piątek, 10 kwietnia 2015

Opinia biegłych obalając jedne mity raportu Millera, instytuuje nowe, jeszcze wymyślniejsze (1)



Jak pamiętamy, w raporcie komisji Jerzego Millera zapis parametryczny w systemie MSRP-64 kończył się o godz. 8:41:04.0, natomiast ostatni zapisany marker czasowy zapisany w IV kanale rejestratora głosu MARS-BM odpowiadał godz. 8:41:07,5. Usiłując usunąć tę, zdawałoby się, nierozwiązywalną sprzeczność, specjaliści komisji Millera zmuszeni byli dojść do wniosku, że efekt opóźnienia czasu MSRP-64 w stosunku do czasu MARS-BM powstaje w procesie programowania wskaźnika czasu bieżącego ITW-4.

Komisja Millera tak oto przedstawiła ten problem:
"Czas w systemie MSRP zapisywany jest w Subkadrach, czyli w cyklu 5-cio sekundowym. Ponieważ początek cyklu pracy urządzenia ITW-4 zależy od momentu naciśnięcia przycisku przy wprowadzaniu czasu, to odstęp, jaki upłynie pomiędzy naciśnięciem przycisku wprowadzania na ITW-4 a rozpoczęciem kolejnego 5-cio sekundowego cyklu w bloku szyfratora systemu MSRP, jest stałym opóźnieniem czasu rejestrowanego w rejestratorach parametrów, czyli Czasu MSRP, w stosunku do czasu wskazywanego przez blok ITW-4, a co za tym idzie Czasem MARS-BM z dokładnością 0,5 s."

W konsekwencji stwierdzono, że:
"Z powyższych danych wynika, że czas MSRP jest opóźniony o 3.425 sekundy w stosunku do czasu MARS-BM. Do dalszych analiz przyjęto opóźnienie 3 sekundy."

Powyższe uzasadnienie posiadało wszakże jedną poważną wadę: zupełnie abstrahowało od faktycznej struktury systemu MSRP-64. Przyjęcie za fakt stałego przesunięcia czasowego wynoszącego 3,5 sek oznacza bowiem de facto przyjęcie milczącego założenie, iż istnieją dwie oddzielne szyny danych, jedna dostarczająca danych czasu dla rejestratora głosu, i druga, ze stałym opóźnieniem - w tym przypadku 3,5 sek - dla rejestratora parametrycznego. Nie może bowiem być tak, że rejestrator głosu zapisuje 7 kolejnych 0,5 sekundowych markerów z ustawionym najmniej znaczącym bitem (LSB) = 1 (przy przejściu np. z 8:40 na 8:41) po rozpoczęciu "nowej" minuty, podczas gdy równocześnie rejestrator parametryczny przez 7 kolejnych kadrów (zawierających komplet danych kanałowych każdy) kontynuował zapis subkadr oznaczony sygnaturą czasową dla "starej" minuty, czyli 8:40 (LSB = 0). A skoro potrzebne są oddzielne szyny danych dla rejestratorów głosowego i parametrycznych, w taki razie potrzebne są w ślad za tym dwa oddzielne generatory danych czasu, a zatem także dwa oddzielne ITW-4, oczywiście w jakiś sposób również oddzielnie programowane. Jeśli jednoznaczność czasu rejestrowanego nie ma być tylko pustym słowem, inna możliwość po prostu nie istnieje.

W rzeczywistości system MSRP-64 generuje w swoim przetworniku UP-2-2 stabilizowany kwarcowo sygnał o częstotliwości 1/60 Hz odpowiadający 1 minucie czasu bieżącego (MOW - ros. minutnaja otmietka wremieni). Sygnał ten podawany jest następnie do cyfrowego wskaźnika czasu bieżącego ITW-4, zawierającego liczniki jednostek minut, dziesiątek minut, jednostek godzin, oraz dziesiatek godzin. Dane równoległe czasu z wyjść wspomnianych liczników w postaci 13 sygnałów wracają tym samym kablem, którym dostarczany jest wejściowy sygnał MOW, z jednej strony do UP-2-2, dla ich zapisu w rejestratorach parametrycznych z drugiej - dane te trafiają do rejestratora głosu za pośrednictwem urządzenia dopasowującego UsS-16. Urządzenie to przekształca 11 bitów danych równoległych z ITW_4 w dwa sygnały tworzące 11-bitowy synchroniczny interfejs szeregowy, Wyjście1 i Wyjście2, zapisywane po odpowiednim wzmocnieniu w rejestratorze głosu MARS-BM.

Warto nadmienić, że z uwagi na to, że 6-bitowy (64-stanowy) licznik binarny w USS-16, liczący w cyklu 0,5 sek 64 impulsy kanałowe (f = 128 Hz) nie jest w żaden sposób resetowany, a jego stan po włączeniu zasilania może być jednym z 64 możliwych stanów logicznych, możliwe jest stałe przesunięcie pomiędzy wejściowym czasem parametrycznym (MSRP-64), a głosowym nie większe niż 0,5 sek. Co przy tym istotne - to czas MARS-BM jest opóźniony w stosunku do czasu MSRP-64, a nie odwrotnie.

Jak widać z powyższego, z całego przytoczonego powyżej przebogatego uzasadnienia, jakiego użyła w swoim czasie komisja Millera, aby uzasadnić konieczność istnienia opóźnienia 3,5 sek między czasem MARS-BM i MSRP-64, prawdziwe jest jedynie końcowe stwierdzenie ostatniego zdania: "z dokładnością 0,5 s.".

Wracając do zasadniczego przedmiotu, jakim jest najnowsza opinia biegłych, powołanych w 2011 r. przez NPW. Otóż opinia ta niejako unieważnia tylnymi drzwiami obowiązujący (do 28 marca 2015 włącznie) mit o 3,5-sekundowym opóźnieniu, ustanowiony drzwiami frontowymi przez rządową komisję Jerzego Millera. Na str. 44 "Cyfrowego przetwarzania" znajdujemy stwierdzenie:
"Synchronizację oparto na sygnałach przyciśnięcia [przycisku] transmisji radiowej [przez załogę samolotu], kóre są zapisywane zarówno w FDR [rejestratorze parametrycznym - ang. Flight Data Recorder], jak również są one słyszalne w kanałach radiowych CVR [rejestratora głosu - ang. Cockpit Voice Recorder]. Niestety rozdzielczość czasowa tych zapisów FDR nie jest wysoka. Wynosi 0,5 sek. Jednak korzystając z wielu punktów sunchronizacji udało się ograniczyć potencjalny asynchron CVR i FDR ok. +/- 0.1 sekundy. W ten sposób zapis CVR przybrał uważane w Zespole Biegłych za obowiązujące odniesienie czasu tzw. czas pokładowy FDR równy czasowi ATM-QAR [wyróżnienie oryg. - przyp. J.R.], kończący się w okolicy godziny 8:41:04."
(przypisy w nawiasach kwadratowych dodane - J.R.)

Tym samym biegli przyznają obecnie, że synchronizują czas MARS-BM według czasu nadawania radiowego w zapisie parametrycznym MSRP. A w związku z tym dotychczasowy "asynchron CVR i FDR" obowiązujący do dnia 28.03.2015 włącznie (zgodnie z wypowiedzią jednego z prokuratorów podczas konferencji prasowej), wynoszący 3,5 sek (w obliczeniach 3,0 sek) jest już nieaktualny. Obecnie, zgodnie z opinią biegłych, obowiązuje czas pokładowy (czyli czas MSRP-64/MARS-BM pobierany ze wskaźnika czasu bieżącego ITW-4) z odchyłką, według biegłych, nie większą niż +/-0,1 sek. Co, zgodnie z tym, co już zostało powiedziane powyżej w związku z budową urządzenia UsS-16, również mija się do pewnego stopnia ze stanem faktycznym.

A zatem trzeba było czekać polskiej opini publicznej 5 lat nie tylko na to, aby do badania zawartości rejstratora MARS-BM zastosowano częstotliwość próbkowania sygnału akustycznego wyższą aniżeli 11,025 kHz. Potrzebne było również całe minione pięciolecie, aby ów sławetny 3,5 sek liczący "asynchron FDR i CFR" komisji Millera spadł w oczach biegłych praktycznie do zera. Pozostaje mieć nadzieję, że najnowsze ustalenia biegłych zostaną z czasem zauważone również przez prokuraturę.

(c.d.n)
dodajdo.com

sobota, 21 marca 2015

Krzysztof Górecki: Żydowski telefon zaufania



Artykuł poniżej zamieszczony jest swoistym komentarzem do toczącej się obecnie w Polsce dyskusji, czy kandydat PiS na Prezydenta RP Andrzej Duda jest odpowiedzialny za treść wierszy napisanych w przeszłości przez jego teścia Juliana Kornhausera (Kandydat Duda - dobry jak kosher). (Red.)



Krzysztof Górecki

Żydowski telefon zaufania
Źródło: Warszawska Gazeta. Za: pressmix.eu


Niezwykle tolerancyjny musi być naród, w przeważającej mierze katolicki, wybierający prezydenta mającego żydowskich przodków, syna rabina na ministra, wnuka żołnierza Wehrmachtu na premiera, oddający w większości głos na partię kierowaną przez mniejszości narodowe. Nazywając Jana Kobylańskiego antysemitą i typem spod ciemnej gwiazdy, za najbardziej obciążający zarzut Sikorski uznał spostrzeżenie lidera południowoamerykańskiej Polonii: "W Polsce muszą rządzić Polacy, to tragedia, że w polskim MSZ 80 proc. stanowisk mają Żydzi”. Ciekawe, że dostrzegł to też Bartoszewski.

W lutym 2011 r. po wizycie premiera w Jerozolimie, znany z niepohamowanego gadulstwa, ogłosił: Polska to ewenement. Proszę wskazać inny kraj w Europie, w którym w ostatnim 20-leciu trzech szefów dyplomacji, Meller, Rotfeld i Geremek, było żydowskiego pochodzenia, jeden ma honorowe obywatelstwo Izraela, a obecny ma żonę Żydówkę (dziwnie zapomniał o rodowodzie swoim, swojej żony i żony prezydenta). Z kolei minister (ten od żony Żydówki) przy tej samej okazji zadekretował: Polska to kraj filosemicki. Wiemy, także od Bartoszewskiego, jak zostaje się ministrem spraw zagranicznych. Geremek telefonicznie zapytał go: Władek, mam dla ciebie propozycję na tak lub na nie. Chcesz porządzić w MSZ?

Ewenementem w skali światowej jest zdominowanie przez mniejszość jednego z decydujących segmentów administracji publicznej, i to w kraju o społeczeństwie homogenicznym narodowościowo, jak żadne inne w Europie. Rzeczą złą jest dyskryminowanie kogokolwiek tylko z powodu jego pochodzenia, ale haniebną – wymuszanie dla siebie specjalnych przywilejów tylko dlatego, że się jest określonej nacji i wzajemne wspieranie się w tym w ramach solidarności etnicznej. Niezwykle tolerancyjny musi być naród, w przeważającej mierze katolicki, wybierający prezydenta mającego żydowskich przodków, syna rabina na ministra, wnuka żołnierza Wehrmachtu na premiera, oddający w większości głos na partię kierowaną przez mniejszości narodowe. W tej sytuacji Bartoszewski i Sikorski stają za granicą przed nie lada trudnym i dwuznacznym zadaniem przekonywania rozmówców, że ich oskarżenia Polaków o nacjonalizm, antysemityzm i ksenofobię oraz że w Polsce nie brak ludzi myślących tak, jak Breivik, są prawdziwe.

W świecie cywilizowanym od dawna funkcjonuje zawodowy korpus urzędników, pozostających w służbie państwa, obowiązują jasne kryteria przystępowania do niego, a dyplomatami są ludzie znający swój fach. Nie z układu, ale za sprawą prezentowanych kompetencji. Nienaganna przeszłość, poczucie odrębności wobec innych narodów kształtowane przez czynniki takie, jak: język, świadomość pochodzenia, poczucie tożsamości narodowej, historia, więzy krwi, stosunek do dziedzictwa kulturowego, szczególnie ujawniające się w sytuacjach kryzysowych, gdy potrzebne jest wspólne działanie na rzecz ogólnie pojętego dobra narodu – oto podstawowe cechy, które powinny określać dyplomatę Rzeczypospolitej.

Niestety, można powiedzieć, że w Polsce obowiązuje model stalinowski, gdzie ambasadorami i wysokimi rangą dyplomatami zostają ludzie, których główną rekomendacją jest znajomość z kimś ważnym, przynależność do jednej koterii, rasy. Pomaga metryka urodzenia i powiązanie z klanowym układem narodowościowym. Czasami wygląda na to, że dobrze być „wyselekcjonowanym przez Kiszczaka” lub „poleconym przez Urbana”. Szansę stworzenia po 1989 r. profesjonalnej służby dyplomatycznej zmarnowało wąskie grono ludzi związanych z Geremkiem, którzy potraktowali MSZ niemal jak łup, obsadzili w nim wszystkie ważniejsze stanowiska, dobrze przy tym chroniąc PRL i jego nomenklaturę.

Jeśli się przyjrzeć bliżej sprawie Geremka, w ścisłym kierownictwie dyplomaci z klucza narodowościowego stanowili nie mniej niż 80 procent. Paradoksalnie – równocześnie jego partia oraz jego „organ prasowy” – „Gazeta Wyborcza” – twierdzili, że Polska to kraj nękany antysemityzmem bez Żydów. Że chodziło o coś zupełnie innego, niech świadczą wypowiedzi sojuszników Geremka „w rządzeniu ksenofobicznym narodem”. W wywiadzie dla ukraińskiego „Zierkało Niedieli” – Kwaśniewski rzekł: w naszym kraju nie ma zbyt licznie reprezentowanych mniejszości narodowych, tym bardziej je więc wysoko cenimy. Wtórował mu Michnik: być może rządy AWS przyniosą pożegnanie z mityczną, choć bezsensowną wiarą w państwo narodowo-katolickie rządzone przez lustratorów i dekomunizatorów.

I przyniosły – w MSZ do takiego pożegnania doszło. „Dorobek kadrowy” Geremka w uwalnianiu MSZ od chorej polskiej ksenofobicznej tradycji był zaiste imponujący. Znaczna ilość nie tylko ważnych stanowisk, ale także dotyczących szeroko rozumianej polityki zagranicznej znalazły się pod kontrolą owej mniejszości: Geremek i jego ekipa w MSZ, przewodniczący komisji spraw zagranicznych Sejmu i Senatu, szef Komisji Integracji Europejskiej, doradca lidera „S” ds. zagranicznych. Jeśli dorzucimy do nich, jak go nazwał Siemiątkowski, „Mojżesza polskiej lewicy” – Kwaśniewskiego, upiorny krąg się domknął. Przedstawiciele owej mniejszości niby żartem konstatowali, że w takiej sytuacji zebranie „minianu”, tj. co najmniej 10 mężczyzn potrzebnych dla odbycia popołudniowej modlitwy żydowskiej, stało się w ścisłym kierownictwie MSZ, po raz pierwszy od 1968 r., znowu możliwe.

Dzieła Geremka w MSZ dokończył Sikorski. Ludzie „korporacji Geremka” masowo pojawili się w jego otoczeniu, a on sam skutecznie „dba” o nich, chyba spłacając w ten sposób dług z kampanii wyborczej. Gabinety dyrektorskie ministerstwa wypełniły się – tak, jak za czasów Geremka – prawdziwymi weteranami grupy „wujka Bronka”. Przyglądając się polskim dyplomatom, nie sposób nie zauważyć, że najatrakcyjniejsze ambasady otrzymali w mniejszym lub większym stopniu związani z nieboszczką UW. Całą dwulicowość Sikorskiego można by streścić w nominacji Ryszarda Schnepfa na ambasadora w Waszyngtonie. Schnepf to ważna postać „lobby żydowskiego”: jego ojciec, funkcjonariusz Informacji Wojskowej, przez wiele lat stał na czele Związku Religijnego Wyznania Mojżeszowego, a sam syn w latach 90. był dyrektorem w Fundacji Shalom, kierowanej przez Gołdę Tencer i Szymona Szurmieja. Gdy przypomnimy, że od dwóch lat konsulem generalnym w Nowym Jorku jest czołowa filosemitka Ewa Juńczyk-Ziomecka, a w Los Angeles Joanna Frybes-Kozińska, można wręcz powiedzieć, że stosunki polsko-amerykańskie Sikorski zamienił w stosunki żydowsko-amerykańskie.

Po 1944 r. Stalin z pełnym cynizmem powierzył władzę w Polsce etnicznym mniejszościom, umieścił kolaborujących z Sowietami Żydów na kluczowych stanowiskach w partii i administracji państwowej. Najważniejsze ministerstwa, w tym spraw zagranicznych, zostały obsadzone przez jej przedstawicieli. Był to wyrachowany zamysł socjotechniczny dla zniewolenia i podzielenia Polaków. Mniejszość poddawała się łatwej kontroli, była w opozycji do większości, spełniała wszystkie polecenia nowego okupanta. Ważne także były motywacje ideologiczne, tj. jej historyczne zauroczenie komunizmem. Stalin po wojnie przysłał do Polski tysiące takich agentów, aby w miejsce wyniszczonych polskich elit stanowili trzon nowej „polskiej” inteligencji. Najważniejsze stanowiska rządowe objęli wywodzący się z KPP ludzie narodowości żydowskiej, ci sami, którzy 17 września 1939 r. „całowali sowieckie czołgi” we Lwowie i Białymstoku. Z sowieckiego punktu widzenia byli wprost bezcenni. Nieskażeni patriotyzmem gwarantowali brak jakichkolwiek skrupułów w sprawach narodowych. Pod tym względem Sowieci się nie zawiedli. Gorliwość kolaborantów była wielka.

Jakże przewrotnie w świetle powyższego brzmią żądania organizacji żydowskich pod adresem Polski – „zadośćuczynienia za krzywdy, jakich doznała ludność żydowska na skutek komunistycznych prześladowań”. Ich zdaniem mniejszość ta była obiektem brutalnej dyskryminacji z rąk komunistów-Polaków i oddana w „polską niewolę”. W 1968 r. różni „Michniki i Szlajfery” spreparowali „powracającą falę polskiego antysemityzmu” oraz exodusu resztek Żydów z ziemi polskiej, emigrację „oddanych członków partii” do Izraela. Przed „okrągłym stołem” zaczęto przedstawiać marcowych emigrantów jako wcielenie oporu antykomunistycznego, wręcz uosobienie wszelkich cnót i zasług. Trafnie ujął to J. Eisler, który przyznał, iż współczesnych polityków polskich zrobiła marcowa propaganda komunistyczna. Można zaryzykować analogię, że tak, jak Stalin w 44 r. sięgnął do Bermana i Minca, tak Jaruzelski manewr ten powtórzył z Geremkiem i Michnikiem. W 1989 r. ludzie pokolenia marca swych przedstawicieli wprowadzili do wszystkich ważnych struktur rządowych (a i antyrządowych na wszelki wypadek). Okazało się, że w suwerennej RP aby zostać ambasadorem, najlepiej być marcowym kombatantem. Gdy w dodatku pochodziło się z rodziny sowieckich agentów albo innych TW – zawrotna kariera była niemal zagwarantowana. To dlatego syn KPP-owca i stalinowskiego dyplomaty, gdy „wypomniano” mu ojca, odparował: przecież w 1968 r. mówiliśmy wam, że wrócimy!

W niektórych przypadkach na dyplomatycznych stołkach siedzi już drugie, a nawet trzecie pokolenie pochodzącej od stalinowskich władców Polski tej mniejszości. Właściwie nic się nie zmieniło. Mniejszość ta jak rządziła, tak rządzi. Reprodukcji pokoleniowej i swoistemu ideologicznemu recyclingowi podlega kolejne pokolenie KPP-owców. Dzisiejsza dekomunizacja w Polsce lub raczej jej nieudane próby nie sięgają istoty problemu polskiego stalinizmu, gdzie Żydzi byli kastą rządzącą, a co najmniej znaczną jej częścią. Pociągnięcia dekomunizacyjne, które przede wszystkim powinny były objąć stalinowskich siewców komunizmu oraz ludzi pokroju Michnika, Urbana i Geremka, dotknęły jedynie szeregowych członków PZPR i zazwyczaj tylko tych, którzy walczyli o wpływy z KOR-owcami.

W 1989 r. w MSZ zaroiło się od nazwisk „z notesu wujka Bronka”: Szlajfer, Meller, Minc, Reiter, Schnepf, Winid, Kranz, Ananicz, Lindenberg, Perlin. Wszyscy kolejni włodarze ministerstwa mieli bardzo dziwną predylekcję do obco brzmiących nazwisk, mimo świadomości, że nie zawsze są prawdziwe. Modelowym wręcz przykładem owych „80 procent stanowisk” jest Ryszard Schnepf – autor haniebnej nagonki na Jana Kobylańskiego, syn pochodzącego z Ukrainy żydowskiego funkcjonariusza NKWD, oficera Informacji Wojskowej, jednego z szefów społeczności żydowskiej w PRL. Innym znamiennym przykładem „udanej” wymiany elit i „recyklingu” pokoleniowego w Polsce posierpniowej, gdy dyplomacja padła łupem opcji narodowościowej związanej z nomenklaturą PRL sprzed marca 1968 r., czyli de facto tych samych, co za czasów Bieruta i Bermana elit władzy, jest Stefan Meller – potomek agenta Kominternu i oficera Informacji Wojskowej. I w jego przypadku pokoleniowa zmiana warty udała się znakomicie. Wywodzący się rodzinnie z kręgów agenturalnej, antypolskiej organizacji znalazł się w pierwszym szeregu budowniczych Rzeczypospolitej. W suwerennej RP doszło przy tym do bezprecedensowej sytuacji. Dwóch potomków stalinowskich oficerów – Cimoszewicz i Meller, zostaje, jeden po drugim, ministami SZ. W jakim innym kraju możliwa byłaby tak żelazna logika postępowania, precyzja w obsadzie kluczowego stanowiska?

Oprócz „sprawdzonego patrioty” Geremka za głównego konstruktora narodowościowej polityki personalnej dyplomacji można uznać… Urbana i jego organ prasowy – tygodnik „Nie”. I to bez względu na to, kto w MSZ rządzi. Gdyby przyjrzeć się bliżej jego działalności, to można spostrzec, że niejednego dyplomatę wypromował i niejednemu karierę złamał. Swoistą „filozofię kadrową” Urbana dobrze ilustruje zamieszczony w jego szmatławcu cytat, a raczej instrukcja: „Prawdziwi zwolennicy suwerenności codziennie pokazują, że Polska, w której zechce żyć większość Polaków, suwerenna być nie może. Jej władcami byliby bowiem Rydzyk, Świtoń, Glemp, Olszewski”.

Wbrew logice – duże znaczenie w sprawach kadrowych mają… żony ministrów. Pokrewieństwo z nimi procentuje znakomicie. Krzysztof Krzymowski, ambasador RP w Zjednoczonych Emiratach Arabskich jest siostrzeńcem Zofii Lewin, połowicy Bartoszewskiego. W karierze pomaga też żona stosownego pochodzenia. Raban wszczęty w związku ze zdemaskowaniem przez „Nasz Dziennik” komunistycznego kapusia, dziennikarza „Polityki”, ambasadora w Indiach Krzysztofa Mroziewicza, miał chyba zgoła inne powody. Mroziewicz aureolą dziennikarskiej sławy opromieniony został po roztropnym ożenku z Alicją Albrecht, córką Jerzego, starego KPP-owca, byłego sekretarza KC PZPR. Wiele wskazuje, że inną, ale też oryginalną i niezwykle skuteczną metodę robienia kariery obrała Regina Jurkowska (była konsul przy Schnepfie i Gugale w Urugwaju), zgłaszając się, z własnej inicjatywy, na świadka obrony w procesie wytoczonym przez Sikorskiego J. Kobylańskiemu. Jak widać – na nagrodę nie czekała długo. Jest wicedyrektorem Departamentu Współpracy z Polonią. Także nabór, a raczej selekcja młodzieży do pracy w MSZ przebiega w sposób świadczący o zamiarze szybkiego uwalniania Polski od chorej i ksenofobicznej części „populacji” (żeby użyć ulubionego słowa red. Skalskiego z „GW”). Wśród dyplomatycznego narybku mamy: wnuka szefa dystryktu loży B’nei B’rith w II RP i wnuka ostatniego w okresie międzywojennym Wielkiego Mistrza Wielkiej Loży Narodowej Polskiej. Są też byli stażyści Fundacji Sorosa i Fundacji Shalom.

Nikt nie chce ich piętnować za przeszłość ojców. Ale czy w pierwszym szeregu dyplomacji suwerennej Rzeczypospolitej powinny być dzieci funkcjonariuszy KPP, ludzi wywodzących się rodzinnie z kręgów agenturalnej, antypolskiej organizacji? Jeśli ojciec był sowieckim agentem, czy syn może być polskim patriotą i przyzwoitym człowiekiem? Wydaje się to bardzo mało prawdopodobne. Jabłko od jabłoni niedaleko pada. Wszyscy wymienieni, ze Schnepfem na czele, twierdzą, że w dyplomacji znaleźli się dzięki posiadanym kwalifikacjom, talentowi lub szczęściu, a nie powiązaniom rodzinnym. Wydaje się jednak, że ich kariery i, jak w przypadku Schnepfa, funkcje społeczne i urzędy to następstwo „zapobiegliwości” Bermana, Geremka lub Kiszczaka.

Także Lewica przejawiała, co nie dziwi, słabość do potomków „desantu wschodniego”. Zakompleksiona wobec USA SLD ewidentnie starała się kokietować Waszyngton poprzez przypodobanie się kręgom żydowskim. Wybraniec Rosatiego Daniel Passent w swym pożegnalnym felietonie, przed wyjazdem do Chile, napisał: ojczyzna powierza mi zaszczytny obowiązek ambasadora RP, zostaję ambasadorem wszystkich Polaków., co w jego wykonaniu zabrzmiało jak kpina, zwłaszcza, że w innym miejscu przyznał, iż jednym z powodów jego wyjazdu do Chile jest fakt, że czuje się zmęczony Polską. Urodzonemu w Kołomyi w 1941 r. w dobrych sowieckich czasach Andrzejowi Załuckiemu zawdzięczamy niezapomnianą humorystyczną i zarazem rodzajową scenkę: w doborowym towarzystwie – z jednej strony Primakowa (Jojny Finkelsteina), a z drugiej „naszego” ambasadora w Moskwie, Geremek w lutym 1998 r. ni stąd, ni zowąd, oświadczył: polskie sprawy są w polskich rękach. Ku zdumieniu otoczenia Geremek szczególnie zainteresował się losem Marka Greli, dyplomaty ściśle powiązanego z SLD, PZPR i innymi „organami” oraz Rosatim. Skąd owa troska? Sprawa wydaje się prosta: spowinowacenie etniczne i zasługi wobec narodu wybranego. Dowody? Grela był autorem decyzji rządowej z 1997 r. o przekazaniu 40 kg złota, wartości pół miliona dolarów na fundację pomocy ofiarom Holocaustu. Była to ostatnia część zdeponowanego po wojnie w skarbcach zachodnich należnego nam kruszcu, zrabowanego z NBP przez hitlerowskie Niemcy. Adam Daniel Rotfeld w ciągu kilku miesięcy swego urzędowania wypromował i rozesłał po świecie, niczym Trocki, kurierów Kominternu, kilkunastu wysokich rangą dyplomatów „etnicznego chowu”. Sam Rotfeld utrzymuje, że z powodu „niesłusznego nazwiska” i tzw. złego wyglądu kariery w dyplomacji PRL nie zrobił. Do MSZ w 1956 r. nie został przyjęty, mimo iż – jak twierdzi – był jednym z trzech, którzy zdali egzamin celująco. W znajdujących się w archiwach IPN meldunkach operacyjnych MBP (przypomnijmy, wówczas zarządzanego przez Fejgina i Różańskiego) zarzucono mu kontakty z syjonistami (m.​in. ze spokrewnionym z nim ojcem obecnego ministra finansów). Tenże Rotfeld, eksponent dyplomatycznej elity RP, tak dla „Rz” wyłożył teoretyczne podwaliny teorii tworzenia elit: naród pozbawiony elit jest tłumem, motłochem, a nie społeczeństwem. Jak widać, elita MSZ została stworzona, chociaż niepolska, ale motłoch… pozostał.

Czy od przedstawiciela mniejszości narodowej można oczekiwać reprezentowania i obrony polskiego interesu narodowego? Czy nie dojdzie u niego, prędzej czy później, do konfliktu identyfikacyjnego i poczucia lojalności? Ryszard Schnepf, jako minister w kancelarii premiera, szczególnie gorliwie zajmował się lobbingiem na rzecz organizacji żydowskich z USA, domagających się od Polski miliardowych odszkodowań za mienie pozostawione w Polsce. Jest także współzałożycielem i członkiem loży – B’nai B’rith, która oficjalnie za cel stawia sobie walkę o przejęcie mienia żydowskiego. Czy, jako ambasador RP, da tym roszczeniom właściwy odpór? Wobec kogo przeważy poczucie lojalności? Jacek Chodorowicz, formalnie „ambasador wszystkich Polaków” w Tel Awiwie, pierwsze urzędowe kroki skierował do Dawida Pelega dyrektora World Jewish Restitution Organization, chyba tylko po to, aby wysłuchać jego roszczeń majątkowych wobec Polski i pilnie przekazać je rządowi RP! Za swą pierwszą powinność dyplomatyczną uznał także wystąpienie o przyznanie honorowego obywatelstwa polskiego szefowi Mosadu. Tadeusz Chomicki, ambasador RP w Pekinie, z uwagi nie tylko na wzrost w MSZ zwany „Dawidkiem”, u zarania swojej dyplomatycznej kariery był dyrektorem komórki kontrolującej eksport broni. Utworzył tzw. listę negatywną, czyli wykaz państw, do których broni eksportować nie wolno. Była ona dłuższa od analogicznej ONZ i USA. Straciliśmy z tego powodu duże pieniądze, przerywając zyskowny eksport, m.​in. do krajów arabskich i Birmy. Słuszne zatem wydaje się podejrzenie, że głównym jej celem było zrujnowanie branży, a prawdziwą hipoteza, iż pozostający w polskich rękach przemysł zbrojeniowy skazany został na zagładę i rugowanie z rynków, a jego produkcja zastąpiona miliardowym importem z… Izraela.

Od wielu już lat Polska i Polacy są obiektem wściekłej kampanii plugawienia, inspirowanej przez międzynarodowe środowiska żydowskie. Tymczasem urzędnicy MSZ, z wyrachowania i z premedytacją, uprawiają propagandę szkodzącą wizerunkowi Polski za granicą, sprzeczną z jej interesami, a nawet jej wrogą. Wysłannik RP w Pekinie swym kretyńskim wygłupem kompromituje w oczach zagranicy kraj, z którego się wywodzi, Polskę.

Czyż to nie my Polacy, a zwłaszcza sprawdzony polski patriota – Jan Kobylański – jesteśmy uprawnieni do nazwania osobnika, który stoi za nominacją Chomickich, Chodorowiczów, Schnepfów, który utożsamia się ze środowiskami antypolskimi, tytułem: antypolak i typ spod ciemnej gwiazdy?


__________________

Krzysztof Górecki jest pracownikiem MSZ, pisze pod pseudonimem. Felieton ukazał się pierwotnie w ogólnopolskim tygodniku „Warszawska Gazeta”.



dodajdo.com

czwartek, 19 marca 2015

Czy Polacy głosując mają wpływ na wyniki wyborów w Polsce? (2)



Artykuł ten jest dokładną kopią tekstu z końca 2007 zamieszczonego na tym blogu. Wydaje się, że obecnie, po 1o latach od czasu dokonania obserwacji, nic nie stracił na swojej aktualności. (Red.)


Czy w Polsce fałszuje się wybory? Czy Polsce potrzebna jest międzynarodowa kontrola rzetelności przeprowadzania wyborów, jak to parę dni temu proponował b. prezydent Czech Vaclaw Havel?

Jesienią zeszłego roku, po powołaniu do życia Centralnego Biura Antykorupcyjnego, złożyłem w jej siedzibie, za potwierdzeniem, następujące pismo (tu z pominięciem nazwisk i numeru komisji wyborczej):

Jerzy Rachowski Warszawa, 29.10.2006
[…]
[…]

Centralne Biuro Antykorupcyjne
Al. Ujazdowskie 9
Warszawa

Zawiadomienie
o popełnieniu przestępstwa przeciwko wolnym, demokratycznych wyborom
oraz przeciwko konstytucyjnej zasadzie suwerenności Narodu

Niniejszym zawiadamiam, iż jako członek Obwodowej Komisji Wyborczej nr NNN w gminie Warszawa-Bielany podczas I i II tury wyborów prezydenckich w dniach 9 i 23 października 2005 r. byłem świadkiem stosowania przez przewodniczącego A. X. (z zawodu taksówkarza) oraz jego zastępczynię - wiceprzewodniczącą p. B. Y. (studentkę prywatnej szkoły wyższej) sprzecznego z prawem wyborczym procederu mogącego mieć zasadnicze znaczenie dla ustalenia wyników wyborów. Jak również – że jako przeciwnik jakiegokolwiek naruszania przez wspomnianą Komisję wytycznych Państwowej Komisji Wyborczej (PKW) – poddany zostałem przez wyżej wymienionych nieprzebierającemu w środkach zorganizowanemu zastraszaniu, w celu nieujawnienia w protokole Komisji nr NNN z dnia 23.10.2005 zaobserwowanych przeze mnie wykroczeń.

Wspomniany wyżej przestępczy proceder, polegający na zatajaniu rzeczywistej liczby kart do głosowania otrzymanych przez Komisję, a przez to mogący mieć zasadnicze znaczenie dla ustalenia wyników wyborów w obwodzie, składał się z następujących czynników i okoliczności:

1. Urząd gminy przesyła do obwodowej komisji wyborczej paczkę z kartami do głosowania, w której, pomimo naklejonej nań wydrukowanej komputerowo kartki z wydrukowaną liczbą rzekomo zawartych w niej kart (np. 1322) – w rzeczywistości znajduje się o kilkadziesiąt kart do głosowania więcej.

2. Przewodniczący (wiceprzewodnicząca) komisji przyjmuje od kuriera paczkę z kartami bez komisyjnego ich liczenia, potwierdzając swym podpisem fałszywą liczbę kart do głosowania, widniejącą na wydrukowanej komputerowo etykiecie opakowania, jako liczbę kart rzeczywiście otrzymanych przez komisję z urzędu gminy.

3. Wszystkie istotne ze swego punku widzenia czynności przewodniczący komisji podejmuje samodzielnie, bez udziału innych osób, członków komisji, co najwyżej w towarzystwie zaufanej osoby. Organizuje pracę komisji tak, ażeby nie miała ona charakteru kolegialnego, wskutek czego ma on całkowitą i wyłączną kontrolę nad wszystkim co się dzieje (nie dzieje) podczas całej jej działalności. Nie istnieje zatem możliwość zgłaszania przez członka komisji formalnych wniosków dotyczących przebiegu prac komisji, a ewentualny wniosek o otwarcie protokołu i zapisania w nim wyniku liczenia otrzymanych kart może być przez przewodniczącego całkowicie zignorowany, tym bardziej, że

4. Prowadzenie protokołu komisji rozpoczęte zostaje przez przewodniczącego dopiero w ostatniej fazie pracy komisji, tj. przenoszenia na formularze wyników „na brudno” sporządzonych chaotycznie na przypadkowych kartkach papieru.

5. Praca komisji po otwarciu urny organizowana jest w taki sposób, iż każdy bierze ile chce kart wyjętych z urny, udaje się w ustronne miejsce i dokonuje samodzielnie ich liczenia. W tej sytuacji zajęci pracą poszczególni członkowie komisji nie mają możliwości oglądu, co dzieje się z kartami wyborczymi znajdującymi się w rękach innych członków komisji.

6. Otrzymane z urzędu gminy karty do głosowania nie są przeliczone komisyjnie przed otwarciem lokalu wyborczego, co stanowi jawne naruszenie wytycznych PKW, za to, jak zapewniała wiceprzewodnicząca p. B. Y., przy milczącej aprobacie przewodniczącego A. X., rzekomo zgodnie z instrukcjami udzielonymi wcześniej na szkoleniu w urzędzie gminy. Lecz jeżeli nawet zostają na żądanie członka komisji przeliczone, wynik owego liczenia nie ma znaczenia prawnego i może być podważony przez samego przewodniczącego komisji, biorącego udział w takim liczeniu z uwagi na zasadniczy, konsekwentny brak kolegialności w pracy Komisji (p. pkt 3).

7. Do protokołu, zamiast liczby kart do głosowania faktycznie otrzymanych przez komisję, wpisuje się liczbę nie otrzymaną z bezpośredniego ich liczenia, ale liczbę bądź podaną na etykiecie opakowania, bądź otrzymaną w wyniku daleko idącej dezynwoltury w „usprawnianiu” przewidzianego prawem wyborczym procedury ustalania wyników wyborów w obwodzie. I tak:

a) Ustala się wyniki głosowania w obwodzie na poszczególnych kandydatów (stronnictwa), poprzez sumowanie wyników cząstkowych liczb głosów ważnych podanych przez poszczególnych członków komisji, w tym wykrytych przez nich głosów nieważnych.

b) Uzgadnia się powyższą sumę z liczbą kart wydanych ustaloną na podstawie list wyborców przez odpowiednią korekcję tej ostatniej w taki sposób, aby nie było między obiema wielkościami różnicy.

c) Operacja końcowa ustalania zapisów w protokole wyborczym przebiega w zależności od tego, czy, w jakim stopniu, w jaki sposób i do jakiego celu zostały użyte nadmiarowe, nieujawnione karty do głosowania. Ponieważ część z tych kart może znajdować się tam, gdzie była od początku, tzn. pomiędzy kartami niewykorzystanymi, zatajenie faktu dostarczenia kart nadmiarowych do komisji wiązać się może z koniecznością wpisania do protokołu fikcyjnej liczby kart niewykorzystanych.

8. „Uproszczeniami” w procedurze działania komisji, kosztem choćby ewidentnego naruszenia prawa wyborczego są nierzadko zainteresowani działający w charakterze członków komisji młodzi ludzie, uzyskujący tą drogą możność dorobienia do swego kieszonkowego kwotę ok. dwieście pięćdziesiąt złotych, a których to młodych ludzi, niestety, zdaje się interesować najbardziej nie tyle dobro publiczne, ile raczej jak najszybsze „odwalenie” ciążącego na nich obowiązku i udanie się do domów na zasłużony odpoczynek. W dodatku, sądząc po tym, jak łatwo i bez żadnych przeszkód ze strony przewodniczącego osoby takie, ale z innych komisji wyborczych, odwiedzają wiceprzewodniczącą (także bardzo młodą wiekiem), podczas gdy komisja nie zakończyła jeszcze swojej pracy, można odnieść wrażenie, iż tworzą oni stałą, świetnie znającą się grupę osób stale trudniących się uczestnictwem we lokalnych działaniach wyborczych bądź referendalnych, dzięki swoim znajomościom i układom.

9. W razie przewidywania komplikacji i trudności, jakich nastręczać co dociekliwsi członkowie komisji, o ile nie udaje się ich zakrzyczeć i zastraszyć przy pomocy innych, zaprzyjaźnionych członków komisji, przewodniczący może zawsze zwrócić się do odpowiednich służb bezpieczeństwa o interwencję z powodu „utrudniania pracy komisji”, a nawet, w razie potrzeby – użyć pozostające w dyspozycji nadmiarowe karty do fałszywego oskarżenia niepokornego członka komisji np. o... kradzież kart do głosowania i przez to o chęć sfałszowania wyników wyborów.

W wyniku stosowania powyższego procederu w najwyższym stopniu sprzecznego z wytycznymi PKW, określone osoby w komisji obwodowej uzyskują (mogą uzyskiwać) znaczną, sięgającą kilkudziesięciu kart liczbę nadmiarowych, niekontrolowanych przez nikogo kart do głosowania. Wycofując w odpowiednim momencie, niepostrzeżenie dla innych osób z komisji określoną ilość głosów na danego kandydata (stronnictwo), a podrzucając w ich miejsce tę samą liczbę kart wypełnionych na korzyść swojego kandydata (stronnictwo), można w ten prosty sposób wykreować prawie dowolny, a pożądany przez zainteresowanego wynik głosowania w obwodzie – prawie dowolny, tzn. że nieomal każdy faktyczny zwycięzca może w rezultacie przegrać wybory, a niemal każdy faktyczny przegrywający – wygrać.

Zważyć ponadto należy, iż źródłem nadmiarowych kart do głosowania, nie podlegających niczyjej kontroli, jest co najmniej gminny (jeśli nie okręgowy) aparat wyborczy. Za pomocą wydrukowanych komputerowo etykiet na opakowaniach kart do głosowania stwarza on wrażenie, iż karty są policzone maszynowo „co do sztuki”. Można przeto powziąć poważną obawę, iż powyższy przestępczy proceder nie dotyczy jednej tylko, jakiejś wyjątkowo nierzetelnie pracującej komisji wyborczej, ale że w istocie na terenie tej samej gminy może być ich znacznie więcej. Wrażenie to potęguje dodatkowo informacja o rzekomych ustnych instrukcjach, udzielanych podczas gminnego szkolenia członkom (przewodniczącym?) obwodowych komisji wyborczych, na które to instrukcje powoływała się wiceprzewodnicząca Komisji p. B. Y., uzasadniając wobec innych członków Komisji zbędność rozliczania kart do głosowania otrzymanych przez Komisję.

Na zakończenie nadmienię, iż inna znana mi osoba potwierdziła fakt, iż jego komisja w ostatnich wyborach prezydenckich 2005 także otrzymała kilkadziesiąt kart do głosowania więcej, niż to było wyspecyfikowane na opakowaniu.

Wszystko to sprawia, iż zwłaszcza jako czynny od 1976 r. uczestnik niepodległościowej i demokratycznej opozycji przeciwko zbrodniczemu systemowi totalitarnego zniewolenia, czuję się obecnie szczególnie w obowiązku zdecydowanie przeciwstawić systemowemu korumpowaniu systemu wyborczego Jestem gotów w stosownej chwili przedstawić szczegółowe informacje o przebiegu prac wspomnianej na wstępie Obwodowej Komisji Wyborczej nr NNN w dniach 9 i 23 października 2005 r.

* * *

Tyle, jeśli chodzi o samo pismo. Jak Państwo sądzicie? Czy CBA zajęło się tą sprawą? Z faktu, iż CBA nie zwróciło się do mnie o dalsze wyjaśnienia, nic pewnego wnioskować nie można. Wydawać by się mogło, że powinno. Bo pomyślmy tylko, jeżeli zdarzyło się to w jednej gminie, to dlaczego nie miałoby znaleźć naśladowców w całej stolicy, a jak w całej stolicy, to czemuż by nie w całym kraju?

Zastanawiające w tym wszystkim jest to, iż od tej nad wyraz bulwersującej sprawy nader daleko idący dystans wykazał najpierw gminny pełnomocnik Ligi Polskich Rodzin, uchylając się zarówno w czasie trwania owych wyborów, jak i potem, od udzielenia mi jakiejkolwiek pomocy. Następnie nic wspólnego z tą sprawą nie chciał mieć także gminny pełnomocnik Prawa i Sprawiedliwości. Ten ostatni, dowiedziawszy się o co chodzi, po prostu przestał odbierać telefony. I ta ostatnia okoliczność, obojętność obu pełnomocników jest dla mnie w tym wszystkim bodaj najbardziej dająca do myślenia.

W jednym z internetowych sondaży na temat propozycji Havla międzynarodowego nadzoru nad październikowymi wyborami parlamentarnymi w Polsce 76 proc. (5732) respondentów przychylałoby się do niej, uznając ją za dobry pomysł, 23 proc. (1707) uważało, że były prezydent Czech przesadza, 1 proc. (84) nie miało zdania. Jeżeli ten sondaż jest prawdziwy, to wynikałoby z niego, że blisko 3/4 Polaków nie ma zaufania do polskiego aparatu wyborczego.

A może by więc zamiast zapraszać międzynarodowych obserwatorów i kompromitować się na cały świat, należałoby się samemu przyjrzeć z bliska działaniu wszystkich komisji wyborczych w kraju? Skoro partie polityczne zdają się być niezainteresowane rzetelnymi, niezafałszowanymi wynikami wyborów, to może powinien powstać oddolny obywatelski ruch nadzoru nadchodzących wyborów, zwłaszcza pod kątem ścisłego przestrzegania przez obwodowe komisje wyborcze przepisów polskiego prawa wyborczego?

Może kiedy Polak uświadomi sobie, że jego kartkę wyborczą, wrzucaną do urny w poczuciu obywatelskiego obowiązku ktoś z obwodowej komisji wyborczej może później bez przeszkód wrzucać do śmieci, a na jej miejsce podkładać swoją, tyle że na zupełnie innego kandydata czy ugrupowanie, czy np. w referendum w sprawie o likwidację bądź dalsze istnienie państwa polskiego, przeciwko temu państwu, przeciwko Polsce i przeciwko całemu Narodowi, to może Polak się ruszy i sam wreszcie zrobi z tym wyborczym bezprawiem należyty porządek?



dodajdo.com

środa, 18 marca 2015

Andrzej Duda, kandydat PiS, w dziele ożywiania wysychających źródeł ideowych Unii Demokratycznej i Unii Wolności




Kandydat Pis na Prezydenta RP w nadchodzących wyborach prezydenckich Andrzej Duda wykazał na przełomie 2001/2002 roku niezwykłą wierność programowym założeniom Unii Wolności. Nie zraziły go jakoś katastofalne skutki realizacji rygorystycznej polityki monetarystycznej z równoczesnym wygaszaniem gospodarki przez wicepremiera Leszka Balcerowicza, przewodniczącego Unii Wolności. Prowadzona pod parasolem Akcji Wyborczej "Solidarność" w latach 1997-2001 polityka Balcerowicza stanowiąca praktyczną realizację programu gospodarczego Unii Wolności doprowadziła w ciągu czterech lat do spadku produktu krajowego brutto z 7% do poniżej 1% PKB oraz do wzrostu rejestrowanego bezrobocia do poziomu 22%.

Poniższe wyniki wyborów wskazują wyraźnie, do jakiego stopnia polityka Unii wolności została odrzucona przez wyborców w wyborach parlamentarnych 2001.

SLD–UP 5 342 519    41,04%
PO 1 651 099    12,68%
Samoobrona RP1 327 624    10,20%
PiS 1 236 787    9,50%
PSL 1 168 659    8,98%
LPR 1 025 148    7,87%
AWS 729 207    5,60%
UW 404 074    3,10%

(partie z wynikiem poniżej 1% zostały pominięte - red.)

W reakcji na katastrofalne wyniki wyborcze Unii Wolności przewodniczący Bronisław Geremek w dniu 24 września 2001 r.wystosował do członków Unii Wolności następujący list:

Szanowni Państwo,

Unia Wolności poniosła porażkę wyborczą pomimo zaangażowania tysięcy naszych sympatyków, naszych kandydatów, naszych członków. Poczuwam się do odpowiedzialności za tę porażkę. Postanowiłem zwołać nadzwyczajny kongres krajowy Unii w ciągu najbliższych tygodni. Trzeba będzie poddać analizie jej przyczyny, rozważyć obecną sytuację kraju i określić perspektywę działań Unii.
Wybrany na nowym zjeździe nowy przewodniczący Unii stanie przed trudnym zadaniem odbudowy siły naszego ugrupowania.
Teraz jednak rzeczą najważniejszą jest, żeby zapewnić Unii trwanie. Zasługuje na to: jesteśmy rozważną partią politycznego centrum, w wolności, solidarności i tolerancji upatrującą fundament swojego działania, promującą dynamikę gospodarczą jako lekarstwo na bezrobocie, traktującą edukację jako priorytet narodowy, postulującą model państwa uczciwego i obywatelskiego.
Koleżanki i Koledzy,
Losy Unii leżą teraz w naszych rękach. Zwracam się z gorącym apelem, abyśmy oparli się goryczy i rozczarowaniu. Rozważmy teraz nasze dotychczasowe działania, aby określić w toku dyskusji w kołach i regionach nasze perspektywy i metody działania na przyszłość. Będzie to przygotowanie do naszego zjazdu nadzwyczajnego i do następnych wyzwań przed jakimi stoimy.
Unia potrafiła być uparta, gdy było tego trzeba. Teraz jest potrzebny nasz upór i determinacja w służbie krajowi. Apeluję o wiarę i nadzieję: tego oczekują od nas setki tysięcy wyborców, którzy zawierzyli nam swój głos. Nie możemy tego zaufania zawieść.
Serdecznie pozdrawiam i dziękuję,

Warszawa, 24 września 2001 r.

Bronisław Geremek


Z przemówienia przewodniczacego Bronisława Geremka na Nadzwyczajnym Kongresie Krajowym Unii Wolności w dniu 14 października 2001:

"
(...) W warunkach rosnących różnic w sytuacji materialnej i dramatycznego wzrostu liczby ludzi mających poczucie nie uczestniczenia w korzyściach z transformacji nie potrafiliśmy zasady społecznej gospodarki rynkowej uczynić realną polityką gospodarczą.
Po trzecie, pogarszająca się koniunktura gospodarki - zarówno wewnętrzna jak i zewnętrzna - oraz zahamowania we wdrażaniu polityki wzrostu gospodarczego, prywatyzacji i w rozwoju przedsiębiorczości spowodowały wzrost bezrobocia i ogólne pogorszenie się klimatu społecznego w kraju. Wytworzyła się na szeroką skalę niechęć do elit. Brak poczucia nadziei jaki badania stwierdziły ze strony trzech czwartych społeczeństwa polskiego wytworzył warunki, w których propaganda kontestacyjna skutecznie mogła eksploatować frustracje społeczne. W ten sposób brak było przestrzeni dla Unii jako partii nadziei i wizji przyszłości."
(...) Formujący się obecnie parlament naznaczony jest piętnem wyścigu kontestacyjnej propagandy jaki znamionował kampanię wyborczą. W senacie SLD uzyskał miażdżącą przewagę, zaś do Sejmu weszły po raz pierwszy na taką skalę ugrupowania sformowane wokół programów ekstremalnych i agresywnych.
(...) Niezbędna jest presja zarówno w parlamencie jak i poza nim, aby Polską nie zboczyła z kursu obranego w 1989 r. i właściwie odpowiedziała na nowe wyzwania. Taką politykę zapowiada SLD, a w opozycji obiecuje jej wspieranie Platforma Obywatelska.
(...) Wymaga to wytworzenia się układu dialogu i porozumienia między Unią Wolności a ugrupowaniami o pokrewnych założeniach programowych, a zwłaszcza ze Stronnictwem Konserwatywne - Ludowym i Platformą Obywatelską.
(...) Nadzwyczajny Kongres Krajowy może stać się początkiem wielkiej debaty o programie Unii jak też o jej organizacji. Kampania wyborcza przed Kongresem Krajowym, Konferencja Programowa, może także konferencja statutowa, mogą być następnymi krokami na tej drodze. Chodzi o przebudzenie się Unii, o wyjście z letargu, o wolę życia. Jestem przekonany, że źródła ideowe Unii - Unii Demokratycznej i Unii Wolności - nadal nie wyschły.
"

Na tym samym Nadzwyczajnym Kongresie Krajowym zostały wyłonione nowe władze:

Zarząd Unii Wolności:
Władysław Frasyniuk - przewodniczący UW
Anna Popowicz - wiceprzewodnicząca UW
Jan Lityński - wiceprzewodniczący UW
Andrzej Potocki - sekretarz generalny UW
Marek Chimiak - skarbnik
Mirosław Czech - członek Zarządu
Krzysztof Dołowy - członek Zarządu
Irena Dzierzgowska - członek Zarządu
Bogdan Lis - członek Zarządu
Katarzyna Lubnauer - członek Zarządu
Jerzy Meysztowicz - członek Zarządu
Mirosław Pawełko - członek Zarządu
Włodzimierz Puzyna - członek Zarządu
Andrzej Skowroński - członek Zarządu
Ewa Socha - członek Zarządu
Grażyna Staniszewska - członek Zarządu

Rada Polityczna Unii Wolności:
Bronisław Geremek - przewodniczący Rady Politycznej
Michał Boni - członek Rady Politycznej
Zbigniew Bujak - członek Rady Politycznej
Marek Edelman - członek Rady Politycznej
Marian Filar - członek Rady Politycznej
Jan Król - członek Rady Politycznej
Janusz Onyszkiewicz - członek Rady Politycznej
Jerzy Osiatyński - członek Rady Politycznej
Aleksander Smolar - członek Rady Politycznej
Joanna Staręga-Piasek - członek Rady Politycznej
Andrzej Wielowieyski - członek Rady Politycznej
Jerzy Wierchowicz - członek Rady Politycznej
Henryk Wujec - członek Rady Politycznej


Odpowiadając najwyraźniej na apel przewodniczącego Unii Wolności Bronisława Geremka Andrzej Duda mając lat 29 znalazł się w trzy miesiące później jako delegat na III Zjazd Regionalny Unii Wolności Małopolska w dniu 15 grudnia 2001 roku. Jak długo trwało to członkostwo - nie wiemy. Z informacji prasowych wynika jedynie, iż opłacił składki członka Unii Wolności za rok 2002.

O źródłach ideowych Unii Demokratycznej i Unii Wolności, o jakich wspominał przewodniczący Bronisław Geremek wiele mogą powiedzieć dalsze losy Unii Wolności.

W 2005 roku Unia Wolności przekształciła się w Partię Demokratyczną – demokraci.pl (Partia Demokratyczna, PD)

Partia Demokratyczna pod względem prawnym jest kontynuacją Unii Wolności. Inicjatorami przekształcenia UW w PD byli: przewodniczący UW Władysław Frasyniuk, pierwszy niekomunistyczny premier Tadeusz Mazowiecki oraz wicepremier i minister gospodarki i pracy w rządzie Leszka Millera i Marka Belki, profesor Jerzy Hausner. Pierwotnie projekt powstania PD zakładał poszerzenie środowiska UW zarówno w lewą jak i prawą stronę sceny politycznej – prowadzone były rozmowy z Partią Centrum Janusza Steinhoffa i Zbigniewa Religi, zakończone niepowodzeniem. Ostatecznie w PD poza członkami UW znalazła się grupa dawnych członków SLD oraz osoby niezwiązane wcześniej formalnie z partiami politycznymi.

Pod deklaracją ideową Partii Demokratycznej 27 lutego 2005 podpisało się 176 ludzi nauki, kultury, przedstawicieli organizacji samorządowych i pozarządowych dotychczas popierających Unię Wolności, a wcześniej Unię Demokratyczną (m.in. Magdalena Abakanowicz, Zbigniew Bujak, Bronisław Geremek, Janusz Onyszkiewicz, Jan Kułakowski, Izabella Cywińska, Marek Edelman, Piotr Fronczewski, Agnieszka Holland, Kazimierz Kutz, Bogdan Lis, Henryk Samsonowicz, Olga Krzyżanowska, Robert Leszczyński, Andrzej Grabowski, Marek Kondrat, Piotr Machalica, Jan Miodek, Daniel Olbrychski, Antoni Piechniczek, Andrzej Seweryn, Zbigniew Zapasiewicz). Poparcia inicjatywie udzielił również urzędujący premier Marek Belka.

W dniach od 7 do 8 maja 2005 odbył się w Warszawie założycielski Kongres Partii Demokratycznej – demokraci.pl z udziałem Władysława Frasyniuka, Tadeusza Mazowieckiego, Jerzego Hausnera oraz premiera Marka Belki. W swoim wystąpieniu premier podsumował swoją sympatię do partii słowami: Jeśli ktoś dziś przychodzi do Demokratów, to nie przychodzi do partii władzy, ale robi to z potrzeby serca i poczucia odpowiedzialności. Podjęta w trakcie kongresu decyzja o formalnym przekształceniu UW w PD spotkała się z protestami dawnych działaczy, partię opuścili m.in. Bogdan Borusewicz i Czesław Fiedorowicz.

Pod koniec maja 2005, PD deklarowała liczebność na poziomie blisko 13 000 osób, z czego ponad 8000 dawnych członków Unii Wolności.

W wyborach parlamentarnych w 2005 Partia Demokratyczna – demokraci.pl nie osiągnęła progu wyborczego, uzyskując wynik 2,45% głosów w skali kraju.

W wyborach prezydenckich w 2005 Partia Demokratyczna wystawiła kandydaturę bezpartyjnej Henryki Bochniarz, która uzyskała 1,26% głosów, zajmując 7. miejsce spośród 12 kandydatów. W drugiej turze PD poparła Donalda Tuska z PO.

4 marca 2006 Władysław Frasyniuk na kongresie Partii Demokratycznej zrzekł się przewodnictwa w ugrupowaniu, przekazując swoje poparcie Januszowi Onyszkiewiczowi.

Latem 2006, przed wyborami samorządowymi, po nieudanych próbach wejścia w sojusz z Platformą Obywatelską, władze partii nawiązały współpracę z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, Socjaldemokracją Polską oraz Unią Pracy. Ugrupowania te stworzyły koalicję Lewica i Demokraci.
(wszystkie informacje nt. PD: Wikipedia)

dodajdo.com