poniedziałek, 14 grudnia 2009

"Globalne ocieplenie" efektem manipulacji danymi przez specjalistów od zmian klimatycznych



Keith Johnson

Klimatyczne emaile rozpalają debatę


Przecieki z korespondencji badaczy klimatu ujawniają zażartą walkę wokół globalnego ocieplenia

Climate Emails Stoke Debate
Scientists' Leaked Correspondence Illustrates Bitter Feud over Global Warming, Wall Street Journal, 23 listopada 2009.


Wśród naukowców aż huczy w związku z ujawnieniem treści tysięcy emaili i dokumentów pochodzących z prominentnego ośrodka badań nad klimatem, opublikowanych w zeszłym tygodniu w Internecie po przechwyceniu ich przez nieznanych bliżej hakerów. Można powiedzieć - ich zawartość stawia pytania natury etycznej pod adresem całych grup naukowców, którzy twierdzą, jakoby to ludzie byli odpowiedzialni za globalne ocieplenie.

Korespondencja elektroniczna pomiędzy dziesiątkami badaczy zmian klimatycznych, z amerykańskimi włącznie, ilustruje ponadto nastroje wrogości panujące między zwolennikami tezy, że globalne ocieplenie spowodowane jest aktywnością człowieka, a ich przeciwnikami, którzy wykazują, że związek pomiędzy człowiekiem, a zmianami klimatycznymi, jest nieudowodniony.

Niektóre z tych listów mówią o wysiłkach ze strony zwolenników ludzkiej aktywności jako przyczyny globalnego ocieplenia, podejmowanych w celu wyeliminowania konkurencyjnych poglądów i niedopuszczenia do opublikowania niewygodnych dla nich wyników badań w głównych pismach specjalistycznych.

"To straszne" - mówi Pat Michaels, naukowiec klimatolog z Cato Institute w Waszyngtonie, wspominany negatywnie w emailach. "To jest coś, czego wszyscy się obawiali. Z upływem lat coraz trudniej było komuś, kto nie widział globalnego ocieplenia jako swego rodzaju końca świata, publikować swoje artykuły. To nie jest praktyka budząca wątpliwości, to jest praktyka niemoralna".

Ponad 1000 emaili oraz ponad 2,000 innych dokumentów zostało wykradzionych w czwartek z ośrodka Badań Klimatycznych przy Uniwersytecie Wschodniej Anglii w Wielkiej Brytanii. Tożsamość hakerów nie jest pewna, ale wiadomo, że przechwycone pliki zostały umieszczone w ubiegły czwartek na rosyjskim serwerze udostępniającym dane. Przedstawiciele uniwersytetu potwierdzili podczas weekendu, że ich komputer został zaatakowany i przyznają, że ujawnione dokumenty zdają się być autentyczne.

"Publikacja niektórych wybranych emaili i innych dokumentów wyrwanych z kontekstu wprowadza w błąd i nie może być uznana za autentyczną próbę wniknięcia w temat w odpowiedzialny sposób" - powiedział przedstawiciel uniwersytetu.

Większość naukowców klimatologów twierdzi, że temperatura na Ziemi wzrasta i niemal wszyscy z nich zgadzają się z poglądem, że aktywność człowieka jest najprawdopodobniej główną, lub przynajmniej znaczącą przyczyną tego zjawiska. Ale dość głośna mniejszość sprzeciwia się obu tym poglądom, lub przynajmniej jednemu z nich.

Pobieżny przegląd przechwyconego materiału wskazuje, że na Uniwersytecie Wschodniej Anglii, gdzie mieści się ważne centrum badawcze nad globalnym ociepleniem, były podejmowanes starania w kierunku wyciszenia głosów przeciwnych.

W emailach pochodzących sprzed roku 1996, badacze w USA i Wlk. Brytanii regularnie podejmowali sprawę badań nad klimatem, które nie pasują do ich własnych ustaleń. W niektórych przypadkach omawiane są sposoby zwalczania tego, co było określane jako "dezinformacja", za pośrednictwem nowych artykułów w pismach specjalistycznych lub na stronach internetowych.

Emaile zawierają świadectwo jawnych starań w tym kierunku, ażeby raporty Międzynarodowego Panelu w sprawie Zmian Klimatu (IPCC), grupy badawczej ONZ, zawierały ich własne poglądy, natomiast pomijały przeciwne. W dodatku emaile te pokazują, że badacze klimatu uchylali się od udostepniania swoich danych naukowcom, którzy się z nimi nie zgadzali.

W niedzielę nie można było skontaktować się z IPCC w celu skomentowania tych faktów.

W jednym z emaili Benjamin Santer z Lawrence Livermore National Laboratory w Livermore, w stanie Kalifornia, pisał do dyrektora ośrodka badawczego, że ma ochotę pobić Michaelsa. Pan Santer był w niedzielę nieosiągalny.

W innym liście Phil Jones, dyrektora ośrodka badawczego przy Uniwersytecie Wschodniej Anglii sugerował Michaelowi Mann'owi z Penn State University, że wyniki badań sceptyków nie będą dobrze widziane: "Będziemy w jakiś sposób trzymać ich z dala - nawet jeśli będziemy musieli dokonać redefinicji, czym mają być nasze biuletyny badawcze!". Żadna z tych osób nie była osiągalna w celu udzielenia komentarza.

Emaile zostały opublikowane na mniej niż miesiąc przed rozpoczęciem szczytu klimatycznego w Kopenhadze.

Przedstawiciele Amerykańskiego Towarzystwa na rzecz Postępu w Nauce, wielkiej organizacji zawodowej, wyrazili obawę, iż przechwycona korespondencja elektroniczna może osłabić wolę wprowadzenia globalnych rozwiązań zmierzających do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Towarzystwo to jest przekonane, że "zmiany klimatyczne są rzeczywiste i są związane z ludzką aktywnością, oraz, że obecnie istnieje pilna potrzeba przeciwdziałania jego skutkom" - powiedziała Ginger Pinholster, rzeczniczka Towarzystwa. Dodała ona, iż "Science", pismo Towarzystwa, oceni te dokumenty jedynie pod względem treści naukowej.

John Christy, naukowiec Uniwersytetu Alabama w Huntsville wprost oburza się na myśl, że raport IPCC może nie zawierać przeciwnych punktów widzenia, mówiąc: "bulwersujące jest spostrzeżenie, że prawne działania, jakie ten naród planuje podjąć i które będą kosztować biliony dolarów, są oparte na poglądzie, który nie został w pełni sprawdzony naukowo".

Mojib Latif, badacz klimatu niemieckiego Instytutu Nauk o Morzu im. Leibniza stwierdził, że trudno mu uwierzyć, że badacze klimatu usiłowali zamknąć usta opozycji. Pan Latif, będąc sam przekonany co do globalnego ocieplenia jako skutku działalności człowieka, a jednocześnie współautor artykułu stwierdzającego obecną naturalną tendencję do ochłodzenia, powiedział: "Po prostu nie mogę uwierzyć, że istnieje tego rodzaju mafia, która usiłuje niedopuścić do publikacji przeciwnych poglądów".


Źródło: Wall Street Journal

Od: Ben Santer
Data: 9 października 2009, piątek
Naprawdę przykro mi, że musisz brnąć przez to wszystko, Phil. Następnym razem spotkam się sam z Patem Michaels'em na spotkaniu naukowym. Mam wielką ochotę wytłuc z niego kaca. Wielką ochotę.

Od: Phil Jones
Data: 29 maja 2008, czwartek
Mike, czy możesz wykasować emaile, które być może otrzymałeś razem z odpowiedzią Keith'a na Raport nr 4.? Czy możesz również zrobić to samo z emailem od Gene'a i polecić mu zrobić to samo? Nie mam jego nowego adresu e-mailowego. My dopilnujemy, żeby Caspar zrobił tak samo. Pozdrowienia. Phil.


Przechwyconą korespondencję w sprawie globalnego ocieplenia, spakowaną w formacie .ZIP (ok. 65 MB) można pobrać tu:
http://www.filedropper.com/foi2009



Artykuły podobne:
Famous weather scientist: Climategate 'tip of iceberg'
'Conspiracy would become manifest' if all climate research e-mails unveiled
, WorldNetDaily, 8 grudnia 2009
dodajdo.com

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Bracia Kaczyńscy - Solidarność - KOR - BUND (c.d.)



W połowie listopada 2009 na portalu Korespontent.pl toczyła się dyskusja, która zaowocowała swego rodzaju resume na temat tego, co wiemy o PiS i jego przywódcach, co ostatecznie przybrało postać wpisu na tym blogu pt. Bracia Kaczyńscy - Solidarność - KOR - BUND
Ten sam temat pojawił się ponownie na wspomnianym portalu na początku grudnia tego roku w związku z artykułem Andrzeja Orkowskiego "Jurek chce rozmawiać z PiS", 4 grudnia 2009

Pierwszy komantarz do tego artykułu zaczynał się od słów:
"typowy "prawicowy" polityk w Polsce. Ubzdurał sobie jako marszałek Sejmu w 2006 r., że PO poprze jego projekt całkowitego zakazu aborcji (chodziło o ciąże będące następstwem gwałtu) i wyszedł z PiSu, zabrał z 10 swych zwolenników, zrezygnował ze stanowiska marszałka. W ten sposób ujawnił całkowity brak kompetencji politycznych. PO nigdy, NIGDY, nie poparłaby jego pomysłów, ale cóż im szkodziło obiecywać głupkowi (politycznemu) swe poparcie, po to, by destabilizować PiS i rząd który zwalczała.

We wpisie 4. odpowiedziałem:

Nie wiem, skąd bierze Pan swoje rewelacje nt. okoliczności (motywów) wyjścia Jurka z PiS i rezygnacji z funkcji marszałka. Moje informacje, potwierdzone przez Wikipadia, mówią co innego. A mianowcie:
"13 kwietnia 2007 po odrzuceniu przez Sejm projektu zmiany Konstytucji RP w tzw. sprawie ochrony życia poczętego zapowiedział, że podda pod głosowanie wniosek o odwołanie siebie z funkcji Marszałka Sejmu. 14 kwietnia tego samego roku zrezygnował również z członkostwa w partii Prawo i Sprawiedliwość oraz wszelkich funkcji partyjnych."

Warto to sprawadzić tym bardziej, że jak dotąd, 7 osób bezkrytycznie "kupiło" opartą na tej (dez)informacji tezę o polityce dekompozycji PiS-KOR-Bund-u przez PO. Być może jest w tym coś z racji, ale pragnę zauważyć, że PiSu nie trzeba specjalnie dekomponować, gdyż prowadząc politykę w sposób arbitralny, wykluczający kompromisy wewnętrzne, w dodatku politykę ewidentnie sprzeczną z programem, jaki głosi, nieuchronnie doprowadza do konfliktów na tle programowym.

Przy okazji odpowiedziałem na wpis 3. wzywający do łączenia się ponad podziałami, - postulat dość trudny dla mnie do przyjęcia, jeśli to jednoczenie miałoby się dokonywać bez wcześniejszego rozliczenia działalności ugrupowań w minionej i obecnej kadencji:

Nie wiem z kolei, jak Pan wyobraża sobie "łączenie się" z ugrupowaniem [PiS], które nie jest w stanie, albo nie zamierza, dotrzymywać zobowiązań wyborczych w stosunku do własnych członków oraz własnego elektoratu - patrz sprawa Traktatu Lizbońskiego. Metoda Frontu Jedności Narodu doprowadzić moim zdaniem jedynie do jeszcze większej zdradliwości ze strony PiS-KOR-Bund-u. Nie z nami już te numery.

We wpisie 5. przypomniałem:

Tym, którzy nie śledzili wcześniejszej dyskusji polecam:
Bracia Kaczyńscy - Solidarność - KOR - BUND
Dodatkowo polecam Państwu tekst prof. Andrzeja Rapaczyńskiego, członka Rady Fundacji Batorego pt. "Nie Europa Państw, ale Europa Prowincji", w którym Rapaczyński wzywał z 2002 r. do likwidacji narodowych tożsamoci europejskich poprzez likwidację państw narodowych w ramach europejskiego superpaństwa Unia Europejska.
Luminarz Fundacji Batorego - jak wykorzenić tożsamość narodów europejskich dzięki powołaniu federalnej Europy Prowincji

Moj główny adwersarz odpowiedział mi m.in.:
(...)
2. Wie Pan, Wikipedia nie jest najlepszym źródłem informacji. Nie chodzi już o fakty, ale choćby tekst który Pan przywołuje, "Sejm odrzucił...", jest błędny. Sejm odrzuca tylko veto Prezydenta, natomiast w tej konkretnej sprawie Sejm nie zdołał przegłosować zmiany konstytucji. WIększość była za, ale zwykła większość, a nie kwalifikowana.
3. Fragment przytoczony przez Pana nie jest sprzeczny z tym co napisałem. Jurek zrezygnował z funkcji w Sejmie, dlatego że kilkunastu posłów PiSu nie głosowało "za" zmianami konstytucji w sprawie ochrony życia poczętego. Tak przynajmniej to uzasadniał. Miał pretensje że klub PiS nie zarządził dyscypliny w głosowaniu.
(...)
7. Śmieszą mnie Pana wywody: PiS - Solidarność - KOR - Bund. A co? ludzie PO nie współpracowali z KORem? Można więc napisać za Pana tekstem: PO- Solidarność - KOR - Bund.
8. Wszystkie partie które kiedykolwiek znalazły sie w sejmie po 89 roku nie dotrzymały swych zobowiązań. PiS tu nie jest wyjątkiem. Mogę powiedzieć, że dość się starali aby dotrzymać przynajmniej niektórych. Jednak rekordzistą w oszukiwaniu swych wyborców jest miłościwie nam panująca PO, tak więc nie powinna nam zawracać w głowie bo będzie jeszcze bardziej zdradliwa niż jest. "Nie z nami takie numery" - to cytat z Pana tekstu.

Wpisami 7-8. odpowiedziałem:

Pozwoli Pan, że przypomnę Panu, że:

1. sprawa zmiany konstytucji w celu ochrony życia poczętego od poczęcia aż do naturalnej śmierci pojawiła się nie w chorej bynajmniej, jak Pan zdaje się sugerować, umysłowości marszałka Sejmu RP Marka Jurka, i nie w 2006 roku, tylko pojawiła się zupełnie realnie dla każdego katolika 20 marca 2007, kiedy to Europejski Trybunał Praw Człowieka w sprawie Alicji Tysiąc orzekł, iż Polska naruszyła art.8, 13, 3 i 14 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, w szczególności dlatego, że p. Tysiąc nie miała "żadnej możliwości kwestionowania decyzji lekarskich wobec braku procedur odwoławczych" i że z tego tytułu należy się p. Tysiąc 25 000 euro zadośćuczynienia za doznaną krzywdę.

2. Nie chodziło o zabijanie życia poczętego z powodu gwałtu tylko "ze względów medycznych", i to takich, które NIE BYŁY uznane przez komisję lekarską, ale miały tę wadę, że orzeczenie komisji [wydane na ich podstawie] nie zadowalało p. Tysiąc, przez co praktycznie "względy medyczne" rozciągałyby się na wszystkie przypadki ciąży tzw. niechcianej. Nie mówię już o możliwości wprowadzenia równie "rozciągliwej" definicji gwałtu.

3. 11 czerwca 2007 podczas Uroczystości Bożego Ciała Abp Michalik stwierdził, iż ""rządząca partia [PiS] nie zdała egzaminu moralnego", bo nie poparła zmiany konstytucji w sprawie ochrony życia poczętego i "pochwalił Marka Jurka za to, że w imię przekonań zrezygnował z funkcji marszałka Sejmu i odszedł z PiS". Oznacza to nic innego jak ewidentną, zasadniczą niewierność PiS-KOR-Bund głosznemu przez siebie programowi w jednej z najważniejszych spraw.

4. Jeżeli zgłasza się poprawkę do konstytucji, to zapewniam Pana, że nie po to, żeby ona przepadła, tylko wtedy, kiedy ma ona realne szanse na zatwierdzenie. (Ale w szczególnych okolicznościach osobiście dopuszczam prawo zgłoszenia poprawki konstytucyjnej w celu zdemaskowania szczególnie dotkliwiego dla wyborców faryzeizmu ideowo-programowego).

5. Sejm jako najwyższe ciało ustawodawcze w RP, reprezentujące Naród jako Suwerena, może odrzucić, czyli nie przyjąć, co tylko ze chce, nie tylko veto prezydenta, jak Pan chce nam wszystkim wmówić.

Jeśli natomiast chodzi o PO-KOR-Bund, to oczywiście jestem za, m.in. z uwagi na fakt, iż bracia Kaczyńscy w 2005 r. udali się ze swoim programem wyborczym 2005 do Fundacji Batorego, która jest przecież ewidentną ekspozyturą środowiska b. KSS KOR, a któremu obecnie najbliżej do Platfomy Obywatelskiej. Powinien to być dla każdego potężny sygnał ostrzegawczy, porównywalny z informacją... no wiem, jaki by podać przykład, że np. Stalin jeździł po wskazówki do Waszyngtonu, New York City albo Cincinatti, albo jeszcze gdzieś indziej. Ale dla Pana najwyraźniej to nie ma większego znaczenia, gdzie jeżdżą, a gdzie chodzą na piechotę, co zapalają w swoich oknach i co zakładają na swoje głowy bracia Kaczyńscy.

A tak w ogóle, gdyby przyjrzał się Pan uważniej, kto uczestniczył w [obchodach] 30. rocznicy KOR-Bund-u, to zauważyłby Pan, że byli tam również Andrzej Celiński i Marcin Święcicki (SLD-LiD). Nie tylko więc PiS-KOR-Bund, nie tylko liberalna PO-KOR-Bund ale i liberalna SLD-KOR-Bund. I rzeczywiście - gdyby z kolei przyjrzeć się, jak te trzy różne, zdawałoby się, KOR-Bund-y głosują w najważniejszych sprawach - zarówno w sprawie ochrony życia poczętego, czy w sprawie Traktatu Lizbońskiego - to widać, że głosują one w zasadzie jednogłośnie.

Moim zdaniem te trzy ugrupowania, te trzy KOR-Bund-y powinny się jak najszybciej połączyć, bo wtedy sytuacja byłaby jasna i klarowna. Wyborca nie musiałby dopiero po dziesiątkach lat prób i błędów dochodzić do wniosku, że w gruncie rzeczy wybierał wciąż pomiędzy niby to trzema różnymi ugrupowaniami, które jednak tak naprawdę różni bardzo niewiele - tak bardzo się one ze sobą zgadzały.

Artykułu związane:
- Bracia Kaczyńscy - Solidarność - KOR - BUND
- Luminarz Fundacji Batorego - jak wykorzenić tożsamość narodów europejskich dzięki powołaniu federalnej Europy Prowincji


dodajdo.com

piątek, 4 grudnia 2009

Traktat rozbiorowy 1773 - Kariera i upadek Adama z Łodzia-Ponińskich (2)



Traktat rozbiorowy 1773 - Kariera i upadek Adama z Łodzia-Ponińskich (2)



"Radę senatorów, rezydentów, ustanowioną jeszcze artykułami Henrykowymi zastąpiła teraz Rada nieustająca. Otrzymała ona królewski dotąd przywilej rozdawnictwa łask i dostojeństw. Sami delegaci, zanim podpisali traktat rozbiorowy, zastrzegli wyraźnie, że będzie im wolno zabezpieczyć rzeczpospolitą przeciwko "samowładztwu" i że to bezpieczeństwo zapewni rękojmia trzech mocarstw".

Na próżno hamował ich zapędy sam poseł austriacki, wskazując, że tego właśnie pragną Moskwa i Prusy. Zgodzono się, że owa Rada składać się będzie z 18 senatorów i 18 posłów ziemskich i że będzie wybierana co 2 lata. Marszałkowi przyznano 30,000 płacy rocznej, członkom rady po 14,000 złotych. Nie doszedł jednak do skutku zamysł Ponińskiego, który przypisawszy sobie stanowisko marszałka, chciał, ażeby przysługiwało dożywotnio.

"Postanowienia ogólnego zebrania, podejmowane większością głosów, musiał podpisywać król. Rada miała podawać trzech kandydatów do łask i dostojeństw, a król miał wybierać spośród nich".

Zgodnie z życzeniem zaborców, trwała walka o odebranie królowi jak najwięcej jego uprawnień i przeniesienie ich na "republikańską" Radę. Ilekroć król zabierał głos w obronie swojej władzy, natychmiast obcy ministrowie, obecni na obradach i kierujący nimi, wytykali mu, że łatwo było mu jako królowi podpisać traktat rozbiorowy, a teraz trudno mu swojemu narodowi przyznać swobody republikańskiej. Dopomagało w tym zaborcom nękanie króla pismami i pisemkami, a także nieprzyjaznymi wystąpieniami ze strony przekupionych posłów. Szczególną gorliwością odznaczali się w tym Sułkowscy - było ich czterech, którzy dopuszczali się nawet przedrzeźniania króla w mowie i w gestach. "Próbował zawstydzić ich zacny Ignacy Zakrzewski, poseł poznański, występując przeciwko udawanemu patriotyzmowi, co to niby dla uratowania ojczyzny nie chce dopuścić do dawnych zwyczajów, a w rzeczywistości chce wszystkie królewskie uprawnienia dla siebie przywłaszczyć".

Poseł Oraczewski wezwał nawet Sułkowskich, żeby zobowiązali się, że żaden z nich nie wejdzie do tej Rady, o której prerogatywy tak bardzo zabiegali. W rzeczywistości pomiędzy Sułkowskimi a Ponińskim istniała tajna umowa w sprawie marszałkostwa, które Poniński odsprzedał potem jednemu z nich.

"Zapadło także (14 grudnia) postanowienie ważne dla skarbu krajowego, aby starostwa po śmierci dotychczasowych dzierżawców zamieniać w dobra skarbowe i dodawać na zasadzie przetargu, kto da więcej, na 50 lat pod warunkiem poprawy stanu gospodarstwa. Powstać miał w ten sposób znaczny zysk dla skarbu, oceniany na 20 mln dochodu".

"Przekonano się jednak szybko, że rozdawnictwo tych starostw nie odpowiadało założonym celom, że było tylko źródłem oszustw, niezgody, że w rękach nowych dzierżawców majątek krajowy niszczał całkowicie: jałowiały rozległe ziemie, znikały potężne lasy".

Przy okazji zagrabiono pobożny fundusz Lipnickiego na rzecz ubogich włościan, ustanowiony w 1647 r.

Sprawę ordynacji Ostrogskich, zaległą od dawna, załatwiono w ten sposób, że wyznaczono z niej tylko 300,000 złotych rocznego dochodu, z których 180,000 złotych przeznaczono na pieszy regiment ostrogski, natomiast 120,000 za poparciem trzech dworów otrzymał Sagramoso, agent zakonu maltańskiego, na założenie wielkiego przeoratu w Polsce.

Zanosiło sie na rozszarpanie ogromnych dóbr pojezuickich. Już rządzący komisjami: Poniński, Ignacy Massalski, Andrzej Młodziejowski, Sułkowscy, pod pozorem strzeżenia klejnotów kościelnych, wiele sobie z nich przywłaszczyli: "zabrane srebra zdobiły książęce stoły" i paradne na koniach szory. Poniński podając, że dochody z dóbr jezuickich przynoszą rzekomo tylko 500,000, chciał je rozdysponować tak, jak niedawno zrobił to ze starostwami. Jednak król, poparty przez podkanclerzego Chreptowicza, doprowadził do przyjęcia swego wniosku, aby dobra te służyły wychowaniu młodzieży.

Dzieło "kancelarii regenta", jak nazywał delegację marszałek Stanisław Lubomirski, zostało potwierdzone i gwarantowane osobnym traktatem z Moskwą (15 marca 1774). Dzięki rozróżnieniu wyznawców wiary greckiej na unitów i dyzunitów carowa mogła już ich nazwać swoimi poddanymi (art. IX). Nie znalazł się jednak w tym traktacie z Moskwą warunek o wycofaniu jej wojsk w 15 dni po ratyfikacji, podobny do tego, który znajdował się w podpisanych tego samego dnia traktatach z Austrią i Prusami.

Dopiero wówczas sejm, sześć razy odraczany i ponownie zwoływany dla zatwierdzenia postanowień delegacji, skończył się na rozdaniu nagród za położone "zasługi" najgorliwszym sługom najeźdźców.

Już rok wcześniej (26 kwietnia) Ignacy Massalski, Andrzej Młodziejowski, Adam Poniński i Ksawery Branicki nagrodzeni zostali tytułami książęcymi, jednak nie wszyscy z nich ośmielili się ich przyjąć. Przyjęli je tylko Massalski i jedna gałąź Ponińskich - spośród tych ostatnich odrzucił ten tytuł Franciszek, starosta kopanicki i w ten sposób oczyścił swoją rodzinę ze wspólnictwa w hańbie.

Tytuł książęcy, za wstawiennictwem dworu austriackiego przyznany został też Lubomirskim, Jabłonowskim, Sułkowskim. Książę Massalski, grą zrujnowany i Młodziejowski, "mniejszy rozbój mając sobie od większych dozwolony rozbójników", przywłaszczyli sobie przewodnictwo w komisjach rozdawniczych, pierwszy z nich w Koronie, drugi na Litwie. Były to komisje do rozdzielenia dóbr narodowych i jezuickich. Zasiedli w nich: Adam Poniński, Ksawery Branicki, Marcin Lubomirski, Władysław Gurowski, Kazimierz Raczyński, Michał Radziwiłł. Andrzej Młodziejowski otrzymał ponadto od Moskwy 3,000 czerwonych złotych rocznej pensji. Taką samą płacą obdarzony został przewodniczący delegacji, bp. Antoni Ostrowski, który wkrótce po zakończeniu swojej prezydencji w departamencie sprawiedliwości Rady miał otrzymać godność prymasa.

Poniński, o którym już była mowa, że musiał otaczać się obcym żołnierzem i który nieraz podczas obrad o mało nie był posiekany szablami, dostał "na wystawę" od trzech dworów 47,000 czerwonych złotych. Od sejmu dostał 400,000 złotych, a oddawszy swój los w ręce delegacji i ministrów cudzoziemskich, otrzymał 100,000 zł dożywotniej nagrody, korzystną zamianę dóbr, wielki przeorat maltański z wiadomym dochodem, przywilej na most warszawski i pozwolenie na kupno od Teodora Wessla podskarbiostwa wielkiego koronnego. Carowa od siebie zapewniła mu jeszcze dożywotniej płacy 2,400 czerwonych złotych. Brat jego, Kalikst Poniński, otrzymał regiment ostrogski oraz starostwo bracławskie.

Z kolei Florianowi Drewnowskiemu, sekratarzowi Ponińskiego, wzbogaconemu już pośrednictwem w dostępie do przywilejów rozdzielanych przez marszałka, przyznano osobną nagrodę 100,000 zł. Rejent kancelarii marszałkowskiej otrzymał jedną z komandorii maltańskich. Drugi marszałek Sejmowy, miecznik litewski Michał Radziwiłł dostał od trzech dworów na wystawę 23,000 czerwonych złotych, 80,000 moskiewskiej pensji - sejm przyznał mu kasztelanię wileńską i starostwa: grabowskie, bolimowskie i borysowskie. Władysław Gurowski musiał zadowolić się sumą 2,400 rocznej płacy, byle "w dobrym złocie". Ksawery Branicki, który otrzymał już w nagrodę za swoje zasługi dobra jaworowskie i białocerkiewskie: dwa miasta i 134 wsi, oceniane na 20 milionów, otrzymał wielką buławę po Wacławie Rzewuskim.

Przedrzeźniający króla Sułkowscy zarobili sobie na przywilej zabawiania narodu teatrem, redutami i wszelkiego rodzaju igrzyskami; wojewoda gnieźnieński August Sułkowski zapewnił sobie od Moskwy 3,000 czerwonych złotych rocznej pensji i stanowisko ministra przy pierwszym wakansie, jaki się pojawi, jego brat Antoni Sułkowski miał wówczas przejąć po nim województwo.

Kazimierz Raczyński, wielki pisarz koronny, ten, który przyjął przysięgę marszałkowską od Ponińskiego, otrzymał generalstwo wielkopolskie, a imperatorowa płaciła mu łaskawie 1,500 czerwonych złotych.

Sejm nie zapomniał o konfederatach. Wacław i Seweryn Rzewuscy otrzymali w prawo dziedziczne starostwo kowelskie. Pomocnik Ponińskiego, Marcin Lubomirski, otrzymał na własność starostwo barskie. Szymon Dzierzbicki otrzymał województwo łęczyckie i 1,500 złotych pensji moskiewskiej. Teodorowi Wesslowi, który wolał gotówkę, niż urząd, pozwolono sprzedać podskarbiostwo.

Zamykając obrady 11 kwietnia 1775 r. Poniński wyliczył ustawy sejmu - hańbę swoją i współników wytłumaczył nawiązując do słów Horacego: delicta maiorum innocui lugemus (Za grzechy przodków sprawiedliwi cierpią).

W ten sposób państwo polskie straciło 81 tys. mil kwadratowych, ludność spadła poniżej 8 milionów. "Nędza rozpościerała się po całym kraju. Wysiłki mocarstw by zdeprawować nieszczęśliwy naród i ich łupiestwo nie mogły przyczynić się do poprawy jego losu. Widzieliśmy, jakie nagradzano "zasługi". Przez cały czas haniebnych targów stolicę zabawiali: poseł austriacki w niedziele, moskiewski w środy, ks. Ostrowski we wtorki, Poniński w czwartki. Warszawa uszczęśliwiona pokojem po kilkuletniej wojnie, spoczywała "na łożu rozkoszy i zbytków". Zdawało się, jakby radowali sie wszyscy. Teatr, bale, fajerwerki powtarzały się codziennie, pod byle pozorem".

Tymczasem Moskwa, jeszcze przed zamknięciem sejmu zapowiedziała 19 marca 1775 wyprowadzenia swoich wojsk, zaraz potem ten rozkaz "na prośbę" Rady nieustającej wycofała. Wojsko moskiewskie, które dotąd szukało pretekstu do pozostania w Polsce, teraz poczuło sie jak u siebie. Gdzie stał na straży żołnierz polski, wsżędzie obok niego stał Moskal. Trzydzieści tysięcy żołnierzy Moskwy żyło kosztem rzeczypospolitej, która niedawno, przy całości granic, nie miała z czego utrzymać połowy tej liczby.

Teraz wszystkie sprawy z dworami zagranicznymi załatwiała już Moskwa. Do Petersburga trzeba było się odwoływać w sprawach najprywatniejszych. Z Petersburga też szły rozkazy, na mocy których poseł carowej w Warszawie panował samowładnie, bez najmniejszego oporu w kraju. Rada nieustająca, która dzięki przewrotnemu interpretowaniu przepisów praw przywłaszczyła sobie władzę prawodawczą i sądowniczą, była jego narzędziem. Poseł carowej prawie wybierał Radę, marszałka i większą część jej członków miał na swoim żołdzie. Rada musiała też zdawać mu sprawę ze wszystkich swoich czynności. Wszechmocny poseł moskiewski groził królowi nieustannie rozbiorem reszty państwa, pokazując mu listy carowej z których wynikało, że nalegania o nowy rozbiór nie ustają.

Nadszedł jednak rok 1789...

Moskwa nasuwa agentom wśród posłów swój nowy pomysł. Znależli się więc tacy, którzy uznali za rzecz najpilniejszą, aby po usunięciu Rady nieustającej, obalone też zostały inne ustawy i uchwały sejmu delegacyjnego. Wynikło stąd tysiąc trudności do załatwienia. Zaledwie wniosek przypomniał ówczesne zdrady, Suchorzewski z Suchodolskim wytaczają proces Ponińskiemu (5 czerwca 1789), marszałkowi sejmu rozbiorowego, który przewodniczył obecnie komisji skarbowej. Poniński zostaje schwytany i uwięziony. Jak było do przewidzenia, brat zbrodniarza książę Kalikst Poniński przywołał aż sześćdziesięciu jego wspólników - senatorów, ministrów, posłów. Sejm wyznaczył przez losowanie 36 sędziów z obu izb sejmowych. Między sędziami znalazł się Ksawery Branicki, jeden z głównych sprawców. Książę Kalikst Poniński wylicza przeciwko niemu aż 12 zarzutów zbrodni przeciwko ojczyźnie. Wszystkie umysły odwracają się znowu od głównego celu obrad.

Zapadł nareszcie wyrok na Ponińskiego (24 sierpnia 1790). Nędznik uciekł z więzienia krypą na Wiśle, ale został schwytany w Rubinkowie pod Toruniem. Zezwolono mu na pięciu obrońców. Sąd odrzucił oskarżenie przeciwko pozostałym uczestnikom zamieszanym w sprawę delegacji (1773). "Padła sądowa zemsta na samego Adama (tak go pospolicie zwano), ohyda na wszystkich jego wspólników..."

Poniński został skazany na utratę czci i wygnanie i jako zdrajca został oprowadzony po ulicach stolicy. Protestował potem ze Lwowa przeciwko wyrokowi i przeciwko sejmowi "wywracającemu wolność republikańską". Zajechał w carskich orderach do Petersburga, lecz tam spotkał się z niełaską, gdyż jego usługi nie były już potrzebne. Rehabilitowany wprawdzie potem przez podobnych sobie zdrajców Polski (Targowica 1793), ale opuszczony przez przyjaciół i przez własne dzieci, tarzał się w końcu, jako pijak i marnotrawca po warszawskich rynsztokach. Tak niedawno jeszcze brat księżnej kurlandzkiej, wielki pan z pół milionem dochodu, teraz w swoich ostatnich dniach życia sługa musiał go ukrywać przed publiczną wzgardą i przed wierzycielami. Umrze w smrodliwym kanale w 1798 r.

Sąd, który ukarał Ponińskiego, unieważnił również wyrok sądu, który w 1773 z rozkazu Ponińskiego sądził Rejtana i potępił jako nieprzyjaciela ojczyzny, skazując go na utratę majątku. Na ścianach Izby ustawodawczej miały zostać wyryte słowa potępienia dla zdrajcy Ponińskiego, obok pomnika uwieczniającego niezłomną postawę Rejtana - prawego posła i obywatela-patrioty.


(opr. J.R.)
______________________________

Na podstawie:
Teodor Morawski, Dzieje Narodu Polskiego, Poznań 1877, Wyd. II. t. 5, str. 160nn.


dodajdo.com

czwartek, 3 grudnia 2009

Traktat rozbiorowy 1773 - Kariera i upadek Adama z Łodzia-Ponińskich (1)



Traktat rozbiorowy 1773 -
Kariera i upadek Adama z Łodzia-Ponińskich (1)



"Za dwa tysiące czerwonych złotych *), które dlań złożyli wspólnicy [zaborów], ciężar laski koronnej [marszałkowskiej] wziął na siebie Poniński. Litewskiej laski podjął się godny mu towarzyszyć Michał Radziwiłł (Ołycki), miecznik litewski" - pisał w swoich "Dziejach narodu Polskiego" XIX wieczny historyk polski, Teodor Morawski.

Parę dni trwało, zanim spiskowcy ze związku patriotycznego, (prototyp późniejszej Targowicy), podpisali wreszcie akt konfederacji. Pod jej węzłem miało dojść do sejmu rozbiorowego, zatwierdzającego bezprawne zabory, dokonane przez trzy sąsiadujące z Polską mocarstwa, tak, ażeby sejmu tego nie można było zerwać. Nikt nie kwapił się, by wziąć na siebie odpowiedzialność. "A ledwie senatorowie podpisali (16 kwietnia), spalili to świadectwo hańby swojej. Przysięgę marszałków przyjął (18 kwietnia) Kazimierz Raczyński, poseł poznański, jakoby pierwszy poseł, którym nie był".

Adam Poniński h. Łodzia właśnie wrócił z Petersburga, dokąd wysłał go związek patriotyczny, przywożąc ze sobą plan działania, zatwierdzony osobiście przez carycę Katarzynę II. Poniński był z łaski Augusta III Mocnego wielkim kuchmistrzem i starostą babimojskim, zwolennikiem domu saskiego, z tego też powodu był on niegdyś żarliwym nieprzyjacielem Moskwy. Po utracie jednak nadziei na wyniesienie na tron polski saskiego kandydata, teraz chętnie świadczył usługi Katarzynie. Będąc namiętnym graczem i marnotrawcą, goniącym tylko za swoim zyskiem, okazał się gorliwym agentem Rosji już podczas konfederacji radomskiej, jako sekretarz delegacji sejmowej, czym zyskał sobie zaufanie i wdzięczność carycy.

"Nadszedł dzień naznaczony na sejm (19 kwietnia 1773). Wojsko najeźdźców otoczyło zamek. Na gankach dla publiczności zasiedli przedstawiciele zaborców", wśród nich rosyjscy - Stackelberg i gen. Bibikow, pruscy - Benoit i gen. Lentulus. Przybywają do izby przekupieni posłowie - gwałciciele prawa. Krzesło marszałka zajął Stanisław Łętowski, poseł z województwa krakowskiego, jeden z tych, którzy podczas sejmu konwokacyjnego (1764) najmocniej głosowali przeciwko Moskwie. Łętowski zabiera głos, aby ogłosić akt konfederacji.

Tadeusz Rejtan, poseł nowogródzki, domaga się wraz z towarzyszami, by przed wszystkim przystąpić do wyboru marszałka sejmowego, tak, jak jak wymagało tego prawo. Wśród wrzawy, jaka powstała, siedzący obok Łętowskiego Poniński bierze z jego rąk laskę marszałkowską. Wydziera mu ją Samuel Korsak, poseł miński. Rejtan tymczasem chwyta za drugą laskę, przygotowaną już dla Michała Radziwiłła:
"Oni zdradą i cichaczem, ja głośno i otwarcie robię się marszałkiem" - wykrzyknął.

Wiwat! krzyczą widzowie. Rejtan uderza laską o podłogę i wszyscy uciszają się. "Jesteśmy zwołani na sejm wolny" - mówi poważnie Rejtan - "a że laska tym razem przypada Litwie: czy jest zgoda, żebym to ja ją podniósł?"

Zgoda! krzyknięto znowu wielkim głosem. Zmieszany Poniński wycofuje się z sali, po czym powraca w otoczeniu straży sejmowej i odracza posiedzenie do dnia następnego. To samo czyni ze swego marszałkowskiego miejsca Rejtan, uderzywszy głośno laską o podłogę.

Nazajutrz zebrano się znowu w izbie poselskiej. Rejtan ponownie zajął swoje miejsce wśród posłów, próbując namówić Łętowskiego, aby zajął krzesło marszałka. Ten jednak odmówił. Zabrał głos Korsak, udowadniając nieważność aktu konfederacyjnego. Przybywa Poniński, ale nie wchodząc do sali, uderzył tylko kijem w drzwi i woła: Zamykam posiedzenie. Posłowie należący do spisku ruszają do wyjścia.

Przez dwie godziny powstrzymywał ich Rejtan z Korsakiem, zaklinajac, żeby posłowie przystapili do sejmu wolnego, na jaki zostali zwołani, a nie do skonfederowanego. W końcu Rejtan położył się w drzwiach, wołając: "Zabijcie mnie, ale nie zabijajcie ojczyzny". Lecz skład sejmu był, jak wiadomo, złożony w ogromnej większości z przekupionych posłów. Jacek Jezierski, poseł łukowski, przekroczył leżącego Rejtana, niektórzy wyszli drugimi drzwiami. Widzowie oklaskami nagradzali postawę Rejtana. "Panowie, to nie opera, nie teatr" - odpowiedział im Rejtan i nie oglądając się na nic, pełnił dalej swój poselski obowiązek.

Następnego dnia Rejtan z Korsakiem byli w izbie poselskiej już od godziny siódmej. Poniński zmuszony był przybyć w otoczeniu oddziału moskiewskich grenadierów i pruskich huzarów. Zwrócił się o zastępstwo do Marcina Lubomirskiego. Ten, jak i Poniński, do niedawna konfederat barski, przehulawszy swój 50-milionowy majątek, związał się teraz dla nagrody z nową konfederacją. W imienu Ponińskiego ponownie odracza posiedzenie. Tym razem jednak Rejtan z towarzyszami nie opuszczają już sali obrad.

Niewiele mógł pomóc Rejtanowi król Stanisław August, który jak mógł, bronił się przed przystapieniem do konfederacji. Nie pomogli mu także posłowie przyjaznych Polsce dworów. "Zewsząd mówiono mu, że sprzeciwiając się konfederacji, która miała w ręku niograniczoną władzę, naraża nie tylko majątek, ale i swoje życie". "Wolę umrzeć, spełniając swoją powinność, niż mieć na sumieniu, że nie dopełniłem obowiązku prawego obywatela" - odpowiadał im Rejtan.

Nazajutrz król, opuszczony przez znaczące w państwie osoby, pod groźbą, iż do Polski wkroczy 50,000 nowego wojska zaborców, grożącego dalszym zniszczeniem kraju i zaborem mienia, przystąpił za zgodą Senatu do konfederacji.

Poniński wybrał na swego sekretarza Floriana Drewnowskiego, na rejenta kancelarii wyznaczył Wincentego Modzelewskiego i mógł już rozpocząć swoje obrady w izbie senatorskiej.

Tymczasem patrioci skupieni wokół Rejtana przez 36 godzin bez przerwy, bez snu i posiłku, pilnowali wejścia do izby poselskiej od zewnątrz i od wewnątrz, broniąc w ten sposób prawa i wolnego sejmu.

Zebrany sąd konfederacji, z oskarżenia Bryłowskiego, ogłosił Rejtana gwałcicielem obrad narodowych, nieprzyjacielem ojczyzny i skazał na utratę majątku.

Interweniując w tej sprawie sam książę Michał Czartoryski, wielki kancelerz litewski, przekonał patriotów, że dopełnili już dostatecznie swego chwalebnego obowiązku i nie powinni się dłużej narażać - mogą być jeszcze ojczyźnie potrzebni. Nie zdoławszy zdobyć poparcia ze strony miasta, dokąd wysłany został specjalny manifest, protestujący posłowie musieli opuścić salę obrad. Bezprawie, jakiego dopuściła się konfederacja pod przywództwewm Ponińskiego, było już dostatecznie udowodnione.

Obrady konfederacji rozpoczęły się w izbie senatorskiej dopiero 24 kwietnia. Zebrało się tylko 111 posłów. Nie dopuszczono tym razem publiczności. Niektórzy senatorowie, jak biskup łucki - Turski i smoleński - Wodziński, wielki marszałek koronny książę Stanisław Lubomirski w swoich przemówieniach protestowali jeszcze przeciw konfederacji. Bp. Wodziński wytknął Ponińskiemu, że głosowało za nim tylko dziesięciu posłów. Poniński odpowiedział na to ironicznie, że jeśli ktoś nie przystąpił do konfederacji, to głosu w niej nie miał.

Trzy mocarstwa domagały się od sejmu powołania delegacji z pełnomocnictwami do podpisania traktatów, tak jak to zrobiono w 1767 r. [z polecenia Moskwy] podczas konfederacji radomskiej. Król dążył do złagodzenia drakońskich warunków traktatu rozbiorowego. Strona polska domagała się również, by nowe granice zostały przynajmniej dokładnie wyznaczone. Dwory zaborcze określiły te wystąpienia posłów "czczym, drobiazgowym pieniactwem i gadulstwem". Równocześnie sejm i senat otrzymały pismo, w którym zaborcy zgodnie zagrozili, że powiększą swoje roszczenia wobec Polski, oraz że "wytępią, aż do imienia polskiego".

Król przedstawił projekt pełnomocnictwa dla delegacji w celu ustalenia przyszłego ustroju rzeczypospolitej, "aby rzeczpospolita ślepo w przepaść nie była pogrążona". Domagał się więc w 26 punktach zmniejszenia zaborów, wolności wyznania dla ziem zabieranych, uregulowania spraw własności majątków, przedzielonych nowymi granicami, chciał ewakuacji wojsk zaborczych i zagwarantowania, że nie powrócą, korzystnych warunków handlowych, obniżki cen soli z zagrabionej przez Austrię Wieliczki, uwolnienia jeńców, gwarancji dla całości i niepodległości państwa. Poparli go biskupi Feliks Turski i Antoni Okęcki, Podoscy - Mikołaj, wojewoda płocki i Franciszek, kasztelan ciechanowski, Ludwik Kruszewski, poseł bielski i Feliks Oraczewski, poseł krakowski.

Przeciwko wnioskom królewskim, a za przyjęciem żądań dworów zaborczych wystąpił Poniński. "Nie drażnić sąsiadów daremnym oporem" - mówił. Poparli Ponińskiego: Antoni Ostrowski - biskup kujawski, Sułkowscy August i Antoni, oraz Władysław Gurowski.

Stackelberg i Lentulus rozpoczynają przekupstwo posłów. Lentulus przywiózł w tym celu 50 tysięcy czerwonych złotych, Stackelberg miał na to 150 tysięcy stałego budżetu. Za wstrzymanie się od głosu płacono 200-300, za poparcie głosem - więcej. Według odkrytych później zapisów nie wydano jednak więcej niż 14 tysięcy, z kosztami kancelarii sejmowej włącznie.

"Rozważcie, co czynicie - mówili przedstawiciele zaborców - wejdzie zaraz 50,000 świeżego wojska". Głodem i rabunkiem zagrożono już nie samej tylko stolicy, ale całemu krajowi. Dowódcy wojsk zaborców dawali do zrozumiania, że dadzą swym wojskom wolną rękę, a już i tak polski obywatel musiał oddawać od 50-60 procent dochodów na utrzymanie tego wojska, które już było w kraju. Żeby coś przynajmniej ocalić, kto miał znajomości w obcych poselstwach, zanosił tam z domu złoto, srebro i klejnoty.

Cztery dni trwał opór, zanim zaborcy wymusili taki skład delegacji, jakiego sobie życzyli. Na 132 obradujących naliczono tylko 5 głosów większości i to wbrew zwyczajowi, razem z głosami marszałków.

Delegacja zebrała się 2 czerwca, a przewodniczył jej sławny ze zdolności oratorskich Antoni Ostrowski, biskup kujawski, członek związku patriotycznego i najemnik Moskwy. O wszystkim decydowali zaborcy. Nie pozwolono nawet delegacji usprawiedliwić podpisania układu osłabieniem państwa, nędznym jego stanem. Wysłuchano tylko Ponińskiego, który "czuły na udręczenia obywateli" dopominał się zapłaty za dostawy dla obcych wojsk i zmniejszenia ciężarów kontrybucji.

Gdy opór strony polskiej przedłużał się, zaborcy ponownie sięgnęli do metody zastraszania, do zajmowania domów przez wojsko, do konfiskat majątków należących do opornych.

Na koniec polska delegacja zamknięta, przymuszona głodem, musiała podpisać - "nie układ, nie traktat - ale dosłowny akt zrzeczenia się", podyktowany kolejno przez posłów: austriackiego (21 sierpnia), moskiewskiego (2 września), pruskiego (12 września). Swego podpisu pod tym zrzeczeniem się odmówili posłowie delegacji: Franciszek Wilczewski, Franciszek Jerzmanowski, Stanisław Dąbski, Antoni Biesiekierski.

"Spełnił się pierwszy akt "najważniejszego w tym wieku wypadku - najsromotniejszego przez wszystkie wieki gwałtu" (...) "Trzy mocarstwa pierwszego rzędu związały się na odarcie czwartego, słabszego, od którego nie doświadczyły cienia obrazy. Trzy mocarstwa zmówiły się na czwarte, z którym żyły w pokoju, aby bez pozoru prawa, bez cienia sprawiedliwości, wydrzeć mu własność i jeszcze przymusić do uprawnienia tego zdzierstwa".

*) Czerwony złoty - dukat, równoważny 18 złotych polskich.


(opr. J.R.)
______________________________

Na podstawie:
Teodor Morawski, Dzieje Narodu Polskiego, Poznań 1877, Wyd. II. t. 5, str. 160nn.

dodajdo.com

poniedziałek, 30 listopada 2009

Brońmy Konstytucji, brońmy wolności i suwerennych praw jednostki, rodziny i Narodu



Warszawa, 30 listopada 2009

Brońmy Konstytucji, brońmy wolności i suwerennych praw jednostki, rodziny i Narodu


Odezwa Komitetu Suwerenność Narodu Polskiego na dzień 1 grudnia 2009 r.

W dniu 1 grudnia 2009 wchodzi w życie Traktat Lizboński, w wyniku jego formalnej ratyfikacji przez 27 państw członkowskich Unii Europejskiej.

Traktat ten, jak już niejednokrotnie podkreślaliśmy, został ratyfikowany przez Polskę z pogwałceniem obowiązującego prawa, w tym zwłaszcza z pogwałceniem Konstytucji RP. Władze ustawodawcze - Sejm i Senat RP, a także wykonawcze - rząd i prezydent RP, przy milczącej akceptacji i przyzwoleniu ze strony państwowych instytucji władzy sądowniczej, doprowadziły w sposób świadomy do sytuacji, w której Konstytucja RP, najwyższe dotąd prawo w Rzeczypospolitej Polskiej (art. 8. ust. 1), zgodnie z literą prawa, nie jest już w Polsce najwyższym prawem. Najwyższym prawem w Rzeczypospolitej Polskiej od 1 grudnia 2009 jest na mocy deklaracji 17. Aktu Końcowego Traktatu Lizbońskiego prawo Unii Europejskiej.

Naród polski, jeśli nie uczyni nic sprawie przestrzegania prawa, jeśli nie stanie w obronie zatwierdzonej przez siebie w referendum Konstytucji RP z 2 kwietnia 1997, już wkrótce utraci całkowicie zdolność prawnego wpływu na swoje dalsze losy. Konstytucja, dotąd najwyższa gwarancja praw obywateli jako jednostek, praw ich rodzin i praw całego Narodu jako rodziny polskich rodzin, będzie formalnie obowiązywać nadal. Jednakże jej zasadnicze postanowienia przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie - dla rządzących dzisiaj Polską będzie ona o tyle istotna, o ile będzie narzędziem do stopniowej likwidacji państwa polskiego i podporządkowywania Unii Europejskiej. To jednak wielu likwidatorom polskości w Polsce i poza nią nie wystarcza, gdyż jest to dla nich zaledwie wstęp do całkowitego wykorzenienia polskiej tożsamości narodowej, pozbawionej naturalnej ochrony ze strony własnego państwa narodowego.

Tym samym wchodzimy, jako Naród, w okres niezwykle niebezpieczny dla Polski i dla wszystkiego, co ją stanowi.

Przed nową tragedią w naszych dziejach, porównywalną z trwającymi 123 lata rozbiorami, może nas uchronić już tylko przywrócenie poszanowania prawa poczynając od najwyższych czynników decyzyjnych w naszym - wciąż jeszcze naszym - państwie polskim. Prawo w Polsce nie może być interpretowane przez żadną instytucję tego państwa w sposób sprzeczny z powszechnie przyjętym i uznanym rozumieniem tego prawa. Tym bardziej nie może obracać się przeciwko prawu - zamieniać się w bezprawie. A tak się właśnie zaczyna dziać wskutek ostentacyjnego lekceważenia obowiązującego prawa przez jednych, a z braku roztropności i niedostatecznej dbałości o wspólne dobro u drugich. Dlatego też obecnie uratować nas już może tylko przypływ poczucia zbiorowej odpowiedzialności i obywatelskiej troski o nasze państwo i za przyszłość następnych polskich pokoleń.


Pozbawienie Narodu prawa głosu w najważniejszej dla niego sprawie

Należy przy tym pamiętać, iż Traktat Lizboński to nic innego, jak Konstytucja dla Europy. Celem tej Konstytucji była, jak wiadomo, likwidacja państw europejskich, tworzących dotychczas dobrowolny związek ekonomiczny o nazwie Wspólnoty Europejskie i powołanie do życia na połączonym terytorium tych państw jednolitego ponadnarodowego superpaństwa europejskiego o nazwie Unia Europejska. Konstytucja dla Europy nadawała temu nowotworzonemu europejskiemu superpaństwu osobowość prawną, jakiej nie miała Unia - wspólnota ekonomiczna państw członkowskich, a ponadto ustanawiała jako obowiązujące: wspólną walutę euro, a także godło, flagę i hymn - wszystkie atrybuty suwerennego ponadnarodowego superpaństwa.

Konstytucja ta miała jednak dla rządzących Unią pewną niedogodność - tak jak każda konstytucja państwowa, ażeby mogła sprawiać wrażenie demokratycznej, podlegać musiała obligatoryjnemu referendum zatwierdzającemu w każdym z państw członkowskich UE. Jak wiadomo, została ona odrzucona w 2005 r. przez referenda narodowe we Francji i w Holandii. Dlatego tez władze UE odeszły od formuły uroczystej konstytucji europejskiej, rzekomo witanej entuzjastycznie przez narody europejskie. Zamiast tego niemal wszystkie postanowienia tejże konstytucji zostały zapisane w postaci zbioru poprawek do dwóch istniejących już traktatów, którym nadano nazwy: Traktat o Unii Europejskiej (TUE) i Traktat o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej (TFUE). Pominięto tylko i wyłącznie przepisy o godle, fladze i hymnie, które wskazywały jednoznacznie i ponad wszelką wątpliwość, iż rzekome poprawki do traktatów to ta sama Konstytucja dla Europy, która wówczas, w 2004 wymagała przeprowadzenia referendów narodowych we wszystkich bez wyjątku krajach członkowskich. Ta sama Konstytucja, zapisana teraz w postaci setek poprawek do istniejących traktatów, takich referendów nie wymagała. Więcej nawet - teraz referenda narodowe okazały się podczas ratyfikacji wręcz niedopuszczalne (z jednym wyjątkiem dla maleńkiej Irlandii).

Konstytucja dla Europy, obecnie w postaci traktatu poprawiającego istniejące traktaty UE, nazwana Traktatem z Lizbony, mogła już być ratyfikowana przez parlamenty narodowe. Poprzednio przyznane narodom państw członkwskich UE prawo do referendum narodowego zostało im w ciągu czterech zaledwie lat odebrane. Zapewne władze UE doszły do wniosku, że lepiej będzie, jeżeli w sprawie faktycznej likwidacji suwerenności państw narodowych, a wkrótce także likwidacji historycznych narodów Europy i sztucznego wytworzenia jednej powszechnej europejskiej tożsmości narodowej, wypowiedzą się parlamenty, wyłonione wprawdzie w demokratycznych wyborach, ale znajdujące się w praktyce pod pełną polityczną kontrolą Unii Europejskiej. Uczyniono tak zresztą dzięki przewrotnie rozumianej w UE fundamentalnej zasadzie pomocniczości, o czym będzie tu jeszcze mowa.


Traktat - Konstytucja przyjęty i ratyfikowany bez czytania

Świadome, rozmyślne pozbawienie narodów europejskich do decydowania o swoim losie w referendum, to jeden z zasadniczych zarzutów, ale nie jedyny, jaki można postawić władzom Unii Europejskiej, a zatem także i władzom polskim, w sprawie Traktatu Lizbońskiego. Drugi poważny zarzut, to zasadnicza wada samego sposobu jego uchwalania. Mianowicie Traktat Lizboński, czyli traktatowa wersja Konstytucji dla europejskiego ponadnarodowego superpaństwa, został najpierw parafowany przez głowy państw, następnie uchwalony przez Parlament Europejski a później sukcesywnie ratyfikowany przez kolejne parlamenty narodowe - bez czytania go przez kogokolwiek. Jak bowiem ujawnił duński europarlamentarzysta Jens-Peter Bonde, członek Komisji Ustawodawczej Parlamentu Europejskiego, komisja ta nie otrzymała do rozpatrzenia tekstu, który nadawałby się do rozpatrywania i analizowania jego treści prawnej. Komisja Ustawodawcza najwyższego w Unii Europejskiej organu ustawodawczego otrzymała jedynie oryginalny tekst Traktatu, którego żaden człowiek na świecie nie jest w stanie przeczytać, gdyż jest to kilkaset stron liczący opis wszystkich tych setek poprawek do istniejących traktatów.

Ale równocześnie, jak ujawnił ponadto ów duński europarlamentarzysta, w Unii Europejskiej został wydany zakaz publikowania jakiegokolwiek tekstu jednolitego Traktatu Lizbońskiego. Oznacza to, że Unia Europejska w istocie odmówiła prawa zapoznania się z treścią prawną Traktatu Lizbońskiego również parlamentom narodowym, demokratycznym reprezentacjom narodów europejskich.

W rezultacie kolejne państwa członkowskie uchwalały, zatwierdzały, ratyfikowały nie Traktat Lizboński, ale w najlepszym razie jego parostronicowe omówienie, zapewne tekst jednolity dla całej UE, sporządzony w języku danego narodu dla lepszego jego zrozumienia przez członków parlamentów narodowych.

Nie inaczej też było i w Polsce, w polskim parlamencie w chwili uchwalania zgody wyrażonej w ustawie na ratyfikację Traktatu Lizbońskiego w dniach 1-2 kwietnia 2008. O ile nam wiadomo, każdy większy klub parlamentarny miał otrzymać po jednym egzemplarzu tekstu nieskonsolidowanego. Oznacza to, iż przeciętny poseł czy senator w najlepszym raziem mógł sobie to dzieło Służby Prawnej Komisji Europejskiej obejrzeć, ocenić optycznie jego objętość, bez możliwości jakiegokolwiek zapoznania się z treścią Traktatu. W naturalny sposób kluczowa dla traktatu Deklaracja 17. mówiąca o bezwzględnym pierwszeństwie prawa UE nad całym prawem krajowym, włącznie z konstytucjami narodowymi, ukryta umyślnie na samym końcu tego wiele set stron liczącego dokumentu, nie miała większych szans na przypadkowe nawet odkrycie, nie mówiąc już przeanalizowanie, przez jakiegoś szczególnie dociekliwszego posła, czy senatora.

W rezultacie w dniu 1 kwietnia 2008 cała Polska była widownią dziwnego spektaklu w Sejmie RP, kiedy to posłowie natychmiast po głosowaniu ustawiali się w długiej kolejce po wydruki z wynikami swojego imiennego, historycznego głosowania za ratyfikacją Traktatu. Głosowanie na swój sposób rzeczywiście bez precedensu w historii europejskiego parlamentaryzmu - literalnie bowiem nikt z głosujących nie miał najmniejszego pojęcia co do faktycznej treści tego, nad czym właśnie odbyto głosowanie.


Fundamentalny totalitaryzm Unii Europejskiej

Osławiony już "deficyt demokracji" w Unii Europejskej znalazł zatem swoje ukoronowanie w skutecznym pozbawieniu narodów europejskich prawa swobodnego wyrażenia woli w sprawie przyjęcia Traktatu Lizbońskiego - najpierw bezpośrednio w drodze referendum narodowego, a następnie także pośrednio - przez ich demokratyczne reprezentacje parlamentarne. Przypomnijmy, iż chodzi w tym przypadku o akt prawa międzynarodowego najwyższej wagi, bowiem Trakat ten przekształca dotychczasowe państwa narodowe w swego rodzaju europrowincje, a ich konstytucje tych państw stają się w swego rodzaju regulaminami (tymczasowymi zresztą) działania władz owych europrowincji. Głosowanie więc w parlamentach narodowych nad czymś, z czym nie wolno się było zapoznać nawet Komisji Ustawodawczej Parlamentu Europejskiego przypomina mechaniczne głosowania nad przedłożeniami rządowymi w systemach totalitarnych, jak komunistyczny w byłym ZSRR, czy w narodowo-socjalistycznym w państwach faszystowskich lat 30 ubiegłego stulecia.

Taka, a nie inna kwalifikacja w odniesieniu do systemu sprawowania władzy w Unii Europejskiej nie jest bynajmniej pozbawiona racji. W tym miejscu wystarczy wziąć pod uwagę dwie kwestie. Po pierwsze - w Unii Europejskiej od dawna, jeśli nie od samego początku, toczy się dwutorowo proces stopniowej tzw. decentralizacji w ramach państw członkowskich. Towarzyszył mu równolegle inny proces, odwrotny - proces centralizacji władzy w Unii Europejskiej.

Po drugie - przyjęta na początku w Unii Europejskiej fundamentalna zasada pomocniczości, która miała chronić Unię Europejską przed strukturalnym totalitaryzmem, wprawdzie formalnie obowiązuje nadal, ale jej interpretacja, zapisana w postaci prawnej, została niejako odwrócona o 180 stopni. Oryginalne brzmienie zasady pomocniczości mówiło bowiem, iż instancje wyższego rzędu mogą i powinny przejmować tylko te kompetencje, którym instancje niższego rzędu nie mogą, nie są w stanie podołać. Obecnie natomiast pomocniczość w Unii Europejskiej polega na tym, że kompetencje, które UE uzna za korzystniejsze dla niej, ze względu na skuteczność osiągania stawianych sobie samej celów, mogą i dlatego powinny zostać przez UE przejęte, czego zaś UE nie zechce przejąć ze względu na jej swoiście rozumianą "skuteczność", to przechodzi na szczeble niższe.

Wskutek takiej a nie innej interpretacji przez władze Unii zasada pomocniczości nie chroni już bynajmniej przed totalitaryzmem, ale przeciwnie - ustanawia ona strukturalny totalitaryzm, czyniąc zeń cechę konstytutywną UE. Inaczej mówiąc - obecna interpretacja zasady pomocniczości służy instalacji totalitaryzu w Unii Europejskiej, który staje się wprost nieusuwalny.

Należy przy tym zauważyć, iż Parlament Europejski też nie jest parlamentem w klasycznym znaczeniu tego słowa - nie ma on mocy powoływania i odwoływania rządu europejskiego, czyli Komisji Europejskiej. Ta ostatnia, podobnie jak niegdysiejsze Biuro Polityczne partii komunistycznej, pochodzi z mianowania według nieznanych bliżej zasad. W dodatku swoiście, przewrotnie rozumiana zasada pomocniczości nakazuje wręcz, ze względu na skuteczność właśnie, przesuwać miejsce podejmowania decyzji na szczebel najwyższy, bo tam decyzje zapadać mogą najszybciej, bez tych wszystkich oporów, jakie rodzi zazwyczaj system demokratycznego sprawowania władzy, najwyrażniej w dzisiejszej UE zbędny.


Traktat Lizboński przed Trybunałem Konstytucyjnym - szanse i zagrożenia

Należy w tym miejscu podkreślić, iż Traktat Lizboński przed jego ratyfikacją przez Rzeczpospolitą Polską nie został skierowany przez prezydenta RP w trybie uprzedniej kontroli zgodności z Konstytucją przez powołany do tego polski Trybunał Konstytucyjny. To, co było możliwe w Niemieckiej Republice Federalnej, czy w Republice Czeskiej, nie było możliwe w Polsce. Zaniedbanie tego obowiązku przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jedynego uprawnionego do zgłoszenia takiego wniosku sprawiło, iż odpowiedni wniosek mógł zostać skierowany do Trybunału Konstytucyjnego dopiero po jego uprawomocnieniu, czyli wejściu w życie.

Tak też się stało. W dniu 27 listopada 2009 grupa 63 posłów złożyła w Trybunale Konstytucyjnym taki wniosek. W związku z tym pojawiają się dla Polski pewne szanse, ale też pewne niebezpieczeństwa, iż szanse te zostaną zaprzepaszczone. Zasadnicza szansa dla Polski polega na tym, iż Trybunał Konstytucyjny, kontynuując linię, jaką sam przyjął w wyroku K 18/04 w sprawie Traktatu Akcesyjnego (Ateńskiego) orzeknie niezgodność Traktatu Lizbońskiego z Konstytucją RP jako najwyższym prawem w Rzeczypospolitej Polskiej (art 8. ust. 1). Zagrożenia natomiast, iż wniosek ten w ten czy inny sposób rozminie się z zakładanym (spodziewanym) celem, lub stanie się po prostu bezskuteczny, przedstawiają się następująco:

I. Potencjalna wadliwość samego wniosku

Należy tu zwrócić uwagę na cztery sprawy:

1. Istnieje dość znaczne prawdopodobieństwo, iż uzasadnienie wniosku złożonego w zasadzie przez posłów jednego ugrupowania (PiS) obciążone będzie wadą upolitycznienia. To znaczy - zawierać ono może rozumowanie o charakterze politycznym, a nie prawnym. W szczególności może ono służyć politycznej obronie postawy przywódców PiS, odpowiedzialnych za ratyfikację Traktatu niezgodnego z Konstytucją. To zaś będzie z pewnością rzutować negatywnie na treść uzasadnienia, utrudniając prawidłową kwalifikację prawną, mogącą mieć znaczenie dla Trybunału Konstytucyjnego. Trybunał, związany granicami wniosku, może w ten sposób znależć przesłanki do odrzucenia linii argumentacji wnioskodawców, z braku wskazania właściwego wzorca - normy konstytucyjno-prawnej.

2. Jest niemal pewne, iż wniosek złożony przez posłów PiS zawiera propozycję alternatywnego rozwiązania, iżby wzorem rozstrzygnięcia niemieckiego, przyjętego przez Trybunał w Karlsruhe, przyjąć ustawę "okołotraktatową", która miałaby "wzmacniać polską suwerenność".

Naszym zdaniem stanowi to wyraźną zachętę pod adresem Trybunału, ażeby uznał Traktat Lizboński za "w zasadzie zgodny z polską ustawą zasadniczą", bez większych realnych szans, że suwerenność zostanie rzeczywiście znacząco wzmocniona z poziomu ustawy zwykłej przez Sejm, skoro nie zdołała tego uczynić Konstytucja - nawyższe prawo w Rzeczypospolitej Polskiej. Będzie to w praktyce inny sposób zgłoszenia postulatu o uznanie przez Trybunał Konstytucyjny nadrzędności prawa UE nad całym prawem polskim z Konstytucją włącznie.

3. Miejmy nadzieję, iż złożony wniosek podejmie wątek zasadniczej wady proceduralnej, jaką jest niedostarczenia przez Marszałków Sejmu RP i Senatu RP każdemu posłowi i każdemu senatorowi tekstu Traktatu Lizbońskiego w postaci umożliwiającej każdemu polskiemu parlamentarzyście właściwe zapoznanie się z przedmiotem głosowania. Należy pamiętać, iż kwestia poprawności przeprowadzenia procesu ratyfikacji należy do zadań Trybynału nie mniej, aniżeli sama kwestia zgodności treści prawnej Traktatu z Konstytucją RP.

4. Wprawdzie w Konstytucji z 1997 r. zasada pomocniczości nie została zapisana wprost, tym niemniej podjęcie właśnie kwestii odwrócenia rozumienia tej zasady w Unii Europejskiej jako źródła totalitaryzmu posiada, naszym zdaniem, znaczenie zasadnicze i powinna być we wniosku ujęta, bez względu na to, czy ta argumentacja zostanie uznana przez Trybunał, czy też nie. Bez poruszenia tej kwestii uzasadnienie wniosku będzie z pewnością dalece niekompletne.

II. Potencjalna wadliwość orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego

Orzekając w sprawie K 18/04 w sprawie konstytucyjności Traktatu Akcesyjnego (Ateńskiego) Trybunał Konstytucyjny wysnuł dalece kontrowersyjną tezę o rzekomej autonomiczności i równoprawności w Rzeczypospolitej Polskiej dwóch systemów prawnych - polskiego krajowego i unijnego. Równocześnie Trybunał stanął wtedy na stanowisku konieczności, czy też obowiązku wzajemnego przychylnego interpretowania prawa: krajowego przez unijne instytucje władzy i unijnego przez instytucje krajowe. Na tej głównie podstawie Trybunał Konstytucyjny uznał Traktat Akcesyjny za zgodny (niesprzeczny) z polską Konstytucją. Zarazem wszakże w sprawie tej Trybunał w ówczesnym składzie dał wyraz swojemu głębokiemu przekonaniu, iż przyjęcie jakiegokolwiek traktatu, który stawiałby prawo unijne ponad Konstytucję, nie będzie możliwe bez zmiany samej Konstytucji. Traktat Lizboński poprzez Deklarację 17. "o pierwszeństwie", zawartą w Akcie Końcowym, będącym integralną częścią Traktatu, taką wyższość prawa unijnego nad polską Konstytucją bez żadnych wątpliwości ustanawia.

W tej sytuacji nie jest pewne, czy w przypadku Traktatu Lizbońskiego Trybunał pozostanie wierny swojej dawnej linii z 2004 r. i czy nie wytworzy nowej, "słusznej" doktryny, dzięki której będzie mógł orzec, jakoby Deklaracja 17. o pierwszeństwie nie jest niezgodna art. 8. ust 1 polskiej Konstytucji. Trybunał, pod naciskami politycznymi z jednej strony, z drugiej wobec faktu, że Traktat Lizboński już w Unii Europejskiej obowiązuje, może wydać werdykt korzystny dla Traktatu Lizbońskiego, z równoczesną oczywistą szkodą dla Konstytucji RP, jak też dla całego polskiego ładu konstytucyjno-prawnego. Znaczną pokusą dla polskiego Trybunału Konstytucyjnego mogą być precedensowe orzeczenia trybunałów konstytucyjnych w Niemczech lub w Czechach.

Należy zauważyć, iż będzie to pokusa tym większa, gdy rozprawa w sprawie konstytucyjności Traktatu Lizbońskiego będzie toczyć się przy mninimalnym zainteresowaniu polskiej opinii publicznej, czego oznaką mogłoby być dla Trybunału puste miejsca dla publiczności na sali rozpraw w siedzibie Trybunału Konstytucyjnego przy Al. Szucha 12a w Warszawie.


Ostateczna interpretacja Konstytucji należy do Narodu

Zgodnie z literą prawa orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie konstytucyjności Traktatu Lizbońskiego jest nieodwołalne, ostateczne i nie podlega dalszemu zaskarżeniu. Z pewnością znajdą się wśród prawników konstytucjonalistów zwolennicy uznania sprawy konstytucyjności Traktatu jako rzeczy osądzonej. Takie podejście, uzasadnione być może w rzeczywistym państwie prawa, w państwie konstytucyjnego bezprawia jest dla Narodu polskiego nie do przyjęcia.

Obowiązująca w Unii praktyczna zasada, iż można tak długo wymuszać referendum narodowe w jednym kraju, aż jego rezultat będzie pozytywny dla sprawujących w UE władzę, podważa w sposób oczywisty zasadę państwa prawa. Wola narodu wymuszona politycznie przez siły z zewnątrz jest tylko i wyłącznie wolą wyrażoną pod przymusem. Podobnie jak oświadczenie woli wyłudzone podstępem lub groźbą, lub dokonane pod naciskiem innego czynu bezprawnego, albo umowa pozorna, zawarta dla ukrycia innej faktycznej czynności prawnej - takie wyrażenie woli jest nieważne z mocy samego prawa. Przez analogię, Naród będzie miał zatem pełne, niezbywalne i nie ulegające przedawnieniu prawo odrzucenia werdyktu sprzecznego z własnym, Narodu rozumieniem jego własnej Konstytucji jako najwyższego prawa w Rzeczypospolitej Polskiej. Prawo to będzie aktualne aż do chwili wydania werdyktu sprawiedliwego, rzeczywiście zgodnego z polską Ustawą Zasadniczą.

Forsowanie przez Trybunał Konstytucyjny własnej, nowej interpretacji Konstytucji jako najwyższego prawa w Rzeczypospolitej Polskiej, tak, by pogodzić ją z Traktatem Lizbońskim, jako najwyższym prawem w Unii Europejskiej, z pewnością godzić będzie w cały dotychczasowy ład etyczno-prawnego w naszym państwie. Naród polskim wówczas, jako Suweren, będzie w pełni uprawniony, by doprowadzić w możliwie najkrótszym czasie do należytego osądzenia postawy zawodowej i moralnej wszystkich tych, którzy przysięgali na wierność Konstytucji, lecz się jej dla własnej kariery, z powodów materialnych lub politycznych sprzeniewierzyli.

Ze swej strony mamy głęboką nadzieję, iż do tego rodzaju skrajności nie dojdzie. Tym nie mniej winniśmy mieć świadomość, iż już tylko sumienie i pełne poczucie odpowiedzialności prawnej i moralnej sędziów Trybunału Konstytucyjnego przed Narodem może nas wszystkich przed taką ekstremalną sytuacją uchronić.


Komitet Suwerenność Narodu Polskiego


dodajdo.com

sobota, 28 listopada 2009

Gaude, Mater Polonia



Gaude, Mater Polonia


Gaude, Mater Polonia.
      O, ciesz się Matko-Polsko

Prole foecunda nobili
      w sławne potomstwo płodna!

Summi Regis magnalia
      Króla królów i najwyższego Pana wielkość

Laude frequenta vigili.
      Uwielbiaj chwałę przynależną.

Cuius benigna gracia
      Albowiem z Jego łaskawości

Stanislai pontificis
      Biskupa Stanisława męki

Passionis insignia
      Niezmierne, jakie on wycierpiał,

Signis fulgent mirificis.
      Jaśnieją cudownymi znaki.

Hic certans pro iustitia,
      Potykał się za sprawiedliwość,

Regis non cedit furiae;
      Przed gniewem króla nie ustąpił:

Stat pro plebis iniuria
      I staje żołnierz Chrystusowy

Christi miles in acie.
      Za krzywdy ludu sam do walki.

Tyranni truculentiam
      Ponieważ stale wypominał

Qui dum constanter arguit
      On okrucieństwo tyranowi,

Martyrii victoriam
      Koronę zdobył męczennika,

Membratim caesus meruit.
      Padł posiekany na kawałki.

Novum pandit miraculum
      Niebiosa nowy cud zdziałały,

Splendor in sancto ceritus,
      Bo mocą swą Niebieski Lekarz

Redintegrat corpusculum
      Poćwiartowane jego ciało

Sparsum caelestis medicus.
      Przedziwnie znowu w jedno złączył.

Sic Stanislaus pontifex
      Tak to Stanisław biskup przyszedł

Transit ad caeli curiam
      W przybytki Króla niebieskiego,

Ut apud Deum opifex
      Aby u Boga Stworzyciela

Nobis imploret veniam.
      Nam wyjednać przebaczenie.

Poscentes eius merita,
      Gdy kto dla zasług jego prosi,

Salutis dona referunt:
      Wnet otrzymuje zbawcze dary:

Morte praeventi subita
      Ci, co pomarli nagłą śmiecią,

Ad vitae potum redeunt.
      Do życia znowu powracają.

Cuius ad tactum anuli
      Choroby wszelkie pod dotknięciem

Morbi fugantur turgidi
      Pierścienia jego uciekają,

Ad locum sancti tumuli
      Przy jego świętym grobie zdrowie

Multi curantur languidi.
      Niemocnych wielu odzyskuje.

Surdis auditus redditur,
      Słuch głuchym bywa przywrócony

Claudis gressus officum,
      A chromy kroki stawia raźno,

Mutorum lingua solvitur
      Niemowom język się rozwiązał,

Et fugatur daemonium.
      W popłochu szatan precz ucieka.

Ergo, felix Cracovia,
      A przeto szczęsny ty, Krakowie,

Sacro dotata corpore
      Uposażony świętym ciałem,

Deum, qui fecit omnia,
      Błogosław po wsze czasy Boga,

Benedic omni tempore.
      Który z niczego wszystko stworzył.

Sit Trinitati gloria
      Niech Trójcy Przenajświętszej zabrzmi

Laus, honor, iubilatio:
      Cześć, chwała, sława, uwielbienie,

De Martyris victoria
      A nam tryumfy męczennika

Sit nobis exsultatio.
      Niech wyjednają radość wieczną.

Amen.
      Amen.



dodajdo.com

wtorek, 24 listopada 2009

Herman Van Rompuy - Człowiek Nr 1 europejskiego superpaństwa ponadnarodowego




Paul Belien

Poznaj Prezydenta Europy


Paul Belien, Meet the President of Europe, The Brussels Journal, 2009-11-20

Herman Van Rompuy. Zapamiętaj to nazwisko. Jest to pierwszy Prezydent Unii Europejskiej, która to Unia wraz z ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego przez wszystkie 27 państw członkowskich na początku listopada 2009 przekształcona została w rzeczywiste Stany Zjednoczone Europy. Ten prezydent Europy nie został wybrany - został mianowany na tajnym spotkaniu głów rządów 27 państw-członków UE. Wybrali takiego, jakimi są oni sami. Herman Van Rompuy był premierem Belgii. Znałem go, kiedy dopiero z trudnością rozpoczynał swoją karierę polityczną.

Ażeby zrozumieć, kim jest Herman Van Rompuy, powinniście wiedzieć coś o Belgii, małym kraju w Zachodniej Europie - to właśnie prototyp Unii Europejskiej. Belgowie nie istnieją jako naród. Belgia jest sztucznym państwem, stworzonym przez mocarstwa europejskie w 1830 r. jako polityczny kompromis i eksperyment. Kraj ten liczy 6 mln Holendrów mieszkających we Flandrii, północnej części kraju i 4 mln Francuzów, zamieszkujących Walonię, południową część. Belgijscy Holendrzy, nazywani Flamandami woleli w swoim czasie pozostać częścią Holandii, którą byli do 1830, podczas gdy belgijscy Francuzi chcieliby przyłączyć się do Francji. Mimo to i jedni i drudzy zostali zmuszeni zamieszkać razem w jednym państwie.

Belgowie nie lubią swojego państwa. Gardzą nim. Mówią, że ono nic nie reprezentuje. Nie ma tam żadnych patriotów, ponieważ nikt nie jest gotów umierać za flagę, która niczego nie reprezentuje. Ponieważ Belgia nie reprezentuje niczego, Belgię uwielbiają ideologowie wielokulturowości. Mówią oni, że bez patriotyzmu nie będzie wojen, a świat przez to stanie się lepszy. Jak śpiewał John Lennon:
"Wyobraź sobie że nie ma żadnych państw, to nie takie trudne, żadnego zabijania i żadnego umierania za coś, i żadnej religii też".

W 1957 belgijscy politycy byli ojcami chrzestnymi Unii Europejskiej. Ich celem było przekształcenie całej Europy w jedną Wielką Belgię, tak, ażeby wojny między narodami nie były już więcej możliwe, gdyż nie byłoby już dłużej narodów - wszystkie narody Europy miały zostać wcielone w ramy jednego sztucznego superpaństwa europejskiego.

Bliższe przyjrzenie się Belgii, temu prototypowi Europy, pozwala zauważyć, że temu krajowi brakuje czegoś więcej, niż tylko patriotyzmu. Brakuje mu także demokracji, brakuje szacunku dla rządów prawa, brakuje moralności politycznej. W 1985 flamandzki filozof Lode Claes (1913-1997), w swej książce "Nieobecność moralności" przekonywał, że bez tożsamości i poczucia autentycznej przynależności narodowej nie może też być ani demokracji, ani moralności.

Jednym z tych, na których teza Lode Claes'a wywarła głęboki wpływ, był młody polityk nazwiskiem Herman Van Rompuy. W połowie lat 1980. Van Rompuy, konserwatywny katolik urodzony w 1947 r. był aktywistą sekcji młodzieżowej Partii Chrześcijańskich Demokratów. Pisał on wtedy książki i artykuły na temat znaczenia tradycyjnych wartości, roli religii, ochrony życia nienarodzonych, chrześcijańskich korzeni Europy i o potrzebie ich zachowania. Niedemokratyczna i amoralna natura polityków belgijskich odrzuciła go, co wprowadziło go w stan swego rodzaju kryzysu. Lode Claes tuż przed swoim przejściem na emeryturę zaproponował Hermanowi, żeby ten został jego następcą jako redaktor naczelny pisma Trends, belgijskiego tygodnika ekonomiczno-finansowego. W tych też okolicznościach zawarłem znajomość z Hermanem. Pewnego dnia zaprosił mnie na lunch, ażeby zapytać, czy nie przyłączyłbym się do niego, gdyby ewentualnie przyjął ofertę pracy dziennikarskiej. Odpowiedziałem twierdząco. Mówił mi, że zastanawia się nad porzuceniem polityki i nie jest zdecydowany, który kierunek życia zawodowego powinien obrać.

Nie jestem pewny, co stało się potem. Być może coś z tego, co mówił, dotarło do przywódców partii chadeckiej, że Herman, błyskotliwy ekonomista i intelektualista rozważa porzucenie polityki - być może złożono mu ofertę nie do odrzucenia. Tak czy inaczej, Herman pozostał w polityce. Został senatorem i członkiem rządu jako młody minister. W 1988 został przywódcą flamandzkich chrześcijańskich demokratów.

Nasze drogi krzyżowały się od czasu do czasu aż do 1990, kiedy belgijski parlament uchwalał bardzo liberalną ustawę aborcyjną. Belgijski król Baudouin (1930-1993), gorliwy katolik, który ubolewał bardzo, że nie może mieć ze swoją żoną dzieci, powiedział swoim przyjaciołom, że "abdykuje, a nie podpisze tej ustawy". Belgijscy politycy, przekonani, że król blefuje, nie chcieli dopuścić, żeby Belgowie obywatele dowiedzieli się o zastrzeżeniach króla wobec tej ustawy. Pisałem na ten temat na łamach The Wall Street Journal, w rezultacie czego otrzymałem naganę ze stony gazety dla której pracowałem po telefonie od belgijskiego premiera, chrześcijańskiego demokraty do mojego wydawcy, byłego rzecznika tego premiera. Nie wolno mi już było więcej pisać na temat spraw belgijskich w pismach zagranicznych.

W kwietniu 1990 król rzeczywiście abdykował z powodu ustawy aborcyjnej, a Partia Chrześcijańskich Demokratów, kierowana przez Hermana Van Rompuy, który zawsze nosił się dumnie, że jest dobrym katolikiem, zatwierdziła ustawę przez kolegium ministrów -według procedury przewidzianej w belgijskiej konstytucji na wypadek, kiedy nie ma króla. Wtedy przegłosowano przywrócenie króla na tron następnego dnia. Opisałem całą tę sprawę w krytycznym artykule zamieszczonym w The Wall Street Journal, w konsekwencji czego zostałem zwolniony z pracy przez moją gazetę za "ubolewania godne prowadzenie". Kilka tygodni później spotkałem Hermana na ślubie naszego wspólnego przyjaciela. Podszedłem do niego na pogawędkę. Widziałem, że czuł się bardzo niezręcznie - unikał kontaktu wzrokowego i przerwał rozmowę przy pierwszej lepszej okazji. Od tamtego czasu więcej ze sobą nie rozmawialiśmy.

Polityczna kariera Hermana toczyła się dalej. Został ministrem finansów rządu belgijskiego i wicepremierem, potem przewodniczącym Izby Reprezentantów i ostatecznie premierem. Nadal publikował swoje inteligentne intelektualne książki, ale zamiast bronić koncepcji dobra, obecnie bronił koncepcji "mniejszego zła". I zaczął też pisać haiku.

Dwa lata temu Belgia stanęła w obliczu najgłębszego politycznego kryzysu w swej historii. Kraj był na krawędzi załamania w następstwie orzeczenia Sądu Najwyższego z 2003 r., że istniejący okręg wyborczy Bruksela-Halle-Vilvoorde (BHV), obejmujący dwujęzyczną Brukselę i otaczające ją niderlandzkojęzyczne otoczenie Halle-Vilvoorde jest niezgodne z belgijską konstytucją i że parlament powinien znaleźć sposób naprawienia tego stanu rzeczy. Orzeczenie to było rezultatem skargi, że okręg BHV jest niegodny z konstytucją, gdyż powinien być on podzielony na dwujęzyczny okręg wyborczy Bruksela i niderlandzkojęzyczny okręg wyborczy Halle-Vilvoorde. Skarga ta została wniesiona przez flamandzkiego mieszkańca okręgu Halle-Vilvoorde... Hermana Van Rompuy.

W 2003 chrześcijańscy demokraci nie znaleźli się u steru rządów i Herman stał się przywódcą opozycji. Jego skarga konstytucyjna miała w swej intencji spowodować problemy polityczne rządu liberałów, który uchylił się od przeprowadzenia podziału okręgu BHV, ponieważ partie frankofońskie w rządzie belgijskim odmówiły uznania orzeczenia belgijskiego Sądu Najwyższego. Flamandzcy chrześcijańscy demokraci poszli więc do wyborów w 2007 ze swoim głównym hasłem wyborczym, że jeśli uzyskają władzę, doprowadzą do podziału okręgu BHV. Herman prowadził kampanię pod tym kątem i jego partia wygrała wybory i stała się najsilniejszą partią flamandzką w parlamencie.

Kryzys polityczny w Belgii ciągnął się od czerwca do grudnia 2007, ponieważ okazało się rzeczą niemożliwą powołanie rządu, składającego się z dostatecznej liczby ministrów niderlandzkojęzycznych (Flamandów) i frankofońskich (Walonów). Flamandowie domagali się, żeby BHV był podzielony tak, jak nakazał Sąd Najwyższy, Walonowie natomiast odmawiali zastosowania się do tego werdyktu. Ostatecznie flamandzcy chrześcijańscy demokraci dali za wygraną, sprzeniewierzyli się obietnicy wyborczej, jaką składali swoim wyborcom i zgodzili się przystąpić do rządu bez podziału okręgu BHV. Co gorsza, nowy rząd miał teraz więcej ministrów walońskich, niż flamandzkich i nie miał poparcia większości flamandzkiej w parlamencie, pomimo, iż Flamandowie stanowią 60 proc. ludności Belgii.

Herman został przewodniczącym parlamentu. Pełniąc tę funkcję nie mógł dopuścić, żeby parlament i znajdująca się tam większość flamandzka zagłosowała za ustawą o podziale BHV. Dopuszczał się w tym celu wszelkiego rodzaju chwytów. Pewnego dnia okazało się, że zamki w drzwiach wejściowych do sali posiedzeń zostały wymienione, tak iż parlament nie mógł zebrać się w celu przeprowadzenia głosowania w tej sprawie. Kiedy indziej przez cały tydzień Herman nie pojawiał się w swoim biurze tylko dlatego, aby uniknąć otwarcia listu, domagającego się wniesienia sprawy pod obrady. Jego taktyka sprawdzała się. W grudniu 2008, kiedy belgijski premier zmuszony był poddać się do dymisji w obliczu skandalu finansowego, Herman został nowym przywódcą rządu, w którym przeważali ministrowie frankofońscy i który nie jest reprezentatywny dla większości flamandziej kraju. Podczas ostatnich 11 miesięcy Herman z wielką zręcznością unikał jakiegokolwiek parlamentarnego głosowania w sprawie BHV, przeciągając w nieskończoność sytuację, którą Sąd Najwyższy, w odpowiedzi na wniesioną przez tegoż samego Hermana skargę w 2003 r., uznał za sprzeczną z belgijską konstytucją.

Obecnie Herman doszedł do przewodnictwa Europie. Podobnie jak Belgia, tak i Unia Europejska jest niedemokratyczną instytucją, która potrzebuje przebiegłych liderów, którzy są zdolni odrzucić wszystko, co kiedykolwiek głosili i którzy wiedzą, jak się narzuca narodowi decyzje wbrew woli narodu. Mniejsza o demokrację, moralność i rządy prawa, nasi lepsi wiedzą, co jest dla nas dobre, lepiej niż my sami. A Herman jest właśnie jednym z tych naszych lepszych. Przebył długą drogę od czasu, kiedy był zdegustowany polityką w belgijskim stylu.

Herman jest jak przebiegły czarownik z "Władcy pierścieni" Tolkiena, Saruman, który przeszedł na stronę przeciwnika. Kiedyś rzeczywiście było dla niego ważne to, co i dla nas. Ale nie trwało to długo. Teraz wybudował sobie wysoką wieżę, z której sprawuje nad nami wszystkimi swoją władzę.

________________________

Paul Belien jest autorem książki "Tron w Brukseli – Wielka Brytania, Saxe-Coburgowie i belgizacja Europy", Imprint Academic, Exeter (UK), Charlottesville, VA (US)


dodajdo.com