Jerzego Milewskiego TW "Franciszka" w Komitecie "Solidarności" w Brukseli



Poniżej zamieszczamy tekst wywiadu, jakiego w 1992 roku udzieliła Expressowi Wieczornemu Irena Lasota na temat zagranicznej działalności tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa Jerzego Milewskiego (nieżyjącego obecnie), w 1992 r. szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy (Red.)

Źródło: TW "Franciszek" w Komitecie "S" w Brukseli. Za: Tajemnica Biura Brukselskiego. Z Ireną Lasotą rozmawia Aleksandra Zawłocka, Kulisy, Express Wieczorny z dnia 31 lipca 1992 roku.



ZDOBYĆ WŁADZĘ

Aleksandra Zawłocka: Kiedy poznała Pani Jerzego Milewskiego?

Irena Lasota: Tuż po 13 grudnia 1981 r. w Nowym Jorku. Starał się za wszelką cenę zdobyć w środowisku emigracji jakąś władzę, choćby tylko na papierze. Z dużym rozbawieniem przyglądaliśmy się tym wysiłkom.

Najpierw zorganizował za granicą grupę delegatów na I Krajowy Zjazd "S". Wydał deklarację, że jest to jedyna legalna władza "S" w tym momencie, ponieważ wszyscy siedzą. Został wybrany Przewodniczącym tej grupy, pojechał do Waszyngtonu, próbował zdobyć pieniądze jako jedyny pełnomocny przedstawiciel ”S”. To mu się nie udało.

W ciągu 2 tygodni czy miesiąca założył organizację "Solidarity International" - czyli Międzynarodówkę Solidarystyczną, która składała się w dużej mierze z mało ciekawych ludzi. Trudno właściwie powiedzieć, co robili poza wielkimi zebraniami, na których dyskutowano nad zupełnie nieistotnymi sprawami. Jednym z celów "Solidarity International" miało być szerzenie ideałów "S" w Trzecim Świecie. Jako przewodniczący Jerzy Milewski znów stawił się w Waszyngtonie i poprosił o pieniądze. I znowu go spławiono.

W marcu czy kwietniu '82 ktoś przyniósł nam ulotkę mówiącą, że w Polsce powstało "Oko" *). Na czele "Oka" stoi Mieszko. "Oko" składa się z 4 oddziałów: północnego, południowego, wschodniego i zachodniego. Wyglądało to trochę jak z bajki dla dzieci.

Z dużym rozbawieniem czytaliśmy ten tekst, pytaliśmy kogoś, do kogo mieliśmy zaufanie, czy to jest fałszywka czy jakaś lipa. Ten człowiek powiedział nam, że jeśli w ciągu 48 godzin pojawi się druga ulotka mówiąca o tym, że przedstawicielem „Oka” jest Milewski, to możemy obydwie ulotki wyrzucić do kosza. Wiadomo będzie, że „Oko” zostało założone, żeby Milewski mógł być jego przedstawicielem. Nie upłynęły 24 godziny i rzeczywiście nadeszła taka ulotka. Milewski po raz trzeci udał się do Waszyngtonu i po raz trzeci nic mu tam nie dano.

Dopiero latem 1982 w Oslo na zjeździe rozproszonych członków "S" odbyło się burzliwe zebranie, na które Milewski przyniósł tekst od Bogdana Lisa. Lis pisał: „0 ile zdobędziesz zaufanie pozostałych grup, to powinieneś zostać szefem", czy coś takiego. Kotłowało się przez dwa dni. Uczestnicy zjazdu udowadniali Milewskiemu, że nie cieszy się żadnym autorytetem, w związku z tym nie powinien zostać szefem. W ostatniej chwili wyciągnęli go Chojecki i Blumsztajn. I tak Jerzy Milewski został szefem Solidarności za granicą.

Wkrótce większość uczestników tego zjazdu odmówiła współpracy z Milewskim. Potem część środowisk opozycyjnych w Polsce odmówiła przyjmowania pomocy płynącej z Biura Brukselskiego.

A.Z.: Z czego wynikała taka niechęć czy nieufność emigracji i podziemia wobec Milewskiego i jego biura?

I.L.: Powodem był sposób, w jaki działało to biuro. Wpadki. Niewytłumaczalne posunięcia polityczne. Nielojalność Milewskiego wobec władz Solidarności. I ogólna atmosfera pracy.

MAŁY PRL W BRUKSELI

Biuro Brukselskie, zważywszy na sposób działania i atmosferę, wyglądało jak ekspozytura PRL za granicą. Dla mnie, obserwującej „S” z daleka, charakter działania biura bardzo odbiegał od tego, czym była Solidarność. Na świecie powstało już wówczas kilkadziesiąt komitetów i organizacji spontanicznie wspierających "S", które w ciągu kilku miesięcy zostały przez Biuro Brukselskie po prostu zlikwidowane. Czasami odbywało się to dramatycznie. Czasami po prostu zniechęcano ludzi. Jerzy, Milewski próbował podporządkować sobie m. in. Komitet Poparcia „S”, który powołaliśmy w Nowym Jorku. Kiedy mu się to nie udało, próbował interweniować i rozwiązać nasz komitet. Zapomniał, że w demokratycznej Ameryce rozwiązać komitet może tylko sąd, który go rejestrował lub jego członkowie.

W latach 1982-84 Biuro Brukselskie funkcjonowało jako biuro podróży Jerzego Milewskiego, który odwiedzał kraje afrykańskie i południowoamerykańskie. Wynik tych podróży był żaden, nie licząc afery politycznej w RPA, opisanej szczegółowo w „Kulturze” paryskiej.

ZAMYKANIE UST

A.Z.: Co z działalnością publiczną? Reprezentowaniem Solidarności np. na forum ONZ?

I.L.: Obserwowałam różne wystąpienia Milewskiego. Zagraniczni sympatycy „S” byli bardzo rozczarowani. Pamiętam takie wydarzenie: rok '84. Genewa, Komisja Praw Człowieka przy ONZ. Milewski przyjechał tam z Janem Zielonką. To był doradca Biura Brukselskiego. Przedtem pracował chyba w Instytucie Spraw Międzynarodowych czy też w polskiej delegacji ONZ. Ja byłam tam z amerykańskim prawnikiem prof. Ewą Brandley. Przywiozłyśmy dokumenty na temat łamania praw człowieka w Polsce: listy więźniów, grzywien, listy zabitych, których śmierć nie została wyjaśniona. Milewski i Zielonka próbowali nas powstrzymać przed przedstawieniem komisji tych dokumentów. Twierdzili, że tak ostre oskarżenia wobec władzy komunistycznej w Polsce „nie leżą w naszym interesie.”

SPRAWA SŁOWIKA

Pod koniec '85 roku, tajnymi kanałami, przedostał się na Zachód Andrzej Słowik. Został odebrany przez Chojeckiego i przekazany Milewskiemu. Następne tygodnie spędzał z Milewskim i Najderem.

Opowiadano mi, że Słowik zaraz po przyjeździe był po prostu sympatycznym, otwartym człowiekiem. Mówił dużo o "S", ale nie miał żadnych sensacji do powiedzenia. Bodajże po 2 tygodniach Słowik, który nie mówił po francusku ani po angielsku, spotkał się z przedstawicielem największej centrali związkowej w USA - AFL-CIO, która wówczas najbardziej pomagała Polsce (1 mln dolarów, czy więcej, rocznie). Słowik mu powiedział, że Tymczasowa Komisja Krajowa "S" już nie istnieje, że powstało Prezydium „S” i temu to Prezydium AFL-CIO powinno przekazywać pieniądze.

Słowik razem z Milewskim udał się do Ameryki na Kongres Rady Nadzorczej AFL-CIO i powtórzyli te sensacje. AFL-CIO podjęło uchwałę, że nadal wspiera polskich braci i siostry i deklaruje pomoc Prezydium NSZZ "S".

Kiedy się o tym dowiedziałam, napisałam dwa listy: jeden do TKK, drugi do AFL-CIO. Poinformowałam Amerykanów, że TKK nadal istnieje, a o powstaniu Prezydium nic mi nie wiadomo. AFL-CIO przysłało natychmiast odpowiedź - list dla TKK i Solidarności. Amerykanie pisali, że widocznie nastąpiła pomyłka w tłumaczeniu. Oczywiście deklarują dalszą pomoc dla TKK.

A.Z.: Część działaczy wyszła z TKK i próbowała stworzyć Prezydium. Nikt tego jednak nie zalegalizował. (Później utworzyli „Grupę Roboczą”) Andrzej Słowik sympatyzował z tą grupą. Niezrozumiałe jest natomiast zachowanie Jerzego Milewskiego. Był przecież pełnomocnikiem TKK, którego istnieniu właśnie zaprzeczał. Dlaczego?

I.L.: Można zakładać, że Słowik był niewinny, choć naiwny. Być może wierzył w szanse powstania i zalegalizowania Prezydium. Jego rolę w tym całym zamieszaniu ukrywano do '89 roku, żeby mu nie zaszkodzić. Moja interpretacja była taka: Służba Bezpieczeństwa jest gotowa aresztować TKK. Bardzo by jednak nie chciała, żeby na miejsce TKK powstało spontanicznie jakieś nowe kierownictwo poza kontrolą SB. Napisałam o tym w liście do Bujaka. Uprzedzałam, że moim zdaniem, SB szykuje się do zamknięcia TKK i przygotowuje nowe kierownictwo. Może to się rozegrać już w ciągu najbliższych trzech miesięcy. I rzeczywiście - po trzech miesiącach aresztowano Bujaka. Oczywiście nie jest to żaden dowód. Wydaje mi się jednak, że "Solidarność" mogłaby wyjaśnić sprawę, czy Andrzej Słowik i Jerzy Milewski byli upoważnieni przez kogokolwiek do występowania na Kongresie AFL-CIO i decydowania o tym, kto jest legalną władzą podziemnej Solidarności.

WSYPY I PUŁAPKI

W 1984 r. po raz pierwszy otrzymałam niepokojącą wiadomość z Polski, że offsety wysłane przez Biuro Brukselskie miewają wmontowane mikronadajniki, które pozwalają bezpiece namierzyć sprzęt i drukarnie. W 1986 r. zaczęła się fala wpadek całych transportów organizowanych przez Biuro Brukselskie. W Świnoujściu Służba Bezpieczeństwa przejęła transport wartości ok. 350 tys. dolarów. Dlaczego uporczywie organizowano tak wielkie przerzuty, zamiast przesyłać sprzęt kilkoma kanałami w małych porcjach? Okazało się również, że w transportach przejmowanych przez SB znajdowały się b. skomplikowane komputery. Podziemie nie potrzebowało takiego sprzętu do składania gazet i książek. Te komputery objęte były zakazami COCOM-u, zastrzeżone wyłącznie dla państw NATO. Służby specjalne najwidoczniej wpadły na pomysł, że najlepszym sposobem do przemytu tego specjalistycznego sprzętu na Wschód jest udawanie, że transporty przeznaczone są dla Solidarności. Potem wystarczało taki transport przejąć.

A.Z.: Kto był za to wszystko odpowiedzialny? Czy tylko Jerzy Milewski? Czy był jakiś system kontroli nad Biurem Brukselskim?

I.L.: Przy całej dyskusji, która się toczy na temat Biura Brukselskiego dziwne wydaje się, że nie mówi się w ogóle o 3 doradcach, którzy kontrolowali i uwiarygodniali Biuro Brukselskie wobec Zachodu. Doradcami byli Zdzisław Najder, Krzysztof Pomian i Bohdan Cywiński. Słyszałam, że po pierwszych wpadkach transportów i po tym jak "Żołnierz Wolności" opublikował notes Biura Brukselskiego, nie było żadnej zmiany warunków pracy, śledztwa, prób sprawdzenia, jak to się dzieje. Dlaczego? To jest pytanie także do tych trzech osób. Doradcy powinni wiedzieć o funkcjonowaniu tego biura, skoro je uwiarygodniali.

Sprawa wpadek sprzętu (co najmniej do '86 r.) w takiej samej mierze dotyczy Biura Paryskiego, organizacji „Kontakt” i Mirosława Chojeckiego.

Wokół Brukseli rozsnuto zasłonę, mimo że jest sporo osób, które mogłyby coś na ten temat powiedzieć.

A.Z.: Kto jeszcze poza wspomnianymi trzema doradcami?

I.L.: Seweryn Blumsztajn przez wie1e lat współpracował bardzo blisko z Milewskim. Mnie również namawiał do tego.

A.Z.: Była jeszcze droga szwedzka. I tu też często zdarzały się wpadki.

I.L.: Droga szwedzka była w dużej mierze finansowaną przez Biuro Brukselskie. Za transporty z południa Szwecji odpowiedzialny był Marian Kaleta. Różne kontakty „Kontaktu” przebiegały przez Szwecję. Nie było to towarzystwo słynące z trzeźwości. Kiedy się szykował duży transport, chodziły o tym opowieści po całej Europie Zachodniej. Transporty wyładowywano książkami. Chodziło o to, żeby komputery się nie kiwały. Książki zbierano od różnych wydawców. W związku z tym wiadomo było, gdzie, co i jak idzie. Jeżeli człowiek, który nie potrafił zabezpieczyć transportu, któremu znika notes z biura i pojawia się potem w komunistycznej prasie, jeżeli potem ten człowiek zajmuje się bezpieczeństwem państwa, to można mu pogratulować kwalifikacji.

ZATRUTE KANAŁY

Nasilenie wpadek transportów Brukseli, Paryża natchnęły mnie w '88 i '87 r., żeby raz jeszcze przestudiować aferę Bergu.

Afera Bergu miała miejsce w końcu lat 40. i na początku lat 50. Amerykanie dawali b. duże pieniądze, które szły przez ośrodek w Bergu, głównie do IV i V Komendy WiN. Po 2 latach władze bezpieczeństwa to ujawniły. Pisze o tym szczegółowo gen. Pożoga w książce "Siedem rozmów z Henrykiem Piecuchem". Afera polegała na tym, że z jednej strony były 3 stronnictwa emigracyjne, które kontrolowały Berg, zabierały 30-40 proc.! funduszy, wzbogacając przede wszystkim kasy swych organizacji. Z drugiej strony, kanał między Bergiem a Polską służył do transferu pieniędzy i innych rzeczy w ręce bezpieki, która wtedy opanowała V Komendę WiN-u. Ten kanał był także bardzo pomocny w rozpracowaniu wszystkich istniejących jeszcze w Polsce siatek konspiracyjnych.

Kanałami związanymi z Bergiem szły także raporty podziemia dla Amerykanów. Raporty te, jak ustaliła komisja, były częściowo spisywane przez ubecję, częściowo przez wywiad wojskowy, a co jeszcze obrzydliwsze, były preparowane na miejscu w Bergu. Analogia wobec tego, co działo się w latach 80-ych jest porażająca. Ja sama wiem o preparowaniu w Paryżu raportu z Polski.

A.Z.: Kto preparował ten raport w Paryżu?

- Z tego co wiem, co widziałam - było to robione w „Kontakcie”. Znam nawet nazwisko jednego z autorów. Sprawa Bergu i podobnych afer nie jest niczym nowym. Służby wywiadowcze bardzo lubią replikę swoich udanych akcji. Berg był powtórzeniem afery Trustu, czyli Sawinkowa z 1918-19 roku. To także dotyczyło przerzutów pieniędzy i sprzętu przez organizacji inspirowane przez GPU. Chodziło również o dezinformację. Byli w to zresztą zamieszani Polacy.

A.Z.: Czy z tego, co Pani mówi, wynika, że Biuro Brukselskie było przynajmniej solidnie infiltrowane przez tajne służby?

I.L.: Nie tylko z tego, co mówię, ale i z faktów wpadek oraz z dokumentów opublikowanych w prasie PRL, z reprodukcji dokumentów w książce Henryka Piecucha "Pożoga".

A.Z.: A jaka była rola Jerzego Milewskiego?

I.L.: Uważam, że nikt nie zrobiłby gorszej roboty w Brukseli. Gdyby okazało się, że wynikało to nie tylko z niekompetencji Jerzego Milewskiego, sprawa byłaby bardzo poważna. Dotyczyłaby świadomej dekonspiracji struktur podziemnych. Trzeba pamiętać, że Biuro Brukselskie posiadało więcej informacji na temat konspiracyjnej Solidarności, niż ktokolwiek, nawet w Polsce.

A.Z.: Czy jest możliwość sprawdzenia, w jaki sposób SB kontrolowała działalność Biura Brukselskiego?

I.L.: Odpowiedź znajduje się w aktach MSW, wywiadu i kontrwywiadu w Polsce. Obawiam się, że w niektórych wypadkach - tylko w archiwum KGB.

Komisja Krajowa NSZZ „S” powinna wystąpić do MSW, wywiadu i kontrwywiadu o udostępnienie materiałów dotyczących inwigilacji i infiltracji Solidarności.


*) Oko - wł. Oporu Ogólnopolski Komitet Oporu (OKO) – pierwsza ogólnopolska struktura podziemia, powołana w styczniu 1982 r. przez członków Prezydium KK NSZZ „Solidarność” – Andrzeja Konarskiego i Eugeniusza Szumiejkę. OKO zakończył działalność w kwietniu 1982 r. na skutek różnicy zdań wśród działaczy "S", na kilka dni przed powstaniem Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej (TKK). Konarski, który ze względu na podejrzenia o kontakty z SB nie wszedł w skład TKK, doprowadził do powołania Międzyregionalnej Komisji Oporu (MKO), struktury podziemnej kontrolowanej przez SB, konkurencyjnej dla TKK. W 1983 formalnie ujawnił się i miał zaprzestać dalszej działalności związkowej - przyp. red.)


IRENA LASOTA jest politologiem, dyrektorem Institute for Democracy In Eastern Europe w Paryżu i Nowym Jorku, wydawcą kwartalnika "Uncaptive Minds" oraz serii „Konfrontacje”. Była wybitnym działaczem polskiej opozycji na emigracji, współzałożycielką Komitetu Poparcia Solidarności w Nowym Jorku. Raport Służby Bezpieczeństwa z 1984 r. podawał: "Komitet pozostaje w dalszym ciągu najbardziej prężną organizacją prosolidarnościową na terenie USA (...) Komitet, mimo słowa Solidarność w nazwie - jest skrajnie antykomunistyczną organizacją polityczna, której celem jest przede wszystkim walka z reżymem PRL"...
JERZY MILEWSKI, TW „Franciszek”, jest doktorem nauk technicznych, specjalistą od laserów dużej mocy. Był współorganizatorem i przewodniczącym sekcji branżowej Solidarności w instytutach PAN, członkiem zarządu regionu gdańskiego "S". Stan wojenny zastał go za granicą. Jerzy Milewski pozostał na emigracji do 1989 r. Od lipca 1982 r. był szefem Biura Brukselskiego - zagranicznego przedstawicielstwa podziemnej Solidarności. Od 1 listopada 1991 r. pełni funkcję ministra stanu, szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

(Biogramy oryginalne za Express Wieczorny (1992) - przyp. red.)



dodajdo.com

2 komentarze:

  1. Trudno nie dać wiary. Zwłaszcza gdy się wie jakimi metodami działa bezpieka.
    Ale dziś wcale nie jest lepiej. Powstaje jakaś grupka powiedzmy "Niezadowoleni 2014" i natychmiast do jej składu zaczynają przenikać ludzie... powiedzmy dziwni. czasami rzuca się w oczy że ten czy owa mają świra na punkcie swoich ambicji... ale czasami to takie dziwne drobne krętacze, rzucają jakieś hasła, jakieś slogany, czasami przekleństwo... nie wiadomo czy faktycznie tak myślą, czy prowokują?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli się poważnie myśli o jakiejkolwiek działalności, to przede wszystkim należy najpoważniej w świecie założyć, że się ze wszystkimi tymi negatywnymi, starymi jak sam świat kategoriami negatywnymi przyjdzie się takiej grupie z całą pewnością mierzyć w praktyce dnia codziennego. Powodzenie zależy nie od czego innego jak właśnie od tego, czy zdoła się wytworzyć jakiś system odpornościowy na tego rodzaju zagrożenia, czy też nie. Dlatego jeśli dana działalność ma mieć szanse powodzenia, muszą z góry, od samego początku zostać przyjęte takie formy i zasady działania, tak dobierać ludzi, tak określać cele i zadania, aby można było maksymalizować skuteczność działania przy równoczesnej minimalizacji negatywnych skutków ubocznych. To tyle, co mogę w tej sytuacji poradzić, mając na uwadze scenariusz optymistyczny.

      Usuń