sobota, 21 marca 2015

Krzysztof Górecki: Żydowski telefon zaufania



Artykuł poniżej zamieszczony jest swoistym komentarzem do toczącej się obecnie w Polsce dyskusji, czy kandydat PiS na Prezydenta RP Andrzej Duda jest odpowiedzialny za treść wierszy napisanych w przeszłości przez jego teścia Juliana Kornhausera (Kandydat Duda - dobry jak kosher). (Red.)



Krzysztof Górecki

Żydowski telefon zaufania
Źródło: Warszawska Gazeta. Za: pressmix.eu


Niezwykle tolerancyjny musi być naród, w przeważającej mierze katolicki, wybierający prezydenta mającego żydowskich przodków, syna rabina na ministra, wnuka żołnierza Wehrmachtu na premiera, oddający w większości głos na partię kierowaną przez mniejszości narodowe. Nazywając Jana Kobylańskiego antysemitą i typem spod ciemnej gwiazdy, za najbardziej obciążający zarzut Sikorski uznał spostrzeżenie lidera południowoamerykańskiej Polonii: "W Polsce muszą rządzić Polacy, to tragedia, że w polskim MSZ 80 proc. stanowisk mają Żydzi”. Ciekawe, że dostrzegł to też Bartoszewski.

W lutym 2011 r. po wizycie premiera w Jerozolimie, znany z niepohamowanego gadulstwa, ogłosił: Polska to ewenement. Proszę wskazać inny kraj w Europie, w którym w ostatnim 20-leciu trzech szefów dyplomacji, Meller, Rotfeld i Geremek, było żydowskiego pochodzenia, jeden ma honorowe obywatelstwo Izraela, a obecny ma żonę Żydówkę (dziwnie zapomniał o rodowodzie swoim, swojej żony i żony prezydenta). Z kolei minister (ten od żony Żydówki) przy tej samej okazji zadekretował: Polska to kraj filosemicki. Wiemy, także od Bartoszewskiego, jak zostaje się ministrem spraw zagranicznych. Geremek telefonicznie zapytał go: Władek, mam dla ciebie propozycję na tak lub na nie. Chcesz porządzić w MSZ?

Ewenementem w skali światowej jest zdominowanie przez mniejszość jednego z decydujących segmentów administracji publicznej, i to w kraju o społeczeństwie homogenicznym narodowościowo, jak żadne inne w Europie. Rzeczą złą jest dyskryminowanie kogokolwiek tylko z powodu jego pochodzenia, ale haniebną – wymuszanie dla siebie specjalnych przywilejów tylko dlatego, że się jest określonej nacji i wzajemne wspieranie się w tym w ramach solidarności etnicznej. Niezwykle tolerancyjny musi być naród, w przeważającej mierze katolicki, wybierający prezydenta mającego żydowskich przodków, syna rabina na ministra, wnuka żołnierza Wehrmachtu na premiera, oddający w większości głos na partię kierowaną przez mniejszości narodowe. W tej sytuacji Bartoszewski i Sikorski stają za granicą przed nie lada trudnym i dwuznacznym zadaniem przekonywania rozmówców, że ich oskarżenia Polaków o nacjonalizm, antysemityzm i ksenofobię oraz że w Polsce nie brak ludzi myślących tak, jak Breivik, są prawdziwe.

W świecie cywilizowanym od dawna funkcjonuje zawodowy korpus urzędników, pozostających w służbie państwa, obowiązują jasne kryteria przystępowania do niego, a dyplomatami są ludzie znający swój fach. Nie z układu, ale za sprawą prezentowanych kompetencji. Nienaganna przeszłość, poczucie odrębności wobec innych narodów kształtowane przez czynniki takie, jak: język, świadomość pochodzenia, poczucie tożsamości narodowej, historia, więzy krwi, stosunek do dziedzictwa kulturowego, szczególnie ujawniające się w sytuacjach kryzysowych, gdy potrzebne jest wspólne działanie na rzecz ogólnie pojętego dobra narodu – oto podstawowe cechy, które powinny określać dyplomatę Rzeczypospolitej.

Niestety, można powiedzieć, że w Polsce obowiązuje model stalinowski, gdzie ambasadorami i wysokimi rangą dyplomatami zostają ludzie, których główną rekomendacją jest znajomość z kimś ważnym, przynależność do jednej koterii, rasy. Pomaga metryka urodzenia i powiązanie z klanowym układem narodowościowym. Czasami wygląda na to, że dobrze być „wyselekcjonowanym przez Kiszczaka” lub „poleconym przez Urbana”. Szansę stworzenia po 1989 r. profesjonalnej służby dyplomatycznej zmarnowało wąskie grono ludzi związanych z Geremkiem, którzy potraktowali MSZ niemal jak łup, obsadzili w nim wszystkie ważniejsze stanowiska, dobrze przy tym chroniąc PRL i jego nomenklaturę.

Jeśli się przyjrzeć bliżej sprawie Geremka, w ścisłym kierownictwie dyplomaci z klucza narodowościowego stanowili nie mniej niż 80 procent. Paradoksalnie – równocześnie jego partia oraz jego „organ prasowy” – „Gazeta Wyborcza” – twierdzili, że Polska to kraj nękany antysemityzmem bez Żydów. Że chodziło o coś zupełnie innego, niech świadczą wypowiedzi sojuszników Geremka „w rządzeniu ksenofobicznym narodem”. W wywiadzie dla ukraińskiego „Zierkało Niedieli” – Kwaśniewski rzekł: w naszym kraju nie ma zbyt licznie reprezentowanych mniejszości narodowych, tym bardziej je więc wysoko cenimy. Wtórował mu Michnik: być może rządy AWS przyniosą pożegnanie z mityczną, choć bezsensowną wiarą w państwo narodowo-katolickie rządzone przez lustratorów i dekomunizatorów.

I przyniosły – w MSZ do takiego pożegnania doszło. „Dorobek kadrowy” Geremka w uwalnianiu MSZ od chorej polskiej ksenofobicznej tradycji był zaiste imponujący. Znaczna ilość nie tylko ważnych stanowisk, ale także dotyczących szeroko rozumianej polityki zagranicznej znalazły się pod kontrolą owej mniejszości: Geremek i jego ekipa w MSZ, przewodniczący komisji spraw zagranicznych Sejmu i Senatu, szef Komisji Integracji Europejskiej, doradca lidera „S” ds. zagranicznych. Jeśli dorzucimy do nich, jak go nazwał Siemiątkowski, „Mojżesza polskiej lewicy” – Kwaśniewskiego, upiorny krąg się domknął. Przedstawiciele owej mniejszości niby żartem konstatowali, że w takiej sytuacji zebranie „minianu”, tj. co najmniej 10 mężczyzn potrzebnych dla odbycia popołudniowej modlitwy żydowskiej, stało się w ścisłym kierownictwie MSZ, po raz pierwszy od 1968 r., znowu możliwe.

Dzieła Geremka w MSZ dokończył Sikorski. Ludzie „korporacji Geremka” masowo pojawili się w jego otoczeniu, a on sam skutecznie „dba” o nich, chyba spłacając w ten sposób dług z kampanii wyborczej. Gabinety dyrektorskie ministerstwa wypełniły się – tak, jak za czasów Geremka – prawdziwymi weteranami grupy „wujka Bronka”. Przyglądając się polskim dyplomatom, nie sposób nie zauważyć, że najatrakcyjniejsze ambasady otrzymali w mniejszym lub większym stopniu związani z nieboszczką UW. Całą dwulicowość Sikorskiego można by streścić w nominacji Ryszarda Schnepfa na ambasadora w Waszyngtonie. Schnepf to ważna postać „lobby żydowskiego”: jego ojciec, funkcjonariusz Informacji Wojskowej, przez wiele lat stał na czele Związku Religijnego Wyznania Mojżeszowego, a sam syn w latach 90. był dyrektorem w Fundacji Shalom, kierowanej przez Gołdę Tencer i Szymona Szurmieja. Gdy przypomnimy, że od dwóch lat konsulem generalnym w Nowym Jorku jest czołowa filosemitka Ewa Juńczyk-Ziomecka, a w Los Angeles Joanna Frybes-Kozińska, można wręcz powiedzieć, że stosunki polsko-amerykańskie Sikorski zamienił w stosunki żydowsko-amerykańskie.

Po 1944 r. Stalin z pełnym cynizmem powierzył władzę w Polsce etnicznym mniejszościom, umieścił kolaborujących z Sowietami Żydów na kluczowych stanowiskach w partii i administracji państwowej. Najważniejsze ministerstwa, w tym spraw zagranicznych, zostały obsadzone przez jej przedstawicieli. Był to wyrachowany zamysł socjotechniczny dla zniewolenia i podzielenia Polaków. Mniejszość poddawała się łatwej kontroli, była w opozycji do większości, spełniała wszystkie polecenia nowego okupanta. Ważne także były motywacje ideologiczne, tj. jej historyczne zauroczenie komunizmem. Stalin po wojnie przysłał do Polski tysiące takich agentów, aby w miejsce wyniszczonych polskich elit stanowili trzon nowej „polskiej” inteligencji. Najważniejsze stanowiska rządowe objęli wywodzący się z KPP ludzie narodowości żydowskiej, ci sami, którzy 17 września 1939 r. „całowali sowieckie czołgi” we Lwowie i Białymstoku. Z sowieckiego punktu widzenia byli wprost bezcenni. Nieskażeni patriotyzmem gwarantowali brak jakichkolwiek skrupułów w sprawach narodowych. Pod tym względem Sowieci się nie zawiedli. Gorliwość kolaborantów była wielka.

Jakże przewrotnie w świetle powyższego brzmią żądania organizacji żydowskich pod adresem Polski – „zadośćuczynienia za krzywdy, jakich doznała ludność żydowska na skutek komunistycznych prześladowań”. Ich zdaniem mniejszość ta była obiektem brutalnej dyskryminacji z rąk komunistów-Polaków i oddana w „polską niewolę”. W 1968 r. różni „Michniki i Szlajfery” spreparowali „powracającą falę polskiego antysemityzmu” oraz exodusu resztek Żydów z ziemi polskiej, emigrację „oddanych członków partii” do Izraela. Przed „okrągłym stołem” zaczęto przedstawiać marcowych emigrantów jako wcielenie oporu antykomunistycznego, wręcz uosobienie wszelkich cnót i zasług. Trafnie ujął to J. Eisler, który przyznał, iż współczesnych polityków polskich zrobiła marcowa propaganda komunistyczna. Można zaryzykować analogię, że tak, jak Stalin w 44 r. sięgnął do Bermana i Minca, tak Jaruzelski manewr ten powtórzył z Geremkiem i Michnikiem. W 1989 r. ludzie pokolenia marca swych przedstawicieli wprowadzili do wszystkich ważnych struktur rządowych (a i antyrządowych na wszelki wypadek). Okazało się, że w suwerennej RP aby zostać ambasadorem, najlepiej być marcowym kombatantem. Gdy w dodatku pochodziło się z rodziny sowieckich agentów albo innych TW – zawrotna kariera była niemal zagwarantowana. To dlatego syn KPP-owca i stalinowskiego dyplomaty, gdy „wypomniano” mu ojca, odparował: przecież w 1968 r. mówiliśmy wam, że wrócimy!

W niektórych przypadkach na dyplomatycznych stołkach siedzi już drugie, a nawet trzecie pokolenie pochodzącej od stalinowskich władców Polski tej mniejszości. Właściwie nic się nie zmieniło. Mniejszość ta jak rządziła, tak rządzi. Reprodukcji pokoleniowej i swoistemu ideologicznemu recyclingowi podlega kolejne pokolenie KPP-owców. Dzisiejsza dekomunizacja w Polsce lub raczej jej nieudane próby nie sięgają istoty problemu polskiego stalinizmu, gdzie Żydzi byli kastą rządzącą, a co najmniej znaczną jej częścią. Pociągnięcia dekomunizacyjne, które przede wszystkim powinny były objąć stalinowskich siewców komunizmu oraz ludzi pokroju Michnika, Urbana i Geremka, dotknęły jedynie szeregowych członków PZPR i zazwyczaj tylko tych, którzy walczyli o wpływy z KOR-owcami.

W 1989 r. w MSZ zaroiło się od nazwisk „z notesu wujka Bronka”: Szlajfer, Meller, Minc, Reiter, Schnepf, Winid, Kranz, Ananicz, Lindenberg, Perlin. Wszyscy kolejni włodarze ministerstwa mieli bardzo dziwną predylekcję do obco brzmiących nazwisk, mimo świadomości, że nie zawsze są prawdziwe. Modelowym wręcz przykładem owych „80 procent stanowisk” jest Ryszard Schnepf – autor haniebnej nagonki na Jana Kobylańskiego, syn pochodzącego z Ukrainy żydowskiego funkcjonariusza NKWD, oficera Informacji Wojskowej, jednego z szefów społeczności żydowskiej w PRL. Innym znamiennym przykładem „udanej” wymiany elit i „recyklingu” pokoleniowego w Polsce posierpniowej, gdy dyplomacja padła łupem opcji narodowościowej związanej z nomenklaturą PRL sprzed marca 1968 r., czyli de facto tych samych, co za czasów Bieruta i Bermana elit władzy, jest Stefan Meller – potomek agenta Kominternu i oficera Informacji Wojskowej. I w jego przypadku pokoleniowa zmiana warty udała się znakomicie. Wywodzący się rodzinnie z kręgów agenturalnej, antypolskiej organizacji znalazł się w pierwszym szeregu budowniczych Rzeczypospolitej. W suwerennej RP doszło przy tym do bezprecedensowej sytuacji. Dwóch potomków stalinowskich oficerów – Cimoszewicz i Meller, zostaje, jeden po drugim, ministami SZ. W jakim innym kraju możliwa byłaby tak żelazna logika postępowania, precyzja w obsadzie kluczowego stanowiska?

Oprócz „sprawdzonego patrioty” Geremka za głównego konstruktora narodowościowej polityki personalnej dyplomacji można uznać… Urbana i jego organ prasowy – tygodnik „Nie”. I to bez względu na to, kto w MSZ rządzi. Gdyby przyjrzeć się bliżej jego działalności, to można spostrzec, że niejednego dyplomatę wypromował i niejednemu karierę złamał. Swoistą „filozofię kadrową” Urbana dobrze ilustruje zamieszczony w jego szmatławcu cytat, a raczej instrukcja: „Prawdziwi zwolennicy suwerenności codziennie pokazują, że Polska, w której zechce żyć większość Polaków, suwerenna być nie może. Jej władcami byliby bowiem Rydzyk, Świtoń, Glemp, Olszewski”.

Wbrew logice – duże znaczenie w sprawach kadrowych mają… żony ministrów. Pokrewieństwo z nimi procentuje znakomicie. Krzysztof Krzymowski, ambasador RP w Zjednoczonych Emiratach Arabskich jest siostrzeńcem Zofii Lewin, połowicy Bartoszewskiego. W karierze pomaga też żona stosownego pochodzenia. Raban wszczęty w związku ze zdemaskowaniem przez „Nasz Dziennik” komunistycznego kapusia, dziennikarza „Polityki”, ambasadora w Indiach Krzysztofa Mroziewicza, miał chyba zgoła inne powody. Mroziewicz aureolą dziennikarskiej sławy opromieniony został po roztropnym ożenku z Alicją Albrecht, córką Jerzego, starego KPP-owca, byłego sekretarza KC PZPR. Wiele wskazuje, że inną, ale też oryginalną i niezwykle skuteczną metodę robienia kariery obrała Regina Jurkowska (była konsul przy Schnepfie i Gugale w Urugwaju), zgłaszając się, z własnej inicjatywy, na świadka obrony w procesie wytoczonym przez Sikorskiego J. Kobylańskiemu. Jak widać – na nagrodę nie czekała długo. Jest wicedyrektorem Departamentu Współpracy z Polonią. Także nabór, a raczej selekcja młodzieży do pracy w MSZ przebiega w sposób świadczący o zamiarze szybkiego uwalniania Polski od chorej i ksenofobicznej części „populacji” (żeby użyć ulubionego słowa red. Skalskiego z „GW”). Wśród dyplomatycznego narybku mamy: wnuka szefa dystryktu loży B’nei B’rith w II RP i wnuka ostatniego w okresie międzywojennym Wielkiego Mistrza Wielkiej Loży Narodowej Polskiej. Są też byli stażyści Fundacji Sorosa i Fundacji Shalom.

Nikt nie chce ich piętnować za przeszłość ojców. Ale czy w pierwszym szeregu dyplomacji suwerennej Rzeczypospolitej powinny być dzieci funkcjonariuszy KPP, ludzi wywodzących się rodzinnie z kręgów agenturalnej, antypolskiej organizacji? Jeśli ojciec był sowieckim agentem, czy syn może być polskim patriotą i przyzwoitym człowiekiem? Wydaje się to bardzo mało prawdopodobne. Jabłko od jabłoni niedaleko pada. Wszyscy wymienieni, ze Schnepfem na czele, twierdzą, że w dyplomacji znaleźli się dzięki posiadanym kwalifikacjom, talentowi lub szczęściu, a nie powiązaniom rodzinnym. Wydaje się jednak, że ich kariery i, jak w przypadku Schnepfa, funkcje społeczne i urzędy to następstwo „zapobiegliwości” Bermana, Geremka lub Kiszczaka.

Także Lewica przejawiała, co nie dziwi, słabość do potomków „desantu wschodniego”. Zakompleksiona wobec USA SLD ewidentnie starała się kokietować Waszyngton poprzez przypodobanie się kręgom żydowskim. Wybraniec Rosatiego Daniel Passent w swym pożegnalnym felietonie, przed wyjazdem do Chile, napisał: ojczyzna powierza mi zaszczytny obowiązek ambasadora RP, zostaję ambasadorem wszystkich Polaków., co w jego wykonaniu zabrzmiało jak kpina, zwłaszcza, że w innym miejscu przyznał, iż jednym z powodów jego wyjazdu do Chile jest fakt, że czuje się zmęczony Polską. Urodzonemu w Kołomyi w 1941 r. w dobrych sowieckich czasach Andrzejowi Załuckiemu zawdzięczamy niezapomnianą humorystyczną i zarazem rodzajową scenkę: w doborowym towarzystwie – z jednej strony Primakowa (Jojny Finkelsteina), a z drugiej „naszego” ambasadora w Moskwie, Geremek w lutym 1998 r. ni stąd, ni zowąd, oświadczył: polskie sprawy są w polskich rękach. Ku zdumieniu otoczenia Geremek szczególnie zainteresował się losem Marka Greli, dyplomaty ściśle powiązanego z SLD, PZPR i innymi „organami” oraz Rosatim. Skąd owa troska? Sprawa wydaje się prosta: spowinowacenie etniczne i zasługi wobec narodu wybranego. Dowody? Grela był autorem decyzji rządowej z 1997 r. o przekazaniu 40 kg złota, wartości pół miliona dolarów na fundację pomocy ofiarom Holocaustu. Była to ostatnia część zdeponowanego po wojnie w skarbcach zachodnich należnego nam kruszcu, zrabowanego z NBP przez hitlerowskie Niemcy. Adam Daniel Rotfeld w ciągu kilku miesięcy swego urzędowania wypromował i rozesłał po świecie, niczym Trocki, kurierów Kominternu, kilkunastu wysokich rangą dyplomatów „etnicznego chowu”. Sam Rotfeld utrzymuje, że z powodu „niesłusznego nazwiska” i tzw. złego wyglądu kariery w dyplomacji PRL nie zrobił. Do MSZ w 1956 r. nie został przyjęty, mimo iż – jak twierdzi – był jednym z trzech, którzy zdali egzamin celująco. W znajdujących się w archiwach IPN meldunkach operacyjnych MBP (przypomnijmy, wówczas zarządzanego przez Fejgina i Różańskiego) zarzucono mu kontakty z syjonistami (m.​in. ze spokrewnionym z nim ojcem obecnego ministra finansów). Tenże Rotfeld, eksponent dyplomatycznej elity RP, tak dla „Rz” wyłożył teoretyczne podwaliny teorii tworzenia elit: naród pozbawiony elit jest tłumem, motłochem, a nie społeczeństwem. Jak widać, elita MSZ została stworzona, chociaż niepolska, ale motłoch… pozostał.

Czy od przedstawiciela mniejszości narodowej można oczekiwać reprezentowania i obrony polskiego interesu narodowego? Czy nie dojdzie u niego, prędzej czy później, do konfliktu identyfikacyjnego i poczucia lojalności? Ryszard Schnepf, jako minister w kancelarii premiera, szczególnie gorliwie zajmował się lobbingiem na rzecz organizacji żydowskich z USA, domagających się od Polski miliardowych odszkodowań za mienie pozostawione w Polsce. Jest także współzałożycielem i członkiem loży – B’nai B’rith, która oficjalnie za cel stawia sobie walkę o przejęcie mienia żydowskiego. Czy, jako ambasador RP, da tym roszczeniom właściwy odpór? Wobec kogo przeważy poczucie lojalności? Jacek Chodorowicz, formalnie „ambasador wszystkich Polaków” w Tel Awiwie, pierwsze urzędowe kroki skierował do Dawida Pelega dyrektora World Jewish Restitution Organization, chyba tylko po to, aby wysłuchać jego roszczeń majątkowych wobec Polski i pilnie przekazać je rządowi RP! Za swą pierwszą powinność dyplomatyczną uznał także wystąpienie o przyznanie honorowego obywatelstwa polskiego szefowi Mosadu. Tadeusz Chomicki, ambasador RP w Pekinie, z uwagi nie tylko na wzrost w MSZ zwany „Dawidkiem”, u zarania swojej dyplomatycznej kariery był dyrektorem komórki kontrolującej eksport broni. Utworzył tzw. listę negatywną, czyli wykaz państw, do których broni eksportować nie wolno. Była ona dłuższa od analogicznej ONZ i USA. Straciliśmy z tego powodu duże pieniądze, przerywając zyskowny eksport, m.​in. do krajów arabskich i Birmy. Słuszne zatem wydaje się podejrzenie, że głównym jej celem było zrujnowanie branży, a prawdziwą hipoteza, iż pozostający w polskich rękach przemysł zbrojeniowy skazany został na zagładę i rugowanie z rynków, a jego produkcja zastąpiona miliardowym importem z… Izraela.

Od wielu już lat Polska i Polacy są obiektem wściekłej kampanii plugawienia, inspirowanej przez międzynarodowe środowiska żydowskie. Tymczasem urzędnicy MSZ, z wyrachowania i z premedytacją, uprawiają propagandę szkodzącą wizerunkowi Polski za granicą, sprzeczną z jej interesami, a nawet jej wrogą. Wysłannik RP w Pekinie swym kretyńskim wygłupem kompromituje w oczach zagranicy kraj, z którego się wywodzi, Polskę.

Czyż to nie my Polacy, a zwłaszcza sprawdzony polski patriota – Jan Kobylański – jesteśmy uprawnieni do nazwania osobnika, który stoi za nominacją Chomickich, Chodorowiczów, Schnepfów, który utożsamia się ze środowiskami antypolskimi, tytułem: antypolak i typ spod ciemnej gwiazdy?


__________________

Krzysztof Górecki jest pracownikiem MSZ, pisze pod pseudonimem. Felieton ukazał się pierwotnie w ogólnopolskim tygodniku „Warszawska Gazeta”.



dodajdo.com

czwartek, 19 marca 2015

Czy Polacy głosując mają wpływ na wyniki wyborów w Polsce? (2)



Artykuł ten jest dokładną kopią tekstu z końca 2007 zamieszczonego na tym blogu. Wydaje się, że obecnie, po 1o latach od czasu dokonania obserwacji, nic nie stracił na swojej aktualności. (Red.)


Czy w Polsce fałszuje się wybory? Czy Polsce potrzebna jest międzynarodowa kontrola rzetelności przeprowadzania wyborów, jak to parę dni temu proponował b. prezydent Czech Vaclaw Havel?

Jesienią zeszłego roku, po powołaniu do życia Centralnego Biura Antykorupcyjnego, złożyłem w jej siedzibie, za potwierdzeniem, następujące pismo (tu z pominięciem nazwisk i numeru komisji wyborczej):

Jerzy Rachowski Warszawa, 29.10.2006
[…]
[…]

Centralne Biuro Antykorupcyjne
Al. Ujazdowskie 9
Warszawa

Zawiadomienie
o popełnieniu przestępstwa przeciwko wolnym, demokratycznych wyborom
oraz przeciwko konstytucyjnej zasadzie suwerenności Narodu

Niniejszym zawiadamiam, iż jako członek Obwodowej Komisji Wyborczej nr NNN w gminie Warszawa-Bielany podczas I i II tury wyborów prezydenckich w dniach 9 i 23 października 2005 r. byłem świadkiem stosowania przez przewodniczącego A. X. (z zawodu taksówkarza) oraz jego zastępczynię - wiceprzewodniczącą p. B. Y. (studentkę prywatnej szkoły wyższej) sprzecznego z prawem wyborczym procederu mogącego mieć zasadnicze znaczenie dla ustalenia wyników wyborów. Jak również – że jako przeciwnik jakiegokolwiek naruszania przez wspomnianą Komisję wytycznych Państwowej Komisji Wyborczej (PKW) – poddany zostałem przez wyżej wymienionych nieprzebierającemu w środkach zorganizowanemu zastraszaniu, w celu nieujawnienia w protokole Komisji nr NNN z dnia 23.10.2005 zaobserwowanych przeze mnie wykroczeń.

Wspomniany wyżej przestępczy proceder, polegający na zatajaniu rzeczywistej liczby kart do głosowania otrzymanych przez Komisję, a przez to mogący mieć zasadnicze znaczenie dla ustalenia wyników wyborów w obwodzie, składał się z następujących czynników i okoliczności:

1. Urząd gminy przesyła do obwodowej komisji wyborczej paczkę z kartami do głosowania, w której, pomimo naklejonej nań wydrukowanej komputerowo kartki z wydrukowaną liczbą rzekomo zawartych w niej kart (np. 1322) – w rzeczywistości znajduje się o kilkadziesiąt kart do głosowania więcej.

2. Przewodniczący (wiceprzewodnicząca) komisji przyjmuje od kuriera paczkę z kartami bez komisyjnego ich liczenia, potwierdzając swym podpisem fałszywą liczbę kart do głosowania, widniejącą na wydrukowanej komputerowo etykiecie opakowania, jako liczbę kart rzeczywiście otrzymanych przez komisję z urzędu gminy.

3. Wszystkie istotne ze swego punku widzenia czynności przewodniczący komisji podejmuje samodzielnie, bez udziału innych osób, członków komisji, co najwyżej w towarzystwie zaufanej osoby. Organizuje pracę komisji tak, ażeby nie miała ona charakteru kolegialnego, wskutek czego ma on całkowitą i wyłączną kontrolę nad wszystkim co się dzieje (nie dzieje) podczas całej jej działalności. Nie istnieje zatem możliwość zgłaszania przez członka komisji formalnych wniosków dotyczących przebiegu prac komisji, a ewentualny wniosek o otwarcie protokołu i zapisania w nim wyniku liczenia otrzymanych kart może być przez przewodniczącego całkowicie zignorowany, tym bardziej, że

4. Prowadzenie protokołu komisji rozpoczęte zostaje przez przewodniczącego dopiero w ostatniej fazie pracy komisji, tj. przenoszenia na formularze wyników „na brudno” sporządzonych chaotycznie na przypadkowych kartkach papieru.

5. Praca komisji po otwarciu urny organizowana jest w taki sposób, iż każdy bierze ile chce kart wyjętych z urny, udaje się w ustronne miejsce i dokonuje samodzielnie ich liczenia. W tej sytuacji zajęci pracą poszczególni członkowie komisji nie mają możliwości oglądu, co dzieje się z kartami wyborczymi znajdującymi się w rękach innych członków komisji.

6. Otrzymane z urzędu gminy karty do głosowania nie są przeliczone komisyjnie przed otwarciem lokalu wyborczego, co stanowi jawne naruszenie wytycznych PKW, za to, jak zapewniała wiceprzewodnicząca p. B. Y., przy milczącej aprobacie przewodniczącego A. X., rzekomo zgodnie z instrukcjami udzielonymi wcześniej na szkoleniu w urzędzie gminy. Lecz jeżeli nawet zostają na żądanie członka komisji przeliczone, wynik owego liczenia nie ma znaczenia prawnego i może być podważony przez samego przewodniczącego komisji, biorącego udział w takim liczeniu z uwagi na zasadniczy, konsekwentny brak kolegialności w pracy Komisji (p. pkt 3).

7. Do protokołu, zamiast liczby kart do głosowania faktycznie otrzymanych przez komisję, wpisuje się liczbę nie otrzymaną z bezpośredniego ich liczenia, ale liczbę bądź podaną na etykiecie opakowania, bądź otrzymaną w wyniku daleko idącej dezynwoltury w „usprawnianiu” przewidzianego prawem wyborczym procedury ustalania wyników wyborów w obwodzie. I tak:

a) Ustala się wyniki głosowania w obwodzie na poszczególnych kandydatów (stronnictwa), poprzez sumowanie wyników cząstkowych liczb głosów ważnych podanych przez poszczególnych członków komisji, w tym wykrytych przez nich głosów nieważnych.

b) Uzgadnia się powyższą sumę z liczbą kart wydanych ustaloną na podstawie list wyborców przez odpowiednią korekcję tej ostatniej w taki sposób, aby nie było między obiema wielkościami różnicy.

c) Operacja końcowa ustalania zapisów w protokole wyborczym przebiega w zależności od tego, czy, w jakim stopniu, w jaki sposób i do jakiego celu zostały użyte nadmiarowe, nieujawnione karty do głosowania. Ponieważ część z tych kart może znajdować się tam, gdzie była od początku, tzn. pomiędzy kartami niewykorzystanymi, zatajenie faktu dostarczenia kart nadmiarowych do komisji wiązać się może z koniecznością wpisania do protokołu fikcyjnej liczby kart niewykorzystanych.

8. „Uproszczeniami” w procedurze działania komisji, kosztem choćby ewidentnego naruszenia prawa wyborczego są nierzadko zainteresowani działający w charakterze członków komisji młodzi ludzie, uzyskujący tą drogą możność dorobienia do swego kieszonkowego kwotę ok. dwieście pięćdziesiąt złotych, a których to młodych ludzi, niestety, zdaje się interesować najbardziej nie tyle dobro publiczne, ile raczej jak najszybsze „odwalenie” ciążącego na nich obowiązku i udanie się do domów na zasłużony odpoczynek. W dodatku, sądząc po tym, jak łatwo i bez żadnych przeszkód ze strony przewodniczącego osoby takie, ale z innych komisji wyborczych, odwiedzają wiceprzewodniczącą (także bardzo młodą wiekiem), podczas gdy komisja nie zakończyła jeszcze swojej pracy, można odnieść wrażenie, iż tworzą oni stałą, świetnie znającą się grupę osób stale trudniących się uczestnictwem we lokalnych działaniach wyborczych bądź referendalnych, dzięki swoim znajomościom i układom.

9. W razie przewidywania komplikacji i trudności, jakich nastręczać co dociekliwsi członkowie komisji, o ile nie udaje się ich zakrzyczeć i zastraszyć przy pomocy innych, zaprzyjaźnionych członków komisji, przewodniczący może zawsze zwrócić się do odpowiednich służb bezpieczeństwa o interwencję z powodu „utrudniania pracy komisji”, a nawet, w razie potrzeby – użyć pozostające w dyspozycji nadmiarowe karty do fałszywego oskarżenia niepokornego członka komisji np. o... kradzież kart do głosowania i przez to o chęć sfałszowania wyników wyborów.

W wyniku stosowania powyższego procederu w najwyższym stopniu sprzecznego z wytycznymi PKW, określone osoby w komisji obwodowej uzyskują (mogą uzyskiwać) znaczną, sięgającą kilkudziesięciu kart liczbę nadmiarowych, niekontrolowanych przez nikogo kart do głosowania. Wycofując w odpowiednim momencie, niepostrzeżenie dla innych osób z komisji określoną ilość głosów na danego kandydata (stronnictwo), a podrzucając w ich miejsce tę samą liczbę kart wypełnionych na korzyść swojego kandydata (stronnictwo), można w ten prosty sposób wykreować prawie dowolny, a pożądany przez zainteresowanego wynik głosowania w obwodzie – prawie dowolny, tzn. że nieomal każdy faktyczny zwycięzca może w rezultacie przegrać wybory, a niemal każdy faktyczny przegrywający – wygrać.

Zważyć ponadto należy, iż źródłem nadmiarowych kart do głosowania, nie podlegających niczyjej kontroli, jest co najmniej gminny (jeśli nie okręgowy) aparat wyborczy. Za pomocą wydrukowanych komputerowo etykiet na opakowaniach kart do głosowania stwarza on wrażenie, iż karty są policzone maszynowo „co do sztuki”. Można przeto powziąć poważną obawę, iż powyższy przestępczy proceder nie dotyczy jednej tylko, jakiejś wyjątkowo nierzetelnie pracującej komisji wyborczej, ale że w istocie na terenie tej samej gminy może być ich znacznie więcej. Wrażenie to potęguje dodatkowo informacja o rzekomych ustnych instrukcjach, udzielanych podczas gminnego szkolenia członkom (przewodniczącym?) obwodowych komisji wyborczych, na które to instrukcje powoływała się wiceprzewodnicząca Komisji p. B. Y., uzasadniając wobec innych członków Komisji zbędność rozliczania kart do głosowania otrzymanych przez Komisję.

Na zakończenie nadmienię, iż inna znana mi osoba potwierdziła fakt, iż jego komisja w ostatnich wyborach prezydenckich 2005 także otrzymała kilkadziesiąt kart do głosowania więcej, niż to było wyspecyfikowane na opakowaniu.

Wszystko to sprawia, iż zwłaszcza jako czynny od 1976 r. uczestnik niepodległościowej i demokratycznej opozycji przeciwko zbrodniczemu systemowi totalitarnego zniewolenia, czuję się obecnie szczególnie w obowiązku zdecydowanie przeciwstawić systemowemu korumpowaniu systemu wyborczego Jestem gotów w stosownej chwili przedstawić szczegółowe informacje o przebiegu prac wspomnianej na wstępie Obwodowej Komisji Wyborczej nr NNN w dniach 9 i 23 października 2005 r.

* * *

Tyle, jeśli chodzi o samo pismo. Jak Państwo sądzicie? Czy CBA zajęło się tą sprawą? Z faktu, iż CBA nie zwróciło się do mnie o dalsze wyjaśnienia, nic pewnego wnioskować nie można. Wydawać by się mogło, że powinno. Bo pomyślmy tylko, jeżeli zdarzyło się to w jednej gminie, to dlaczego nie miałoby znaleźć naśladowców w całej stolicy, a jak w całej stolicy, to czemuż by nie w całym kraju?

Zastanawiające w tym wszystkim jest to, iż od tej nad wyraz bulwersującej sprawy nader daleko idący dystans wykazał najpierw gminny pełnomocnik Ligi Polskich Rodzin, uchylając się zarówno w czasie trwania owych wyborów, jak i potem, od udzielenia mi jakiejkolwiek pomocy. Następnie nic wspólnego z tą sprawą nie chciał mieć także gminny pełnomocnik Prawa i Sprawiedliwości. Ten ostatni, dowiedziawszy się o co chodzi, po prostu przestał odbierać telefony. I ta ostatnia okoliczność, obojętność obu pełnomocników jest dla mnie w tym wszystkim bodaj najbardziej dająca do myślenia.

W jednym z internetowych sondaży na temat propozycji Havla międzynarodowego nadzoru nad październikowymi wyborami parlamentarnymi w Polsce 76 proc. (5732) respondentów przychylałoby się do niej, uznając ją za dobry pomysł, 23 proc. (1707) uważało, że były prezydent Czech przesadza, 1 proc. (84) nie miało zdania. Jeżeli ten sondaż jest prawdziwy, to wynikałoby z niego, że blisko 3/4 Polaków nie ma zaufania do polskiego aparatu wyborczego.

A może by więc zamiast zapraszać międzynarodowych obserwatorów i kompromitować się na cały świat, należałoby się samemu przyjrzeć z bliska działaniu wszystkich komisji wyborczych w kraju? Skoro partie polityczne zdają się być niezainteresowane rzetelnymi, niezafałszowanymi wynikami wyborów, to może powinien powstać oddolny obywatelski ruch nadzoru nadchodzących wyborów, zwłaszcza pod kątem ścisłego przestrzegania przez obwodowe komisje wyborcze przepisów polskiego prawa wyborczego?

Może kiedy Polak uświadomi sobie, że jego kartkę wyborczą, wrzucaną do urny w poczuciu obywatelskiego obowiązku ktoś z obwodowej komisji wyborczej może później bez przeszkód wrzucać do śmieci, a na jej miejsce podkładać swoją, tyle że na zupełnie innego kandydata czy ugrupowanie, czy np. w referendum w sprawie o likwidację bądź dalsze istnienie państwa polskiego, przeciwko temu państwu, przeciwko Polsce i przeciwko całemu Narodowi, to może Polak się ruszy i sam wreszcie zrobi z tym wyborczym bezprawiem należyty porządek?



dodajdo.com

środa, 18 marca 2015

Andrzej Duda, kandydat PiS, w dziele ożywiania wysychających źródeł ideowych Unii Demokratycznej i Unii Wolności




Kandydat Pis na Prezydenta RP w nadchodzących wyborach prezydenckich Andrzej Duda wykazał na przełomie 2001/2002 roku niezwykłą wierność programowym założeniom Unii Wolności. Nie zraziły go jakoś katastofalne skutki realizacji rygorystycznej polityki monetarystycznej z równoczesnym wygaszaniem gospodarki przez wicepremiera Leszka Balcerowicza, przewodniczącego Unii Wolności. Prowadzona pod parasolem Akcji Wyborczej "Solidarność" w latach 1997-2001 polityka Balcerowicza stanowiąca praktyczną realizację programu gospodarczego Unii Wolności doprowadziła w ciągu czterech lat do spadku produktu krajowego brutto z 7% do poniżej 1% PKB oraz do wzrostu rejestrowanego bezrobocia do poziomu 22%.

Poniższe wyniki wyborów wskazują wyraźnie, do jakiego stopnia polityka Unii wolności została odrzucona przez wyborców w wyborach parlamentarnych 2001.

SLD–UP 5 342 519    41,04%
PO 1 651 099    12,68%
Samoobrona RP1 327 624    10,20%
PiS 1 236 787    9,50%
PSL 1 168 659    8,98%
LPR 1 025 148    7,87%
AWS 729 207    5,60%
UW 404 074    3,10%

(partie z wynikiem poniżej 1% zostały pominięte - red.)

W reakcji na katastrofalne wyniki wyborcze Unii Wolności przewodniczący Bronisław Geremek w dniu 24 września 2001 r.wystosował do członków Unii Wolności następujący list:

Szanowni Państwo,

Unia Wolności poniosła porażkę wyborczą pomimo zaangażowania tysięcy naszych sympatyków, naszych kandydatów, naszych członków. Poczuwam się do odpowiedzialności za tę porażkę. Postanowiłem zwołać nadzwyczajny kongres krajowy Unii w ciągu najbliższych tygodni. Trzeba będzie poddać analizie jej przyczyny, rozważyć obecną sytuację kraju i określić perspektywę działań Unii.
Wybrany na nowym zjeździe nowy przewodniczący Unii stanie przed trudnym zadaniem odbudowy siły naszego ugrupowania.
Teraz jednak rzeczą najważniejszą jest, żeby zapewnić Unii trwanie. Zasługuje na to: jesteśmy rozważną partią politycznego centrum, w wolności, solidarności i tolerancji upatrującą fundament swojego działania, promującą dynamikę gospodarczą jako lekarstwo na bezrobocie, traktującą edukację jako priorytet narodowy, postulującą model państwa uczciwego i obywatelskiego.
Koleżanki i Koledzy,
Losy Unii leżą teraz w naszych rękach. Zwracam się z gorącym apelem, abyśmy oparli się goryczy i rozczarowaniu. Rozważmy teraz nasze dotychczasowe działania, aby określić w toku dyskusji w kołach i regionach nasze perspektywy i metody działania na przyszłość. Będzie to przygotowanie do naszego zjazdu nadzwyczajnego i do następnych wyzwań przed jakimi stoimy.
Unia potrafiła być uparta, gdy było tego trzeba. Teraz jest potrzebny nasz upór i determinacja w służbie krajowi. Apeluję o wiarę i nadzieję: tego oczekują od nas setki tysięcy wyborców, którzy zawierzyli nam swój głos. Nie możemy tego zaufania zawieść.
Serdecznie pozdrawiam i dziękuję,

Warszawa, 24 września 2001 r.

Bronisław Geremek


Z przemówienia przewodniczacego Bronisława Geremka na Nadzwyczajnym Kongresie Krajowym Unii Wolności w dniu 14 października 2001:

"
(...) W warunkach rosnących różnic w sytuacji materialnej i dramatycznego wzrostu liczby ludzi mających poczucie nie uczestniczenia w korzyściach z transformacji nie potrafiliśmy zasady społecznej gospodarki rynkowej uczynić realną polityką gospodarczą.
Po trzecie, pogarszająca się koniunktura gospodarki - zarówno wewnętrzna jak i zewnętrzna - oraz zahamowania we wdrażaniu polityki wzrostu gospodarczego, prywatyzacji i w rozwoju przedsiębiorczości spowodowały wzrost bezrobocia i ogólne pogorszenie się klimatu społecznego w kraju. Wytworzyła się na szeroką skalę niechęć do elit. Brak poczucia nadziei jaki badania stwierdziły ze strony trzech czwartych społeczeństwa polskiego wytworzył warunki, w których propaganda kontestacyjna skutecznie mogła eksploatować frustracje społeczne. W ten sposób brak było przestrzeni dla Unii jako partii nadziei i wizji przyszłości."
(...) Formujący się obecnie parlament naznaczony jest piętnem wyścigu kontestacyjnej propagandy jaki znamionował kampanię wyborczą. W senacie SLD uzyskał miażdżącą przewagę, zaś do Sejmu weszły po raz pierwszy na taką skalę ugrupowania sformowane wokół programów ekstremalnych i agresywnych.
(...) Niezbędna jest presja zarówno w parlamencie jak i poza nim, aby Polską nie zboczyła z kursu obranego w 1989 r. i właściwie odpowiedziała na nowe wyzwania. Taką politykę zapowiada SLD, a w opozycji obiecuje jej wspieranie Platforma Obywatelska.
(...) Wymaga to wytworzenia się układu dialogu i porozumienia między Unią Wolności a ugrupowaniami o pokrewnych założeniach programowych, a zwłaszcza ze Stronnictwem Konserwatywne - Ludowym i Platformą Obywatelską.
(...) Nadzwyczajny Kongres Krajowy może stać się początkiem wielkiej debaty o programie Unii jak też o jej organizacji. Kampania wyborcza przed Kongresem Krajowym, Konferencja Programowa, może także konferencja statutowa, mogą być następnymi krokami na tej drodze. Chodzi o przebudzenie się Unii, o wyjście z letargu, o wolę życia. Jestem przekonany, że źródła ideowe Unii - Unii Demokratycznej i Unii Wolności - nadal nie wyschły.
"

Na tym samym Nadzwyczajnym Kongresie Krajowym zostały wyłonione nowe władze:

Zarząd Unii Wolności:
Władysław Frasyniuk - przewodniczący UW
Anna Popowicz - wiceprzewodnicząca UW
Jan Lityński - wiceprzewodniczący UW
Andrzej Potocki - sekretarz generalny UW
Marek Chimiak - skarbnik
Mirosław Czech - członek Zarządu
Krzysztof Dołowy - członek Zarządu
Irena Dzierzgowska - członek Zarządu
Bogdan Lis - członek Zarządu
Katarzyna Lubnauer - członek Zarządu
Jerzy Meysztowicz - członek Zarządu
Mirosław Pawełko - członek Zarządu
Włodzimierz Puzyna - członek Zarządu
Andrzej Skowroński - członek Zarządu
Ewa Socha - członek Zarządu
Grażyna Staniszewska - członek Zarządu

Rada Polityczna Unii Wolności:
Bronisław Geremek - przewodniczący Rady Politycznej
Michał Boni - członek Rady Politycznej
Zbigniew Bujak - członek Rady Politycznej
Marek Edelman - członek Rady Politycznej
Marian Filar - członek Rady Politycznej
Jan Król - członek Rady Politycznej
Janusz Onyszkiewicz - członek Rady Politycznej
Jerzy Osiatyński - członek Rady Politycznej
Aleksander Smolar - członek Rady Politycznej
Joanna Staręga-Piasek - członek Rady Politycznej
Andrzej Wielowieyski - członek Rady Politycznej
Jerzy Wierchowicz - członek Rady Politycznej
Henryk Wujec - członek Rady Politycznej


Odpowiadając najwyraźniej na apel przewodniczącego Unii Wolności Bronisława Geremka Andrzej Duda mając lat 29 znalazł się w trzy miesiące później jako delegat na III Zjazd Regionalny Unii Wolności Małopolska w dniu 15 grudnia 2001 roku. Jak długo trwało to członkostwo - nie wiemy. Z informacji prasowych wynika jedynie, iż opłacił składki członka Unii Wolności za rok 2002.

O źródłach ideowych Unii Demokratycznej i Unii Wolności, o jakich wspominał przewodniczący Bronisław Geremek wiele mogą powiedzieć dalsze losy Unii Wolności.

W 2005 roku Unia Wolności przekształciła się w Partię Demokratyczną – demokraci.pl (Partia Demokratyczna, PD)

Partia Demokratyczna pod względem prawnym jest kontynuacją Unii Wolności. Inicjatorami przekształcenia UW w PD byli: przewodniczący UW Władysław Frasyniuk, pierwszy niekomunistyczny premier Tadeusz Mazowiecki oraz wicepremier i minister gospodarki i pracy w rządzie Leszka Millera i Marka Belki, profesor Jerzy Hausner. Pierwotnie projekt powstania PD zakładał poszerzenie środowiska UW zarówno w lewą jak i prawą stronę sceny politycznej – prowadzone były rozmowy z Partią Centrum Janusza Steinhoffa i Zbigniewa Religi, zakończone niepowodzeniem. Ostatecznie w PD poza członkami UW znalazła się grupa dawnych członków SLD oraz osoby niezwiązane wcześniej formalnie z partiami politycznymi.

Pod deklaracją ideową Partii Demokratycznej 27 lutego 2005 podpisało się 176 ludzi nauki, kultury, przedstawicieli organizacji samorządowych i pozarządowych dotychczas popierających Unię Wolności, a wcześniej Unię Demokratyczną (m.in. Magdalena Abakanowicz, Zbigniew Bujak, Bronisław Geremek, Janusz Onyszkiewicz, Jan Kułakowski, Izabella Cywińska, Marek Edelman, Piotr Fronczewski, Agnieszka Holland, Kazimierz Kutz, Bogdan Lis, Henryk Samsonowicz, Olga Krzyżanowska, Robert Leszczyński, Andrzej Grabowski, Marek Kondrat, Piotr Machalica, Jan Miodek, Daniel Olbrychski, Antoni Piechniczek, Andrzej Seweryn, Zbigniew Zapasiewicz). Poparcia inicjatywie udzielił również urzędujący premier Marek Belka.

W dniach od 7 do 8 maja 2005 odbył się w Warszawie założycielski Kongres Partii Demokratycznej – demokraci.pl z udziałem Władysława Frasyniuka, Tadeusza Mazowieckiego, Jerzego Hausnera oraz premiera Marka Belki. W swoim wystąpieniu premier podsumował swoją sympatię do partii słowami: Jeśli ktoś dziś przychodzi do Demokratów, to nie przychodzi do partii władzy, ale robi to z potrzeby serca i poczucia odpowiedzialności. Podjęta w trakcie kongresu decyzja o formalnym przekształceniu UW w PD spotkała się z protestami dawnych działaczy, partię opuścili m.in. Bogdan Borusewicz i Czesław Fiedorowicz.

Pod koniec maja 2005, PD deklarowała liczebność na poziomie blisko 13 000 osób, z czego ponad 8000 dawnych członków Unii Wolności.

W wyborach parlamentarnych w 2005 Partia Demokratyczna – demokraci.pl nie osiągnęła progu wyborczego, uzyskując wynik 2,45% głosów w skali kraju.

W wyborach prezydenckich w 2005 Partia Demokratyczna wystawiła kandydaturę bezpartyjnej Henryki Bochniarz, która uzyskała 1,26% głosów, zajmując 7. miejsce spośród 12 kandydatów. W drugiej turze PD poparła Donalda Tuska z PO.

4 marca 2006 Władysław Frasyniuk na kongresie Partii Demokratycznej zrzekł się przewodnictwa w ugrupowaniu, przekazując swoje poparcie Januszowi Onyszkiewiczowi.

Latem 2006, przed wyborami samorządowymi, po nieudanych próbach wejścia w sojusz z Platformą Obywatelską, władze partii nawiązały współpracę z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, Socjaldemokracją Polską oraz Unią Pracy. Ugrupowania te stworzyły koalicję Lewica i Demokraci.
(wszystkie informacje nt. PD: Wikipedia)

dodajdo.com

piątek, 13 marca 2015

Czy Polacy zaprzestaną podważać ustalenia Prokuratury w sprawie katastrofy smoleńskiej?



Przed kilkoma dniami (9.03.2015) Naczelna Prokuratura Wojskowa poinformowała o otrzymaniu nowej , "bardzo ważnej dla ustaleń śledztwa" ekspertyzy w sprawie katastrofy smoleńskiej. Ekspertyzę tę, jak brzmi komunikat Prokuratury, przygotował ponad dwudziestoosobowy zespół biegłych kierowany przez płk Antoniego Milkiewicza, powołany jeszcze w 2011 roku. NPW zapewniła, że zamierza ustosunkować się do tego dokumentu w ciągu 2-3 tygodni.
(Ekspertyza ws. tragedii smoleńskiej przekazana wojskowej prokuraturze)

Sądząc na podstawie stosunkowo nielicznych doniesień medialnych na ten temat, w tym również niezależnych mediów internetowych, informacja NPW została przez opinię publiczną na ogół niedoceniona. Tymczasem warto zauważyć, że zapowiadany termin odniesienia się przez Prokuraturę do ekspertyzy zespołu biegłych pod kierunkiem płk Milkiewicza, mogącej choćby z racji liczby zaangażowanych do jej przygotowania ekspertów zostać śmiało uznaną za swego rodzaju Raport Millera bis, zbiega się dość ściśle w czasie z przedłużonym na 10.04.2015 r. przewidywanym terminem zakończenia prowadzonego przez Prokuraturę śledztwa.

Wspomniana informacja z 9.03.2015 może zatem w istocie oznaczać zapowiedź mającego niebawem nastąpić ostatecznego umorzenia śledztwa w sprawie tzw. katastrofy smoleńskiej, np. z braku dostatecznych dowodów, niezależnie od tego, jak bardzo posunięcie takie mogłoby w chwili obecnej wydawać się niedorzecznością. Nie można jednak zarazem wykluczyć, iż "nowa" ekspertyza w sprawie katastrofy smoleńskiej stanie się kolejną okazją do powtórzenia po raz n-ty z rzędu tez raportu Komisji Millera - rzecz całkiem niebagatelna w perspektywie nadchodzących wyborów prezydenckich i parlamentarnych.

Niezależnie, jak się sprawy ostatecznie potoczą, warto krótko podsumować, czego należałoby się ze strony zespołu płk A. Milkiewicza spodziewać.

Jak wynika z informacji przedstawionej przez NPW, zadaniem zespołu płk Milkiewicza było wypowiedzieć się w sprawie:
- odtworzenia i rekonstrukcji lotu Tu-154M,
- przygotowania do lotu,
- stanu wyszkolenia i przygotowania załogi,
- prawidłowości procesu szkolenia członków załogi,
- prawidłowości eksploatacji samolotu 10 kwietnia,
- prawidłowości pracy załogi w czasie lotu,
- prawidłowości zabezpieczenia meteorologicznego i nawigacyjnego lotu,
- prawidłowości przygotowania lotniska Smoleńsk-Północny i pracy służb zabezpieczenia lotów na tym lotnisku.

Wypada w tym miejscu zauważyć, że nie jest lista kompletna, gdyż na tej liście zadań brak jest np. sprawdzenia prawidłowości działania aparatury sterująco-kontrolnej i nawigacyjnej samolotu. Można zatem obawiać się, iż nie dowiemy się całego istotnych szeregu rzeczy, w tym zwłaszcza możemy nie poznać oceny działania układu automatu ciągu, czy wysuwu mechanizacji skrzydeł.
(Klapy w Smoleńsku były wysunięte na 45º a nie 36º, jak twierdził MAK i Komisja Millera)

Nie ma też na tej liście miejsca na weryfikację prawidłowości innych ustaleń Komisji Millera, jak np. sprawa nieprzeliczenia współrzędnych geodezyjnych z systemu SK-42 na WGS-84, wprowadzonych przez załogę Tu-154-M do pokładowego systemu kierowania lotem. Przypomnijmy, że o ile specjaliści rosyjscy stwierdzili w Raporcie MAK, iż nieprzeliczenie z SK-42 na WGS-84 wiąże się to z przesunięciem o ok. 150 m na wschód, o tyle zdaniem polskich ekspertów od geodezji i kartografii spowodowało to przesunięciu o 115 m.... na południe (co wg wszelkiego prawdopodobieństwa nie jest zgodne z prawdą).
(Wpadka komisji Millera z przeliczaniem współrzędnych z SK-42 na WGS-84?)

Poza tym - wymieniony zakres przedmiotowy oczekiwanej ekspertyzy (za wyjątkiem punktu 1. odtworzenia i rekonstrukcji lotu) do złudzenia pokrywa się z zakresem zagadnień, na jakie dał wcześniej obszerną wprawdzie ale dalece niezadowalającą odpowiedź w swoim Raporcie Komisja Jerzego Millera. Z uwagi na formalną niezależność Prokuratury Generalnej od instancji rządowych można by spodziewać się, iż zadaniem zespołu płk Milkiewicza była obiektywna, miarodajna, niezależna od Komisji Millera, jako instytucji rządowej, weryfikacja przez niezależną od rządu prokuraturę prawidłowości czynności podjętych przez cywilno-wojskową Komisję Millera, w tym także kontrola metodologicznej poprawności dokonanych przez tę Komisję ustaleń. Tym samym mogłoby wówczas rzeczywiście być tak, jak stwierdzały w swoim komunikacie z dnia 27.04.2010 Prokuratura Generalna i Naczelna Prokuratura Wojskowa, a mianowicie że
"prowadzone przez polską prokuraturę śledztwo jest niezależne od badań wykonywanych przez komisje badań wypadków lotniczych. Polska prokuratura nie będzie związana raportami tych komisji. Raporty przedstawione przez komisje zostaną włączone do akt śledztwa jako dowód w sprawie, podlegający następnie swobodnej ocenie przez prowadzącego sprawę prokuratora."

Należy wszakże równocześnie odnotować, iż realizacja formalno-prawnej niezależności Prokuratury przewidzianej ustawą o prokuraturze w dalszym toku działań prokuratorskich może napotykać na pewne trudności. Ograniczmy się do przypomnienia, iż Prokuratura w osobie Prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta na konferencji prasowej w dniu 23.10.2013 zademonstrowała opinii publicznej postawę znacznej swego rodzaju autoidentyfikacji z wcześniejszymi ustaleniami Komisji Millera. Prokurator Generalny zarzucił wówczas grupie niezależnych naukowców, zbliżonych do parlamentarnego zespołu ds. katastrofy smoleńskiej, iż "skoncentrowali się na podważaniu tego, co ustala prokuratura".
(Andrzej Seremet punkt po punkcie obala tezy II Konferencji Smoleńskiej)

Tymczasem, jak wskazuje dotychczasowe doświadczenie, na ogół trudno zorientować się obywatelowi RP, jaki jest aktualny stan ustaleń Prokuratury, i jak dalece w związku z tym wolno się mu posunąć w krytycznej ocenie Raportu Millera, tak, aby nie podpaść zarazem pod zarzut podważania ustaleń Prokuratury. Po pierwsze dlatego, iż Prokuratura Generalna (Wojskowa) zwykła wypowiadać się na temat swojego stanu wiedzy nt. katastrofy dopiero w rezultacie pojawienia się niezależnych teorii alternatywnych, niejako ze swej natury krytycznych, stojących w opozycji do ustaleń Komisji Millera, po dziś dzień w pełni podzielanych przez Prokuraturę. Pod tym względem Prokuratura sprawia wrażenie swego rodzaju drugiej linii propagandowej obrony tez raportu Millera, podczas gdy rządowy Zespół dr płk. Macieja Laska pełni rolę pierwszej linii tego frontu.

Po wtóre, wiadomość, że istnieje jakiś zespół ekspertów płk Milkiewicza i że ma on taki, a nie inny zakres przedmiotowy swoich badań dotarła do opinii publicznej przed zaledwie kilkoma dniami, podczas gdy było dotąd dostatecznie wiele okazji, aby informacji na ten temat udzielić wcześniej, nie zaś zostawiać ją niejako na ostatnią chwilę.

Po trzecie - z uwagi na to, iż zespół płk Milkiewicza przedstawił swoją ekspertyzę Prokuraturze na tyle niedawno, iż Prokuratura nie zdołała się nią na tyle przynajmniej, aby w ogólny sposób zaprezentować ją opinii publicznej, trudno jest mówić o jakkolwiek utrwalonych ustaleniach Prokuratury, które można by następnie mniej czy bardziej zasadnie potwierdzać względnie podważać.

Warto przy tym odnotować, że już zapowiadane komunikatem z dnia 27.04.2010 śledztwo o nieumyślne sprowadzenie katastrofy w ruchu powietrznym" niejako już na samym wstępie stało w wyraźnej sprzeczności z deklaracją niezależności, głoszącą, iż:
"[w] toku postępowania badane są wszystkie możliwe wersje przyczyn i okoliczności zaistnienia katastrofy, w tym prawidłowość postępowania osób odpowiedzialnych za kierowanie ruchem lotniczym. Dotychczas żadna z założonych wersji śledczych nie została w sposób procesowy zweryfikowana negatywnie. Żadna też nie zyskała statusu wersji dominującej."

Nie można zatem uwolnić się od wrażenia, iż w przekonaniu obu Prokuratur, dysponujących nominalną niezależnością od instytucji rządowych, w sprawie tzw. katastrofy smoleńskiej od samego początku niezależnego śledztwa możliwe było tylko i wyłącznie takie czy inne sprawstwo nieumyślne.

Równocześnie nadal nie wiemy, do jakiego stopnia skład zespołu eksperckiego płk Antoniego Milkiewicza istotnie różni się od tego zespołu specjalistów, z którego usług korzystała Komisja Millera. Od tego bowiem zależy, czy faktycznie zaistniały warunki niezbędne dla zapewnienia omawianej ekspertyzie należytej obiektywności i niezależności. Tymczasem zaistniał nie najlepiej wróżący niezależności i obiektywności Prokuratury precedens, wskazujący na zaniedbanie przez Prokuraturę należytej dywersyfikacji źródeł ekspertyz. Mianowicie ta sama firma specjalistyczna ATM, nb. producent rejestratora ATM-QAR, która opracowała na potrzeby Komisji Millera ekspertyzę Porównanie i deszyfracja kopii zapisów pokładowych rejestratorów parametrów samolotu Tu154M nr boczny 101 Sił Powietrznych RP który uległ katastrofie 10 kwietnia 2010 r. z dnia 22 czerwca 2011 r., stała się jednocześnie autorem ekspertyzy opracowanej na zlecenie Prokuratury "Deszyfracja i analiza danych z pokładowych rejestratorów parametrów samolotu TU-154M nr boczny 101 Sił Powietrznych RP który uległ katastrofie 10 kwietnia 2010 r." z dnia 15.07.2011 r.

Z ubolewaniem należy przy tym nadmienić, iż oba te dokumenty autorstwa specjalistów ATM wykazują niezmiennie cały szereg tych samych, nieprzezwyciężalnych - można by rzec, błędów merytorycznych, jak na przykład rzekome stałe przesunięcie cyklów czasowych między rejestratorem parametrycznym systemu MSRP-64 i rejestratorem dźwiękowym MARS-BM wynoszące jakoby 3,5 sek.
(Linia czasowa stenogramu IES w świetle stenogramu MAK)

Co więcej - eksperci ATM nie dostrzegli również w dokonanej przez siebie deszyfracji danych ewidentnych błędów, jakimi zostały obciążone dane trzech parametrów próbkowanych z częstością 8 Hz, zamiast 2 Hz, jak pozostałe parametry analogowe, co podkreśla szczególne znaczenie tych trzech parametrów dla prawidłowej interpretacji całości zapisu parametrycznego.
(Gwałtowna zmiana w zapisie przyspieszenia pionowego to skutek wady działania MSRP-64...)

Gdyby zatem okazało się, że firma ATM uzyskała, m.in. od Prokuratury, swego rodzaju monopol na szeroko rozumiane przetwarzanie i interpretację danych pochodzących z rejestratorów parametrycznych, jak również swoiste prawo wyłączności w zakresie specjalistycznego odnoszenia się w kwestiach związanych z szeroko rozumianą rejestracją danych, wówczas także naczelne zadanie zespołu płk Milkiewicza, jakim jest "sprawdzenie prawidłowości sposobu odtworzenia i rekonstrukcji lotu Tu-154M", znalazłoby się pod poważnym znakiem zapytania.

Przypadek zaangażowania przez Prokuraturę tej samej firmy eksperckiej do wyrażenia opinii w tej samej co wcześniej dziedzinie wskazuje na szerszy problem - na kwestię prawidłowego doboru specjalistów mających przedstawić ekspertyzy mogące mieć jakikolwiek walor kontrolny, sprawdzający w stosunku do już istniejącego materiału dowodowego. W przypadku bowiem znacznego pokrywania się składu osobowego zespołów eksperckich Komisji Millera i Prokuratury w kluczowych dziedzinach i specjalizacjach trudno byłoby mówić o obiektywizmie, jak też o samej weryfikacji ustaleń przez Prokuraturę - ci sami eksperci, będąc niejako sędziami we własnej sprawie, najzwyczajniej w świecie potwierdzaliby (i to w sposób praktycznie niepodważalny) swoje wcześniej dokonane ustalenia. Skutkowałoby to z kolei w sposób nieuchronny podzieleniem przez zespół płk Milkowskiego, a więc i przez Prokuraturę, niezachwianego, jak dotąd, przekonania o słuszności wcześniejszych wniosków i konkluzji raportu Komisji Millera. Można spodziewać się, że nie zmniejszyłoby to i tak już znacznej skłonności polskiego społeczeństwa do "podważania ustaleń Prokuratury".





dodajdo.com