poniedziałek, 9 stycznia 2017

Józef Piłsudski (1929): "Nie dawałem pracować wszystkim trzem sejmom"




"NIE DAWAŁEM PRACOWAĆ WSZYSTKIM TRZEM SEJMOM" - Józef Piłsudski (1929)


W czerwcu 1929 r. wpadł do mnie do biura p. Marszalek Senatu dr. Szymanski i zaczął biadać nad tem, co się w Polsce dzieje. W rozmowie rzucił zdanie, że ja jeden mogę i powinienem mówić z Marszałkiem Piłsudskim. Odpowiedziałem, że po tych jego pismach wątpię, czy mnie przyjmie. P. Szymański pojechał do Sulejówka i po rozmowie z Marszałkiem powiedzial mi, że Marszalek Piłsudski gotów jest przyjąć. Miałem więc napisać list z zapytaniem, kiedy mogę złożyć wizytę.

W Belwederze wróciłem uwagę Marszałka Piłsudskiego

NA DWIE GŁÓWNE RZECZY.

Pierwsza: na początki kryzysu. Druga: na konieczność stworzenia większości w Sejmie, aby Sejm wraz z Rządem mógł kryzys przetrwać bez katastrofy.

Czy miałem wtedy rację? czy radziłem dobrze? - niechaj sądzi o tem społeczeństwo, które ugina się dziś pod brzemieniem kryzysu i zżyma się na "hocki-klocki" konstytucyjne, igrające sobie wśród morza nędzy ludzkiej.

W rozmowie w Belwederze padły wtedy słowa, od których mi się nieswojo zrobiło. Usłyszałem tam [od Piłsudskiego]:

"NIE DAWAŁEM PRACOWAĆ WSZYSTKIM TRZEM SEJMOM"

Po mojem ostrzeżeniu p. premier Świtalski pojechał rządowem autem na wakacje do Biarritz, wódz BB [Bezpartyjnego Bloku] p. Sławek także do Biarritz, a ja zostałem w parę miesięcy potem zbesztany i wyszydzony w artykule pt. "Gasnącemu światu". Przepowiednie p. Sławka spełniały się coraz dokładniej. Zemstą rozkoszowano się na zimno"

Ignacy Daszyński, Słowo do "waletów", Gazeta Robotnicza, Katowice, 5 czerwca 1930. s. 2.








dodajdo.com

czwartek, 29 grudnia 2016

Prof. Adam Strzembosz: Jeśli nie będzie państwa praworządnego, nikt z nas nie może spać spokojnie



Prof. Adam Strzembosz: Jeśli nie będzie państwa praworządnego, nikt z nas nie może spać spokojnie


Małgorzata Łaszcz: Panie profesorze, [prezydent Andrzej Duda mianował prezes Trybunału Konstytucyjnego] Julię Przyłębską, która jeszcze jako pełnąca obowiązki dopuściła do orzekania trzech sędziów, którzy zostali wybrani, mimo, że były te stanowiska już obsadzone i nie byli dopuszczeni przez prezesa Rzeplińskiego. Czy według pana profesora wyroki wydawane przez ten Trybunał, w tym właśnie składzie, będą miały moc prawną?

Prof. Adam Strzembosz: Moim zdaniem one będą miały moc prawną, jeżeli w składzie nie będzie tych trzech sędziów dopuszczonych w sposób zupełnie nieuzasadniony, do orzekania. Bo przecież mogą być pięcioosobowe składy, które będą się składać z sędziów wiarygodnych, legalnie znajdujących się w Trybunale Konstytucyjnym. Inne orzeczenia mogą być słusznie zakwestionowane i kiedy sprawa wpłynie - konkretna sprawa do konkretnego sądu - zawsze jedna ze stron może zakwestionować prawomocność orzeczenia Trybunału, na które powołuje się jedna ze stron.

M.Ł.: Właśnie, bo i sędzia Żurek z Krajowej Rady Sądownictwa mówi, że te wyroki, które właśnie będzie wydawał Trybunał właśnie z udziałem tych trzech sędziów, nie będą spełniać kryteriów orzeczeń Trybunału i również sędzia ze Stowarzyszenia Sędziów Justitia Krystian Markiewicz twierdzi, że właśnie może to doprowadzić do tego, że sędziowie będą ignorować wyroki Trybunału. Ale czy w takim razie mają powstać takie dwa porządki prawne, że będzie wyrok Trybunału, a sędziowie będą podczas rozprawy sprawdzać, który z tych trzech sędziów orzekał i będą to brać pod uwagę?

A.S.: To jest jedno, oczywiście. Może też być i taka sytuacja, że jedna ze stron w sprawie karnej czy cywilnej powołuje się na orzecznie, druga kwestionuje i teraz sędzia bada, już nie, czy samo orzeczenie jest orzeczeniem w legalny sposób wydanym i opublikowanym, tylko czy to orzczenie jest trafne. I wtedy w ramach tej tzw. rozproszonej formy sprawdzania zgodności ustaw i innych aktów prawnych z Konstytucją sędzia zajmie się argumentami, które były w tym orzeczeniu i może uznać, ż one są trafne i o n uznaje, że dany przepis jest zgodny lub niezgodny z Konstytucja, tak, jak to na ten temat wypowiedział się Trybunał, albo będzie miał przeciwne zdanie. Oczywiście to nie służy jednolitości orzecznictwa w Polsce. To podważa przez podważenie powagi Trybunału Konstytucyjnego również powagę orzeczeń sądownictwa, które staną się przedmiotem walki politycznej.

M.Ł.: Ale przecież w takim razie, jeżeli sąd wyda taki wyrok i osoba, która poczuje sie pokrzywdzona tym wyrokiem może powiedzieć: "ale zaraz, sędzia wydał wyrok sprzeczny z tym, co powiedział Trybunał Konstytucyjny. To ja się z tym wyrokiem nie zgadzam".

A.S.: Może też być inaczej: sędzia wydał wyrok zgodnie z orzeczeniem Trybunału w nieprawidłowym składzie, a strona odwołuje się do trybunału międzynarodowego i tam wygrywa sprawę, prawda? Tu będzie bardzo wiele sytuacji skomplikowanych i z dużym żalem patrzę na to, co w tej chwili się ma dziać w polskim wymarze sprawiedliwości.

M.Ł.: Minister Zbigniew Ziobro mówi, że sędziom, którzy będą tak postępować, czyli nie będą respektować tych orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, grozi odpowiedzialność dyscyplinarana i konsekwencje związane z nieprzestrzeganiem przepisów prawa, co sędziowie od razu uznali za ingerencję przedstawiciela władzy wykonawczej w ich sprawy.

A.S.: Na szczęście jeszcze nie pan minister Ziobro decyduje o treści orzeczeń dyscyplinarnych. Na [szczęście], jeszcze. Być może sytuacja się zmieni, no nie daj Boże. To wtedy byśmy się bardzo szybko zbliżyli do tych najgorszych wzorów historycznych, jakie wszyscy dobrze znamy.

M.Ł.: Ale obawia się pan profesor, że będzie tak, że minister będzie mógł?

A.S.: Można stworzyć takie jaczejki, które będą rozpoznawać zarzuty kierowane przeciwko sędziom nienależycie posłusznym, nienależycie dyspozycyjnym. Takie jaczejki znała przecież historia najnowsza i takie jaczejki mogłyby być uruchomione. No, nie wierzę, żeby mogło być aż tak źle.

M.Ł.: Ale czy to znaczy, że jak Zbigniew Ziobro mówi, że tym sędziom grożą dyscyplinarne postępowania, to on nie opiera się na istniejącym prawie?

A.S.: No, on może najwyżej spowodować wszczęcie takiego postępowania, oczywiście przy odpowiednich regulacjach prawnych, ale to nie minister sprawiedliwości jest sądem dla sędziów. Wprawdzie mówi się o powołaniu takich sądów ludowych, gdzie będzie tzw. czynnik społeczny, no, ten czynnik może być w różny sposób dobierany - znamy to znowu z historii - i wtedy prawdopodobnie spolegliwości tych sądów wobec pana ministra będzie większa, niż normalnych sądów dyscyplinarnych. Niemniej droga od złożenia oskarżenia przeciwko sędziemu do uzyskania orzeczenia sądu jest jeszcze, na szczęście, daleka.

M.Ł.: Panie profesorze, czy ta sprawa wokół Trybunału Konstytucyjnego - wiele osób mówi, że Trybunał jest sparaliżowany i do tego dążył PiS przez cały rok poszczególnymi ustawami i czekając, aż prezes Rzepliński odejdzie - czy teraz po to to wszystko byli, by właśnie nie przeszkodzić w planowanej reformie sądownictwa, o której mówi się bardzo głośno, chociaż nie znane są jeszcze szczegóły, ale sędzia Żurek mówił, że kilka miesięcu temu Zbigniew Ziobro na takim spotkaniu z nimi powiedział, że będzie bardzo głęboka.

A.S.: Jeżeli się z góry przewiduje, że reforma będzie nieKonstytucyjna, to rzeczywiście sparaliżowanie Trybunału było uzasadnione. Bo Trybunał broniłby jednak Konstytucji przed takimi działaniami. Byłoby rzeczą porażającą i naprawdę trudno byłoby zasnąć spokojnie, gdyby się okazało, że wprowadza się taki system sądownictwa, który zawiera elementy systemu nie sądowego, a policyjnego.

M.Ł.: A jak pan profesor przewiduje - z tego, co pan profesor słyszał - na czym będzie polegała reforma sądownictwa?

A.S.: Ja słyszałem tylko, że to ma być połączone z likwidacją sądów rejonowych, czyli byłyby tylko sądy okręgowe i sądy apelacyjne. Ponieważ wpływa do sądów 15-16 mln spraw, ok. 2,5 mln załatwia sąd elektroniczny w Lublinie, pozostaje ok. 13 mln spraw, jeżeli byłyby tylko dwie instancje, no to sąd apelacyjny musiałoby być parę czy kilka milionów spraw rozpoznawać, to są liczby absolutnie niemożliwe do przyjęcia, do zaaprobowania, a w pierwszej instancji mieliby takie same uprawnienia sędziowie ledwo co powołani na to stanowisko i sędziowie z trzydziestoletnim stażem. Ja nie wiem, czy ktoś z nas chciałby, żeby sędzia świeżo powołany do sądu okręgowego sądził sprawy o zabójstwa, wielkie afery gospodarcze itd. Nie mówię już o skomplikowanych sprawach cywilnych. A znowu, gdyby próbowano dzielić tych sędziów sądu okręgowego na lepszych i gorszych, na takich jak gdyby nr 1 i nr 2, to wtedy mielibyśmy już nie tylko naruszenie Konstytucji, ale najgorsze wzory, ponieważ w ramach jednego sądu byłyby dwie instancje i to, że ktoś jest sędzią w sądzie okręgowym właściwie niczego by nie znaczyło. Rolę odgrywałoby jedynie to, czy się sędzią okręgowym nr 1 czy tym ważniejszym sędzią nr 2, który rozpoznaje odwołania od orzeczeń sędziów nr 1.

M.Ł.: A czy minister Ziobro w jakiś sposób konsultuje swoją reformę ze środowiskim sędziowskim?

A.S.: No właśnie, dla mnie niezwykle zastanawiające jest i jak najgorszą prognozą to, że nikt z nikim niczego nie konsultuje. Jeżeli w styczniu ma już się wystąpić z jakimś konkretnym projektem, jeżeli to nie jest taki sobie pierwszy lepszy pomyślunek kilku ludzi, ale jakaś bardziej dojrzała koncepcja, to ona powinna przedtem być skonsultowana z Krajową Radą Sądownictwa, z Sądem Najwyższym, z jakimś zespołem procesualistów polskich, ludzi specjalizujących się w ustrojach sądów, nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. I wtedy taka koncepcja mogłaby być do zaakceptowania i przyjęcia. Bo jeżeli będzie tak jak z innymi ustawami, które już miały miejsce, które są po miesiącu czy po dwóch już nowelizowane, to na takim żywym organizmie, jakim jest sądownictwo, takich rzeczy wyprawiać nie wolno.

M.Ł.: Ale Prawo i Sprawiedliwość w takich sytuacjach odpowiada, że to są takie korporacyjne obawy, że sędziowie po prostu stracą swoje przywileje, właśnie teraz są obawy wśród sędziów, że będą przenoszeni do innych miast i wtedy oni będą przeciwko temu.

A.S.: Przeniesienie sędziego z miasta do miasta jest w tej chwili niemożliwe, ponieważ Konstytucja stanowi, że sędzia jest powoływany na określone stanowisko, a więc na określony szczebel sądu w konkretnym miejscu.

M.Ł.: ... się obawiają sędziowie.

A.S.: Wtedy trzeba by było najpierw zmienić Konstytucję. Jeżeli się natomiast dokona takich manipulacji bez zmiany Konstytucji, to będzie to wołalo o pomstę do Boga. Poza tym sędziów można oczywiście przenosić do innego sądu w przypadku reorganizacji wymiaru sprawiedliwości. Ale trzeba pamiętać, że znowu według Konstytucji i na podstawie doświadczeń międzywojennych zawarto przepis, który mówi, że sędzia, dla którego nie znalazło się miejsce w równorzędnym sądzie, przechodzi z urzędu w stan spoczynku i do końca osiągnięcia wieku 65, czy kobieta 60 lat, będzie pobierał pełne uposażenie sędziowskie.

M.Ł.: Panie profesorze, jeszcze wracając do Trybunału Konstytucyjnego, bo prezydent Andrzej Duda cieszy się, że teraz Trybunał dla czystej polityki mówił, że teraz będzie sprawnie działał, chciałby, żeby ten Trybunał był bardziej dynamiczny i mówił, że to Andrzej Rzepliński naruszał wielokrotnie Konstytucję i działał przeciwko praworządności.

A.S.: Nie mam żadnych związków z panem prof. Rzeplińskim, ale obserwując jego działalność widziałem, że cały czas broni Trybunału przed różnymi zakusami w imię Konstytucji i praworządności w Polsce. Nie byłbym mu w stanie przypisać żadnego działania, które by naruszało Konstytucję. Można by dyskutować nad paroma wypowiedziami, gdzieś tam w telewizji, ale naruszeń Konstytucji nie było. Natomiast twierdziłem to już parokrotnie, i to z wielką przykrością i zawodem, że pan prezydent Andrzej Duda już parokrotnie złamał Konstytucję. Dlatego nie ma właściwie tytułu moralnego, by oskarżać kogokolwiek innego o złamanie Konstytucji.

M.Ł.: Tak to wygląda? myśli pan panie profesorze, że Andrzejowi Rzeplińskiemu grożą jakieś sankcje?

A.S.: Żadne. Moim zdaniem w praworządnym państwie żadne. Jeśli nie będziemy mieli państwa praworządnego, nikt z nas nie może spać spokojnie, bo jak nie ma ochrony ze strony systemu prawnego, to rządzi siła, a nie prawo.

M.Ł.: Panie profesorze, a w Polsce jest jeszcze Trybunał Konstytucyjny?

A.S.: Są jego szczątki. To znaczy - są ci sędziowie, którzy zdecydowali się pozostać w Trybunale i którzy stanowią jakąś jego część, natomiast pani sędzia wybrana na prezesa...

M.Ł.: Pani Julia Przyłębska...

A.S.: ...pani Julia Przyłębska przez 6-ciu sędziów, w tym trzech nieuzasadnienie przez nią dopuszczonych do Trybunału, jest osobą, co do której można mieć bardzo poważne zastrzeżenia. Ja chcę zwrócić uwagę, że kiedy Trybunał w 9-osobowym składzie - zastrzegając, że nie jest to skład wymagany przez Konstytucję, ale wymuszony przez niestawienie się na posiedzeniu Trybunału trzech sędziów, rzekomo chorujących - jeżeli tych 9-ciu to było dla pana prezydenta za mało, to 6-ciu okazało się, że jest akurat, ilu trzeba.

M.Ł.: Bo teraz nowa ustawa, którą prezydent podpisał.

A.S.: A no tak, ale pan prezydent podpisał ustawę, co której powinien mieć zasadnicze zastrzeżenia. Bo przecież on jest obrońcą Konstytucji. On jest pierwszym obrońcą Konstytucji.

M.Ł.: Ale nie miał zastrzeżeń - wszystkie popisał.

A.S.: Ja już kiedyś powiedziałem, że pan prezydent jest niezwykle wybitnym prawnikiem, ponieważ błyskawicznie ocenia konstytucyjność lub nie- danej ustawy. Bardzo mu zazdroszczę. Ja takiej kwalifikacji nie posiadam.

M.Ł.: Bardzo dziękuję, panie profesorze.



prof. Adam Justyn Strzembosz - prawnik, sędzia, profesor nauk prawnych, wiceminister sprawiedliwości (1989–1990), pierwszy prezes Sądu Najwyższego i przewodniczący Trybunału Stanu (1990–1998).


dodajdo.com

środa, 21 grudnia 2016

Grzech polityczny "Prawa i Sprawiedliwości" zatacza coraz szersze kręgi



Tym wszystkim, którzy obecnie zarzucają Prawicy Rzeczpospolitej nielojalność w stosunku do Prawa i Sprawiedliwości, twierdząc, że swoje stanowiska zawdzięczają prezesowi Kaczyńskiemu, należy przypomieć, że to głównie Prawicy Rzeczpospolitej na mocy dwustronnego prozumienia PiS z 24 marca 2012 r. powstał szerszy blok wyborczy, który doprowadził do obecnych sukcesów PiS.

Niestety, zanim w ogóle doszło do samych wyborów 2015, okazało się, że wbrew uroczystym postanowieniom wspomnianego porozumienia 70 proc. prawidłowo zgłoszonych kandydatów Prawicy Rzeczpospolitej na listach PiS nie zostało zarejestrowanych przez komitet wyborczy PiS.

Zatem to nie Prawica Rzeczpospolitej, ale Prawo i Sprawiedliwość i prezes Jarosław Kaczyński osobiście okazali się zdrajcami wobec własnych koalicjantów, własnych sojuszników w chwili, gdy ci ostatni byli już niepotrzebni.

Oczywiście, można każdemu indywidualnie wytknąć różne, mniejsze, czy większe, mniej, czy bardziej rzeczywiste grzeszki z przeszłości, jednak wydaje się, że wspomniane sprzeniewierzenie się przez PiS umowie koalicyjnej z 2012 jest swego rodzaju kamieniem węgielnym obecnego, coraz bardziej zataczającego kręgi GRZECHU POLITYCZNEGO.





Marek Jurek: 70 proc. prawidłowo zgłoszonych kandydatów Prawicy Rzeczpospolitej nie zostało zarejestrowanych przez komitet wyborczy PiS


dodajdo.com

poniedziałek, 19 grudnia 2016

GADOWSKI IDZIE RĘKA W RĘKĘ Z TYMI, KTÓRZY NISZCZĄ SEJM I PODPALAJĄ POLSKĘ




Wyboraźmy sobie przez moment, co działoby się u nas w kraju, gdyby tak w swoim czasie marszałek Ewa Kopacz uniemożliwiła posłowi opozycyjnego PiS zadanie pytania przedstawicielowi rządu Donalda Tuska i wykluczyła go z obrad Sejmu. Co by było, gdyby PO z PSL zamknęliby się w Sali Kolumnowej, nie wpuszczając innych posłów opozycyjnych ani dziennikarzy, i tam bez kamer, w kameralnej atmosferze, nie dbając zbytnio o należne kworum, przegłosowywaliby zaplanowane przez siebie uchwaly i ustawy. Jaki to krzyk by się wówczas podniósl na calą Polskę jeśli nie cały świat o "miękkim totalitaryzmie", o gwałceniu praw czlowieka, itp., czyż nie?

Wtedy oczywiście bardzo wielu, włącznie z piszącym te słowa, uznałoby za całkiem uzasadnione wymówienie tak postępującym władzom posłuszeństwa.

Okazuje się jednak obecnie pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, że przywilej powołania się na konieczność obywatelskiego nieposłuszenstwa w razie łamiania przez władze praw podstwowych miałby przysługiwać jedynie niektórym obywatelom Rzeczypospolitej Polskiej, tylko jednej połowie Polski. Inni zaś Polacy - druga połowa Polski - mieliby zostać tego prawa pozbawienni. Ta druga połowa Polski, najprawdopodobniej tylko dlatego, że nie zagłosowała na PiS, miałaby być wyłącznie stygmatyzowana mianem wrażej agentury działającej na szkodę Polski. Ta druga, niechciana połowa Polski miałaby się stać swego rodzaju "Polakami wyklętymi", tylko inaczej.

Jak czytamy u Witolda Gadowskiego, patrz: Witold Gadowski: Trzeba zdać sobie sprawę z działań lewackiego terroryzmu. Instrukcje płyną z Niemiec ostatnie wydarzenia w Polsce, to "terrorystyczny bunt przeciwko państwu i należy przede wszystkim uświadomić obywatelom skalę zagrożenia i uświadomić obywatelom, że jest to działanie, mające na celu obalenie legalnego rządu i oddanie Polski pod całkowity zarząd Niemiec".

Gadowski zaleca w związku z tym władzom z ramienia PiS "beznamiętne, pozbawione brutalności "konsekwentne stosowanie prawa". Oczywiście nie przestrzegania prawa w ogóle i w każdym szczególe przez władze państwowe, ale tylko w stosunku do owych buntowników, zamachowców, dla odsunięcia od Polski zagrożenia owego lewicowego zamachu stanu, sterowanego, jak wynika z najlepszej wiedzy Gadowskiego, z Rubensstrasse w Berlinie.

Otóż należy stwierdzić z całą mocą, że Witold Gadowski wzywa w ten sposob w istocie do niczego innego, jak do dalszego bezprawia władz państwowych, i tym samym do realizacji katastrofalnego dla Polski scenariusza: właśnie do polskiego Majdanu, tym razem w stolicy Polski i w następstwie do rozlewu polskiej krwi, do nieuchronnej totalnej anarchii i destrukcji Narodu i Państwa - ku niewątpliwej najwyższej uciesze i satysfakcji tych wszystkich rzeczywistych wrażych sił, przed którymi zdaje się nas Gadowski tak sugestywnie przestrzegać i bronić.

W dzisiejszym, poniedziałkowym , "Fakcie" na pierwszej stronie wybite jest wielkimi literami:
"Politycy! Co wy wyrabiacie? Niszczycie Sejm! Niszczycie Polskę".

Niestety, Witold Gadowski, jako dziennikarz, zadaje się iść ręka w rękę z tymi politykami, którzy właśnie niszczą Sejm i podpalają Polskę.







dodajdo.com

piątek, 23 września 2016

Leon Chajn: Wymowne milczenie żydowskiej loży B'nai B'rith w przeddzień zagłady Żydów europejskich





"Gdybym wiedział, że możliwe będzie uratować wszystkie dzieci w Niemczech, wysyłając je do Anglii, a tylko połowę z nich wywożąc je do Ziemi Izraela, wówczas opowiedziałbym się za tą druga opcją."
(Ben Gurion na spotkaniu syjonistycznym w Wielkiej Brytanii w 1938 r.)



"Gdybym został poproszony, "Czy byłby pan łaskaw użyczyć pieniędzy UJA (United Jewish Appeal) dla ratowania Żydów, 'Powiedziałbym NIE! i jeszcze raz NIE!"
(Izaak Greenbaum - przewodniczący JARC (Jewish Agency Rescue Committee), 18 lutego 1943)



” Zadają mi pytanie: Czy jesteście w stanie przenieść sześć milionów Żydów do Palestyny? Odpowiadam: nie. Z tragicznej przepaści chcę uratować dwa miliony młodych… A starzy powinni zniknąć… Oni są pyłem ekonomicznym i duchowym w tym okrutnym świecie… Tylko młoda gałąź przeżyje."
(Chaim Weizmann, przewodniczący Światowej Organizacji Syjonistycznej w latach 1921-1931,1935-1946)










Leon Chajn: Wymowne milczenie żydowskiej loży B'nai B'rith w przeddzień zagłady Żydów europejskich *)




Pod wpływem wystąpień antysemickich w pierwszych latach XX wieku elementy syjonistyczne zaczęły domagać się od zakonu zmiany jego postawy wobec syjonizmu. Niemałą role w tym zakresie odegrały niektóre polskie loże, zwłaszcza małopolskie, gdzie w kołach inteligencji żydowskiej szeroko rozwijał się syjonizm. Loża "Solidarność" już na posiedzeniu w dniu 16 XI 1920 r. uznała, że poparcie dla Keren Hajesod (Fundusz Odbudowy Palestyny) stanowi święty obowiązek wszystkich braci, że w tej sprawie należy zwołać uroczyste zebranie i delegować przedstawiciela do prezydium zarządzającym tym funduszem. W dniu 4 I 1921 r. zapadła uchwała o opodatkowaniu członków loży "Solidarność" na rzecz Keren Hajesod, a 30 IV 1921 r. ukonstytuował się komitet Funduszu pod przewodnictwem dra Adera (wiceprezesem został dr Szymon Feldblum, sekretarzem - inz. Tobiasz Wexner).

Na pierwszym posiedzeniu Wielkiej Loży polskiego dystryktu 9 I 1924 r. uchwalono poparcie dla "sprawy odbudowy Palestyny" jako
"wspólny ponadpartyjny obowiązek każdego dobrego, z żydostwem współczującego Żyda, bez względu na jakiekolwiek odmienne przekonania religijne, polityczne i społeczne wśród żydów."

(...) Radykalny zwrot zakonu w kierunku prosyjonistycznym nastąpił w kwietniu 1925 r. na posiedzeniu Wielkiej Loży Konwencyjnej, która obradowąła w Atlantic City. Na wniosek II dystryktu przyjęto jednomyślnie rezolucję:
"Wielka Loża konwencyjna odnosi się z pełną sympatią do praktycznej pracy konstruktywnej, dokonywanej w Palestynie, zadaniem której to pracy jest uczynić w Palestynie bezpieczną i szczęśliwą ojczyznę dla Żydów, którzy pragną tam żyć i poleca się Wielkiej Loży Konstytucyjnej współdziałać z organizacjami, które uważa za najbardziej powołane do osiągnięcia tego celu."

(...) Na posiedzeniu "Wspólnoty pracy" 28 XII 1927 r. w Berlinie dr Ader wystąpił z inicjatywą propagowania języka hebrajskiego jako środka porozumiewania się Żydów i wskazywał na konieczność zajęcia pozytywnego stanowiska wobec problemu palestyńskiego, wobec haseł, które propaguje i urzeczywistnia syjonizm będący dzisiaj nie partią, ale ruchem ogólnożydowskim.

(...) Ścisły Komitet na posiedzeniu w dniu 9 X 1930 r., w związku z otrzymanym listem z biura Keren Kajemeth Leisrael (Żydowskiego Funduszu narodowego) z dnia 6 VI 1939 r., uczynił dalszy krok w kierunku syjonizacji zakonu i wezwał loże do do poparcia także tego funduszu.
Szczególnie bliskie stosunki łączyły zakon, a zwłaszcza polski dystrykt, z Żydowską Agencją [Jewish Agency]. Na zasadzie deklaracji angilskiego premiera, przywódcy Partii Konserwatywnej, Artura Balfoura, z dnia 2 XI 1917 r. Rada Ligi Narodów, ustanowiwszy 24 VII 1922 r. mandat nad Palestyną, powierzyła jej administrację Wielkiej Brytanii. W art. 4 mandatu przewidziane było utworzenie tzw. Jewish Agency jako korporacji prawa publicznego, która ma za zadanie współpracować z władzą mandatową w sprawach dotyczących założenia żydowskiej siedziby narodowej w Palestynie. Organami Agencji były: Rada, Komitet Administracyjny i Egzekutywa. Rada Agencji miała się składać w połowie z członków organizacji syjonistycznej i w połowie z niesyjonistów. W wyniku długotrwałych pertraktacji z Louisem Marschalem i Feliksem Warburgiem, rzecznikami niesyjonistycznej części żydostwa amerykańskiego, przedstawiciele organizacji syjonistycznej osiągnęli porozumienie co do form organizacyjnych i planów pracy przyszłej agencji. Ludność żydowska Polski miała za pośrednictwem 14 przedstawicieli uczestniczyć w niesyjonistycznej części rady. Na zgromadzeniu, które w Zurychu 14 VIII 1929 r. wybrało Radę liczącą 112 członków, z ramienia polskich niesyjonistów byli dwaj członkowie B'nei B'rith, dr Leon Ader i dr Samuel Goldflam (Warszawa).

(...) W składzie prezydium Reprezentacji Agencji w Polsce, liczącym 17 osób, zasiadało 10 człoków B'nei B'rith. Jeszcze większy wpływ mieli członkowie zakonu reprezentujący agnecję dla zachodniej Małopolski i Śląska. Ponadto na czele dyrektorium Keren Hajesod stanął poseł dr Thon.

Na posiedzeniu Generalnego Komitetu w dniu 21 V 1930 r. uchwalono rezolucję następującej treści:
"W obecnej dla odbudowy Palestyny tak ciężkiej i decydującej chwili jest obowiązkiem wszystkich stowarzyszeń B'nei B'rith w Polsce stanąć zwarcie po stronie Agencji Żydowskiej i jej organów i poprzeć z cąłych sił wszelkie jej usiłowania w kierunku zrealizowania praw nadanych Żydom deklaracją Balfoura i mandatem palestyńskim."

Zwrot zakonu ku syjonizmowi nie dokonywał się bez kontrowersji, a niekiedy i ostrych konfliktów. Zachowanie w tej sprawie materiały odzwierciedlają zatargi w przytłumionej poniekąd formie. Jeśli chodzi o stosunek do syjonizmu, polskie loże można podzielić na dwie grupy: pierwsza lansowała politykę syjonistyczna, druga przyjmowała tę politykę z nieukrywanym oporem. Do pierwszej grupy można zaliczyć loże w Krakowie, Warszawie, Lwowie, Stanisławowie, do drugiej - pozostałe loże. Loże pierwszej grupy mające swe siedziby w dużych ośrodkach miejskich, posiadały dominujący wpływ w kierownictwie polskiego dystryktu i w istocie ten fakt przesądzał o obliczu zakonu.







(...) Głęboki kryzys dotknął zakon, zwłaszcza zaś jego polski dystrykt, gdy w Niemczech do władzy doszedł Hitler, a w Europie pogłębiły się nacjonalistyczne i faszystowskie nastroje. Kapitulancka postawa zachodnich polityków wobec nazizmu i narastającej fali faszyzmu na politykę centralnego kierownictwa zakonu w Stanach Zjednoczonych i w Europie zachodniej, związanego różnymi nićmi z zachodnią elitą władzy. Postawa bierna i wyczekująca musiała wywołać ostry sprzeciw mas ludowych, w tej liczbie i mas żydowskich, szczególnie zagrożonych polityką gwałtów i mordów, dokonywanych przez hitlerowców na Żydach.

Wzmagający się kryzys w polskim dystrykcie najlepiej obrazuje dyskusje i tarcia w czasie posiedzeń różnych organów zakonu. Polskie loże domagały się, by zakon zajął stanowisko wobec wydarzeń w Niemczech. Na doraźnie zwołanym spotkaniu w dniu 6 VI 1933 r. w Krakowie z udziałem [Leona] Adera, [Ozjasza] Thona, i dra [Michała] Ringla, ustalono, że B'nei B'rith w Polsce nie powinien działać samodzielnie, dopóki nie uzyska opinii prezydenta zakonu Alfreda Cohena i kierownictwa niemieckiego dystryktu. Pod niesłabnącą presją lóż Ścisły Komitet zdecydował się zwołać posiedzenie "Wspólnoty Pracy". Prezydent czechosłowackiego dystryktu, w którego gestii leżało wówczas zwoływanie posiedzeń, uzależnił spełnienie tego obowiązku od udziału reprezentantów dystryktu niemieckiego. Okazało się jednak, że kierownictwo VIII [niemieckiego] dystryktu nie "życzy sobie protestów zagranicznych Wielkich Lóż" i apeluje tylko o pomoc materialną.

Dystrykt niemiecki, czechosłowacki i angielski (sir Samuel Herbert) opowiedziały się przeciw organizowaniu wystąpień B'nei B'rith. Sprawozdania otrzymywane z Berlina i łagodny ton niemieckiego miesięcznika "Ordens B'nei B'rith Mitteilungen" z lutego-marca 1933 r. pozostawały w jaskrawej sprzeczności z faktyczną sytuacją i relacjami poznańskiej "Amicitii", która skierowała swojego przedstawiciela do granicznej stacji Zbąszyń, gdzie masowo przybywali uciekinierzy-Żydzi z Niemiec. Podjąwszy szereg postanowień co do materialnej pomocy dla reemigrantów i wezwawszy loże do organizowania komitetów pomocy i zbiórek pieniężnych, Ścisły Komitet wydelegował dra Adera do Pragi, aby w bezpośrednich rozmowach z Josephem Popperem i Moritzem Schnablem (Wiedeń) ustalił, czy i jak ma się tym zająć "Wspólnota Pracy". Wobec tego, że niemiecki dystrykt dalej nie życzył sobie zajęcia się tą sprawą, uczestnicy praskiej konferencji uznali za bezcelowe zwoływanie "Wspólnoty" bez udziału najbardziej zainteresowanych, tj. członków VIII dystryktu. Problem skomplikował się jeszcze bardziej, gdy w nadesłanym z Ameryki kwietniowym numerze "B'nei B'rith Magazine" nie znaleziono wiadomości na temat sytuacji w Niemczech. Część działaczy polskiego dystryktu wypowiadała się jednak za potrzebą wyrażenia "głośnego i ostrego protestu", albowiem, ich zdaniem, chodziło przede wszystkim o "interes całego żydostwa". a nie o ewentualne wyrządzenie szkody niemieckiemu dystryktowi. inni uważali, że protest polskiego dystryktu bez wystąpienia Pragi, Wiednia i Londynu, zwłaszcza zaś Waszyngtonu, nie będzie miał dostatecznej wymowy: B'nei B'rith jest związkiem światowym i należy działać wspólnie. Co więcej, zwolennicy wstrzemięźliwej taktyki byli przeciwni oficjalnemu udziałowi zakonu w utworzonym przez gminy żydowskie komitecie pomocy dla uchodźców i w konferencji zwołanej do Warszawy na 23 IV 1933 r. przez szereg organizacji żydowskich.

4 VI 1933 r. Wielka Loża skierowała do "Solidarności" list, w którym czytamy:
"W sprawach tych nie wolno nam kierować się jedynie naszym naturalnym uczuciem i w tej dla naszego Zakonu i losów jego decydującej sprawie staramy się poznać zdania, przekonani i życzenia wszystkich decydujących władz i organów Zakonu. [...] Prosimy Kochanych Braci, aby - aż do odwołania - na zewnątrz nie ogłaszali oświadczeń, które mogłyby uchodzić jako oficjalne deklaracje naszego Zakonu lub jego władz."[27]

Podobny list przesłano do "Braterstwa" z prośbą, "aby naturalnemu swojemu oburzeniu i ciężkiej trosce o losy całego żydostwa zechcieli nie dawać wyrazu na zewnątrz", dopóki nie nastąpią decyzje "osobistości do tego najbardziej powołanych".[28]

Stanowisko zwolenników wyczekiwania spotkało się z ostrym atakiem polskich lóż. Loża "Leopolis" w liście z 27 IV 1933 r. pisała:
"Dalsza nasza neutralność wykluczona". Członkowie "Solidarności" na posiedzeniu w dniu 24 IV 1933 r. zażądali zwołania w najkrótszym czasie Zgromadzenia Reprezentantów lóż, aby ustosunkowało się ono do wydarzeń. Na tymże posiedzeniu zgłoszono nawet wniosek o wystąpienie dystryktu ze "Wspólnoty". "Amicitia" domagała się "wystąpienia na zewnątrz z największą energią". "Montefiore" żądała zwołania posiedzenia "Wspólnoty", aby zamanifestować "nieprzejednane" stanowisko polskich lóż.

Relacjonując przebieg kolejnego posiedzenia "Solidarności" adw. Dawid Süskind mówił na zebraniu Generalnego Komitetu w dniu 7 V 1933 r.:
"[...] Zakon nasz wobec wydarzeń nie stanął na wysokości zadania [...], nie sprostaliśmy obowiązkom [...], długo zakon milczał [...], odczuwamy żal do zakonu [...]. Prośba VIII dystryktu nie może wchodzić w rachubę i być miarodajną, bo wszelkie enuncjacje Żydów niemieckich [...] są pod naciskiem rządu Hitlera. Loże niemieckie są stracone, chodzi o żydostwo całego świata. Wiemy, że nasz rząd przez szereg tygodni bardzo energicznie występował w obronie Żydów niemieckich. Od pewnego czasu nie ma o tym ani słowa. Wiadomo, że Hitler przyjął Wysockiego. a Beck posła niemieckiego i że omawiano wzajemne stosunki. [...] Niepokój wywołuje stanowisko żydów angielskich. W parlamencie odbyła się poważna dyskusja na temat wydarzeń w Niemczech, a komitet żydowsko-angielski jest przeciwko zbiorowej akcji żydostwa. Do czego zmierza ta polityka tłumienia? Mówią, ze kapitał angielski i amerykański boi się, aby w Niemczech nie stracić swoich pieniędzy, i dlatego tłumi odruch, który ma ratować przed zagładą."

Głosy, które usiłowały reprezentować umiarkowanie i wstrzemięźliwość (Robinson: "Dobrze, że zakon zbierał siły i milczał. Nie wolno szkodzić lożom niemieckim przez wystąpienia w ich interesie, ale wbrew ich woli. Działać z rozwagą, nie stać nas na wojnę otwartą"), okazały się w mniejszości. Mimo "zdziwienia Adera zbyt radykalnym stanowiskiem niektórych mówców" ("ludzie są obecnie rewolucjonistami, odnoszę to m.in. do osoby naszego kochanego brata Rafała Landaua"), mimo jego apeli ("Główną podstawą naszego zakonu jest współdziałanie wszystkich dystryktów") zebrani uchwalili zasady zdecydowanie aktywnego działania i zobowiązali Adera, aby z całą siłą bronił tego stanowiska na posiedzeniu "Wspólnoty Pracy", które zostało zwołane do Marienbadu na 13-14 V 1933 r.

Gdy "Wspólnota" odrzuciła polskie wnioski, w polskich lożach zawrzało, a na Zgromadzeniu Reprezentantów w dniu 19 VI 1933 r. Fryderyk Reichmann stwierdził, że "brak reakcji to brak sił młodych we władzach naszego zakonu. [...] Wiekowi już prezydenci i naczelnicy władz naszego zakonu powinni przybrać sobie siły młodsze i energiczniejsze"...

Ader zrozumiał, pod czyim adresem zostały wypowiedziane te słowa krytyki, i wystąpił z propozycją... przeniesienia siedziby Wielkiej Loży do Warszawy.






Zgromadzenie Reprezentantów przyjęło końcową rezolucję następującej treści:
"Dystrykt XIII jednomyślnie daje wyraz swojemu zapatrywaniu, że dotychczasowe stanowisko "Wspólnoty Pracy" nie odpowiadało całej tragice losów Żydów niemieckich. Nie należy spuszczać z oka ani nie wolno zapominać, że teraz już nie rozchodzi się o byt lub niebyt 600 000 Żydów w Niemczech, lecz chodzi obecnie o egzystencję żydostwa we wszystkich krajach europejskich. Zwracamy się, w uwzględnieniu tej okoliczności, do "Wspólnoty Pracy" z prośbą i wezwaniem o zrewidowanie dotychczas zajmowanego stanowiska i uwzględnienie, że w przeciwnym razie idea B'nei B'rith w krajach o największych skupieniach żydostwa mogłaby bardzo ucierpieć, a nawet doznać wstrząśnienia w oczach opinii publicznej. Wielka Loża w Polsce zwraca się do Czcigodnego Komitetu Egzekutywnego w Cincinnati z usilną prośbą [...], aby wedle możliwości wszystko uczynił, by zapobiec i wstrzymać grożącej katastrofie. Również prosimy, aby nie omijać odwoływania się do opinii publicznej i do rządów wszystkich państw, gdyż chodzi o losy żydostwa w całym świecie, a zastępując 3 000 000 Żydów w Polsce, widzimy jasno i odczuwamy, jakie znaczenie miałoby zwycięstwo hitleryzmu i jaką bezdeń poniżenia i nieszczęść ściągnęłoby to na Żydów całego świata."

W dniach 29 X - 1 XI 1933 r. odbyła się w Londynie konferencja w sprawie pomocy dla niemieckich Żydów; brali w nie udział prezydent zakonu A.M. Cohen i sekretarz dr J.M. Rubinow. Jak wynika z nadesłanego do Polski sprawozdania, konferencja "przeszła z zupełnym milczeniem nad sentymentalnymi metodami parad protestacyjnych [...], do których masy, kierujące się naturalnym oburzeniem, były skłonne przywiązać tak wielkie znaczenie". Hasłem konferencji było "Less talk and more action" ("Mniej słów, a więcej czynu").

O "realizmie" w ocenie powstałej sytuacji przez czołówkę światowego żydostwa może świadczyć opinia prezesa Wszechświatowej Egzekutywy Syjonistycznej, Nachuma Sokołowa. Ambasador RP w Londynie Konstanty Skirmunt w raporcie politycznym nr 10 z 7 IV 1933 r. do MSZ podawał:
"P. Sokołów jest zdania, że najostrzejsza faza wybryków antyżydowskich w Niemczech minęła".

I dalej, w sprawie bojkotu Żydów:
"P. Sokołów jest zdania, że Niemcy walkę w końcu przegrają - gdyż, jak mówił - "jesteśmy dość silni, aby do tego doprowadzić""[29]

Charakterystyczny był list, jaki kierownictwo polskiego dystryktu wysłało dla uspokojenia nastrojów w loży "Solidarność" w rok po dojściu Hitlera do władzy. W liście datowanym 26 III 1934 nr 8693/A/Rt czytamy:
"Z zupełnie wiarygodnego źródła otrzymaliśmy wiadomość, że Wielka Loża dystryktu VIII pracuje i nadal bez przeszkody i że mylne jest przypuszczenie, jakoby w biurach Wielkiej Loży miała mieć miejsce rewizja. W dystrykcie VIII żadnej loży nie rozwiązano. a tylko niektórym lożom zarekwirowano lokale [...]. Z innej również zupełnie wiarygodnej strony otrzymaliśmy wiadomość, że pomijając kilka zdarzeń czysto lokalnej natury nie można podnosić zarzutu przeciw zarządzeniom władz."

Wypadki w Niemczech i w Europie potoczyły się tak szybko, że kryzys, jaki rozpoczął się w polskim dystrykcie, pogłębiał się z każdym rokiem. Kierownictwo zakonu przez niemal pięć lat nie zwoływało posiedzeń Komitetu Generalnego. W dwuletnich odstępach odbywały się jedynie posiedzenia Zgromadzenia Reprezentantów, w czasie których stwierdzano, że w lożach nic pozytywnego, stosunki naprężone i pozbawione celowego działania".[30] Wizja utraty wszelkich walorów atrakcyjności "idei B'nei B'rith" nawet w bardzo ograniczonych kręgach dotychczasowych jej zwolenników, rekrutujących się głównie z kół plutokracji żydowskiej, zaczęła się w pełni urzeczywistniać. Dr Ader relacjonując sprawozdanie, jakie 11 II 1935 r. przesłał do Cincinnati, zmuszony był przyznać, że w lożach występują "pożałowania godne rozdrażnienia" i obserwuje się "pozostawanie w martwym punkcie spraw zakładania nowych lóż, wydawanie własnego organu". Stwierdził też, że "nasz dystrykt nie może wykazać się postępem".

Jeszcze gorzej wypadł ten bilans po upływie dalszych trzech lat. Na posiedzeniu Komitetu Generalnego w dniu 20 II 1938 r. odnotowano
"[...] słabą frekwencję na posiedzeniach lóż, stale przychodzi połowa, druga zaniedbuje, lekceważy. Część nie płaci składek. Nuworysze kilka lat temu uważali za zaszczyt należenie do lóż - dziś nie przywiązują wagi. Regeneracja musi nastąpić od wewnątrz. [...] Lepsze do tego są loże mniejsze z doborowymi członkami aniżeli hołdujące zbytniemu liberalizmowi w przyjmowaniu członków"

...




Trzeba było hitlerowskiego kataklizmu, aby większość członków zakonu uświadomiła sobie, jaką wartość miały ich związki z zachodnimi dystryktami i czyim interesom te dystrykty służyły. Organizowanie protestów, akcji przeciwdziałających pochodowi hitleryzmu w Europie natrafiały na opór dystryktów zachodnich, powiązanych z miejscowym kapitałem i z macierzystymi ośrodkami władzy politycznej, obawiających się narażenia na szwank swych interesów zakotwiczonych w nazistowskich Niemczech.

Więzy "braterskiej" solidarności nie wytrzymały próby życia wobec przeciwstawnych więzów klasowych. Polski dystrykt w momencie dojścia Hitlera do władzy w 1933 r. został osamotniony i zbliżał się do całkowitego ideowo-organizacyjnego bankructwa.



Przypisy:
27. Archiwum Państwowe Kraków i Woj. Krak. 7382/A/Rt
28. Tamże, 7374/A/Rt.
29. AAN - Ambasada RP w Paryżu, teczka 303, s.135-136.
30. Wystąpienie Reichmanna na posiedzeniu w dn. 24 III 1935.


*) Leon Chajn, Wolnomularstwo w II Rzeczypospolitej, Czytelnik, Warszawa, 1975. s.535-557, 575.



dodajdo.com

poniedziałek, 12 września 2016

Prof. Shlomo Avineri wpada w gniew



„Ponad trzy miliony Żydów zginęło w Polsce i Polacy nie będą spadkobiercami polskich Żydów. My nigdy na to nie pozwolimy. (...) Będziemy im to powtarzać dopóki Polska ponownie nie zamarznie. Jeśli Polska nie zaspokoi żydowskich żądań będzie publicznie atakowana i upokarzana na forum międzynarodowym”. (Israel Singer, sekretarz generalny Światowego Kongresu Żydów)


Prof. Shlomo Avineri wpada w gniew


Shlomo Avineri jest profesorem nauk politycznych na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie oraz członkiem Izraelskiej Akademii Nauk. Jak sam stwierdza, przybył do Palestyny z rodzicami tuż przed wybuchem II wojny św. podczas gdy reszta jego rodziny pozostałej w Polsce zginęła podczas zagłady. Przedstawia się jako przyjaciel Polski, wielokrotnie odwiedzający nasz kraj, znający polski język, historię i kulturę, w przeszłości wykładowca Uniwersytetów Warszawskiego i Jagiellońskiego, członek Polskiej Akademii Sztuki, autor publikowanych w Polsce książek i artykułów. Jako taki, dowiedziawszy się o zmianach w polskim prawie i w polskiej polityce historycznej, prof. Shlomo Avineri wpada w gniew ("I understood – but was also furious)". *)



Avineri jest przy tym nawet skłonny uznać do jakiegoś stopnia podnoszoną przez stronę polską kwestię tzw. "polskich obozów zgłady". Zaznacza jednak natychmiast, że Polska przez penalizację przypadków zniesławiania narodu polskiego upodabnia się do "niedemokratycznych reżimów", ponieważ (jego zdaniem) kwestia ta powinna być przedmiotem nie kryminalizacji, ale "częścią dyskursu publicznego, wyjaśnień historycznych, kontaktów dyplomatycznych, edukacji".

Co wzbudza jego, przyjaciela Polski, autentyczną furię, jest informacja, że mogłyby ponownie zostać zbadane przez rząd warszawski okoliczności śmierci Żydów, mieszkańców Jedwabnego w 1941 r., ustalone jednoznacznie i podane do wiadomości światowej opinii publicznej przez historyka Jana Tomasza Grossa. W przypadku Jedwabnego kończy się prof. Avineriego skłonność do "dyskursu, wyjaśnień historycznych", a być może nawet przetargów i negocjacji polityczno-dyplomatycznych - dla izraelskiego naukowca, przyjaciela Polski ta sprawa zdaje się być na zawsze ostatecznie wyjaśniona i nie podlegająca jakiejkolwiek dalszej dyskusji.

Cóż w takiej sytuacji może zrobić niezawodny przyjaciel Polski z Izraela, kiedy widzi, że rząd w Warszawie usiłuje dokonać rewizji uznanego już wcześniej przez przez obie strony obrazu historii, oprócz uczucia furii, jak go ogarnia? Może uświadomić sobie, a przy okazji polskim przyjaciołom państwa leżącego w Palestynie, jak też całej światowej opinii publicznej, że istnieją jakoby pewne niedopowiedzenia, pewne pytania dotyczące polskiej historii, które to pytania nie były przez stroną izraelską dotąd poruszane, "głównie ze względu na uznanie straszliwego cierpienia narodu polskiego w czasie II wojny światowej", a które być może warto byłoby w zaistniałej sytuacji odświeżyć i przypomnieć.

Jakie to kwestie? Prof. Avineri dostrzega ich znaczną liczbę. Po pierwsze - "dlaczego polska podziemna nie powstała przeciwko okupacji niemieckiej w ciągu ostatnich czterech lat" niemieckiej okupacji? Po drugie - "dlaczego polskie podziemie nie próbowało zakłócić systematyczną eksterminację trzech milionów Żydów, wszystkich polskich obywateli, przez Niemców"? Po trzecie - "dlaczego Polska podziemna stała bezczynnie, podczas gdy niedobitki 300.000 żydowskich mieszkańców Warszawy wznieciły powstanie przeciwko okupantowi"? (Avineri jest przekonany, że możliwe było w dowolnym czasie nie tylko o powstanie w Warszawie, ale i powstanie powszechne, w całej Polsce.) Pytanie to za chwilę uzyskuje postać "dlaczego "nie zrobiono nic, aby zapobiec zorganizowanemu zabójstwu trzech milionów Żydów polskich lub ułatwić powstanie w getcie"? Po czwarte - "dlaczego polski rząd nie zgodził się na wejście wojsk radzieckich [komunistycznych] na terytorium Polski w celu wypędzenia Niemców"?

Zdaniem izraelskiego naukowca, specjalisty od nauk politycznych, tylko z tego jednego powodu, polskiej awersji do ZSRR można było uniknąć II wojny światowej: nie byłoby paktu Ribbentrop-Mołotow, powstałaby antyhitlerowska koalicja, a w związku z tym także "Holocaust nie miałby miejsca".

Jak widać, niektórzy izraelscy przyjaciele Polski dysponują przebogatym arsenałem środków "perswazji" w obronie dotychczasowego status quo, utrwalonego orzecznictwa, by tak rzec, w sprawach żydowskich - czy to Jedwabnego 1941, czy rzekomego "pogromu kieleckiego" z lipca 1946 r. Profesor nauk politycznych Uniwersytetu Hebrajskiego zdaje sobie świetnie sprawę, że pytania w rodzaju "co by było, gdyby" można mnożyć w nieskończoność, a przy tym nie istnieje na nie odpowiedź jednoznacznie negatywna.

Powiedzmy sobie otwarcie - nie chodzi tu zresztą o odpowiedź, ale o mnożenie w nieskończoność pytań bez odpowiedzi, pytań insynuacji. Można więc bezkarnie, bez obawy o polską sankcję karną wsączać w świadomość mniej zorientowanej w sprawach żydowskich światowej opinii publicznej, w tym zwłaszcza żydowskiej, przekonanie, iż Polacy mogli rzekomo uczynić bardzo wiele, aby uratować Żydów od zagłady, mogli nawet całkowicie nie dopuścić do zagłady, a nie zrobili praktycznie nic. Właściwie nawet więcej, niż nic - swoją katastrofalną decyzją o niewpuszczeniu wojsk bolszewickich na polskie terytorium, wedle tej optyki, sprowadzili na Żydów całe nieszczęście zagłady.

Na niewiele zda się najprawdopodobniej oficjalna polska argumentacja, że Polska nie mogła po prostu abdykować, rozwiązać się, anihilować jako państwo na samą jedynie wieść o ewentualnej możliwości agresji ze strony Niemiec. Daremne też będą zapewne wszelkie polskie zapewnienia i tłumaczenia, że jakiekolwiek polskie powstanie pod niemiecką okupacją bez możliwości bezpośredniego wsparcia aliantów byłoby tylko i wyłącznie dołożeniem do zagłady żydowskiej zagłady narodu polskiego.

Na zrozumienie jednak tych kwestii nie mamy specjalnie co liczyć. W cywilizacji żydowskiej bowiem nie liczy się prawda historyczna o danych zdarzeniach, ani realia polityczno-społeczne, czy militarne, ale ważna jest głownie i przede wszystkim konkluzja moralna, kwalifikacja prawna czynu, czy braku czynu, postawy zaniechania, jaka z danej narracji w świetle żydowskiego prawa religijnego wypływa.

W tym kontekście niezwykle symptomatyczna wydaje się wypowiedź jednej z żydowskich uczestniczek którejś z licznych konferencji na temat żydowskiego holocaustu z lat 1996-1997. Wyraziła się ona mniej więcej w ten sposób, że "my Żydzi, widząc, że was Polaków wiozą na zagładę, rzucilibyśmy się i zębami rwalibyśmy szyny, po których wieziono by was do Oświęcimia".

Widać zarówno z powyższych pytań prof. Avineri, jak i z ostatniej wypowiedzi, jak wielka, wręcz poza jakąkolwiek dyskusją była, jest i z pewnością pozostanie w oczach strony żydowskiej rzekoma polska wina w stosunku do Żydów.

Można oczywiście machnąć ręką czy wzruszyć ramionami na całą tę chucpę, przybraną w pozory obiektywizmu i przyjaźni, bo na inne miano to całe dążenie Avineriego do prawdy historycznej właściwie nie zasługuje. Nie należy jednak przy tym równocześnie zapominać, że naród żydowski jest narodem poważnym, a naród poważny nie rzuca słów na wiatr. A już zwłaszcza oskarżeń o zbrodnie w stosunku do siebie.

Nie można też ani na chwilę zapominać, że
"...Stale powiększa się grupa żydowskich i nie tylko żydowskich fałszerzy historii, którzy korzystając ze społecznej aury nadawanej tzw. ocalałym z Holokaustu, piszą książki, jeżdżą z pogadankami, występują w radio, telewizji i opowiadają najczęściej zmyślone historie o czasach wojny i swoim w niej udziale. Ich działalność jest nagłaśniana przez Przemysł Holokaustu, który nie interesując się prawdziwym przebiegiem II Wojny Światowej, ale dąży do całkowitej kontroli nad debatą historyczną i do czerpania różnego rodzaju korzyści, w tym roszczeń finansowych."
(Elie Wiesel - oszust stulecia? Myśl Polska, nr 37-38 (11-18.09.2016)

Wreszcie, nie od rzeczy także będzie wziąć pod uwagę, że prof. Shlomo Avineri jest aktualnie osobiście zaangażowany w rewitalizację myśli żydowskiego XIX w. filozofa Mojżesza Hessa, "Czerwonego Rabina", żydowskiego ideologa który, jak twierdzą niektórzy biografowie, "nawrócił Marksa i Engelsa na komunizm", a Teodora Herzla zapłodnił ideą syjonizmu. Hess głosił ponadto, że marksistowska (komunistyczna) walka klas jest problemem wtórnym, natomiast pierwszoplanowym jest walka ras i cywilizacji oraz dążenie do spełnienia przez rasy misji, danej im przez Opatrzność. Jako skutek narodowego odrodzenia Izraela w jego pradawnej ojczyźnie
"religijny geniusz żydów będzie, niczym legendarny gigant, czerpał nową moc przez nauczanie Matki Ziemi [wszystkich narodów świata - przyp. J.R.], ożywiany świętym duchem Proroków".
(Mojżesz Hess: Święta historia ludzkości i inne dzieła, 2004)

Wszystko to biorąc pod uwagę można z dostateczną pewnością powiedzieć, że jest właściwie jedynie kwestią czasu, kiedy absurdalne zarzuty Avineriego o rzekome polskie współsprawstwo z Niemcami w żydowskiej zagładzie, choćby tylko początkowo tylko pośrednie, tylko w postaci łagodnych napomnień i insynuacji jedwabnych rękawiczkach, spadną w pewnej chwili nam na głowy jak kamienna lawina w postaci jak najbardziej rzeczywistego publicznego aktu oskarżenia. Czy raczej procesu eskalacji oskarżania i upokarzania. Być może nie od razu, zapewne dopiero w jakiejś przyszłości, w świetle przyszłego jeszcze "sprawiedliwszego" prawa międzynarodowego, w jakimś nowym wspaniałym ładzie światowym, w którym niekoniecznie będziemy mieli do powiedzenia tyle, ile nam się zdaje obecnie. Na początek wystarczy, że w światowej opinii publicznej zakorzenią się jako pewniki - coś zupełnie naturalnego, oczywistego, nie budzącego niczyich większych wątpliwości.

Może zatem powtórzyć się à rebours historia, w której jednak tym razem to my, Polscy, staniemy się przedmiotem osądu "historii" - procesu nadzorowanego tym razem nie z Norymbergi, Bonn, Londynu czy Waszyngtonu, ale z Jerozolimy. Jeżeli nie podejmiemy właściwych kroków zapobiegawczych, przeciwdziałających rozsadnictwu insynuacji i fałszywych oskarżeń przeciwko Polsce, przeciwko narodowi polskiemu, możemy liczyć się z tym, że znajdziemy się niebawem dokładnie w tej samej sytuacji, w jakiej znaleźli się Żydzi w II RP w przededniu II wojny światowej. Nie wiadomo, czy będziemy mogli skarżyć się głośno na krzyczącą niesprawiedliwość świata, czy już tylko milcząco znosić palącą gorycz powszechnej pogardy i upokorzenia.


*) Shlomo Avineri Quo Vadis, Poland, Ha'aretz, 3.09.2016


dodajdo.com

środa, 24 sierpnia 2016

Rozkaz Józefa Piłsudskiego, Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych (Wojska Polskiego), "O łączności"






Warszawa, dn. 27.III.1929 r.
Ściśle tajne

GENERALNY INSPEKTOR SIŁ ZBROJNYCH
L.dz. 465/tjn/B.I
16

Do
Szefa Sztabu Głównego,
obu Wiceministrów Spraw Wojsk.,
wszystkich Panów inspektujących wojska,
wszystkich dowódców dywizji piechoty i ich zastępców
oraz do wszystkich oficerów przykomenderowanych do dowództw dywizji dla łączności, szefa brygady łączności i dowódców batalionów łączności przy drugim Wiceministrze i do dowódców obozu łączności w Zegrzu


O łączności

W tym roku do dowódców dywizji piechoty przydzieliłem jako część integralną dowództwa oficerów łączności. Nie mogę nie zwrócić uwagi na ten fakt stanowiący wyłom w dotychczasowej dostatecznie idiotycznej pracy konstrukcyjnej w stosunku do wojska. Łączność w wojsku podczas wojennych wypadków jest taką samą bronią, jak armata, karabin maszynowy, jak kuchnia polowa, jak wóz amunicyjny kompanii. Jest nawet więcej i więcej znaczy dla działań wojennych niż te wszystkie wymienione rodzaje służb czy broni. Bez łączności bowiem nie ma i być nie może skoordynowanej pracy wojska, nie ma złączenia wysiłków krwawych żołnierza dla odniesienia zwycięstwa i krew ludzka leje się darmo, leje się niepotrzebnie, tak jak w jakiejś awanturze karczemnej bezcelowo i bez żadnej korzyści dla celu postawionego wojsku szukania zwycięstwa nad nieprzyjacielem. Dlatego też powtarzać zawsze będę, że lepsza jest dobra łączność niż armata, niż karabin maszynowy, niż kuchnia polowa i wóz amunicyjny. Moje określenie, które stale przy grach wojennych powtarzam, jest, że wojsko bez pracy nad łącznością staje się zwyczajną dziwką szukającą awantur miłosnych po różnych lasach i pagórkach, bez żadnej korzyści dla wojny oprócz zadowolonej rozdziwaczonej pindy.

Jest to stara i prawdziwa prawda, że oficer, który najmniejszą częścią wojska dowodzi, musi być tak zrobiony, iż zupełnie mechanicznie, nie myśląc specjalnie o tym, szuka połączenia siebie a) z dowódcą wyższym, który nim dowodzi, b) z sąsiednimi grupami, ażeby zdobyć wspólną prawdę wspólnego bezpieczeństwa tak, aby darmo i niepotrzebnie ludzkiej krwi nie przelewać, to znaczy, iż oficer przedtem nim zje, zanim napije się herbaty, nim w ogóle odpocząć sobie pozwoli, musi najzupełniej mechanicznie, nie starając się zupełnie o to, upewnić siebie, czy dostatecznie urządził połączenie siebie w należytych kierunkach. I jest wszystko jedno, czy wojska idą w swoim wojennym rozwoju od objęcia przestrzeni widocznej gołym okiem, zatem z połączeniami łatwymi, dla których wystarczą nogi ludzkie i końskie, do przestrzeni znacznie większych, sięgających nieraz dziesiątki km, tak jak jest to obecnie, gdzie szukać już trzeba technicznych urządzeń, które połączenia jednak dają - zawsze jest jedno i to samo - wojsko musi być łączone w swoich wysiłkach, w swojej pracy tak, aby krew darmo i niepotrzebnie się nie lała.

Jeżeli takie truizmy, takie zwyczajne rzeczy powtarzać w tak ostry sposób muszę, jeśli wymyślam najostrzejsze określenia dlatego, by prawdę o łączności wbić w głowę naszego wojska, to muszę to czynić, niestety, na podstawie obserwacji obecnego stanu wojsk.

W doświadczeniu z ubiegłej wojny, gdzie byłem zwycięskim Naczelnym Wodzem, wyniosłem smutne wrażenia, że wojska, którymi dowodziłem, nie tylko nie robiły i nie czyniły łączności, ale starannie od niej uciekały, tak jak gdyby się lubowały w stanie owej ladacznicy z rozdziwaczonym organem płciowym. Rozumiem dobrze, iż organizacja naszej armii szła w sposób tak nienaturalny i tak głupi, że miało się z jednej strony oficerów wyranżowanych jako wartościowych z innych armii, którzy stawali na czele jednostek wojskowych przewyższających znacznie ich umiejętności i wprawę, z drugiej zaś strony wielką ilość młodych i bitnych oficerów, którzy nigdy większą jednostką nie dowodzili i wszystkie prawdy o łączności mieli w głowie w zakresie jedynie najniższym, w zakresie plutonu, kompanii czy batalionu. Dlatego też mękę największą, jaką ja, Naczelny Wódz nie chcący darmo krwi przelewać, miałem - była kwestia łączności. jedynym wyjściem, które przy tym stosunku wojska do łączności widziałem, była stale przeze mnie urządzana próba łączenia wojsk za pomocą siebie samego oraz oficerów z mego otoczenia, których wsadzałem do auta, ażeby możliwie szybko wojska, które uciekały od łączności, woląc być ladacznicą z rozdziwaczoną płcią, połączyć w jednym skoordynowanym wysiłku, przy którym - powtarzam - krew nie leje się darmo, lecz celowo. Nie mogę nie stwierdzić, że narażenie zarówno Naczelnego Wodza, jak i jego oficerów, przekraczało wszystkie dopuszczalne dotąd normy. Nie mogę też nie stwierdzić, że system ten ani jest wystarczający, ani też dostatecznie zabezpieczający pod względem czasu. To jest moje doświadczenie wojenne, doświadczenie Naczelnego Wodza, który niestety o swoim wojsku tak gorzkie prawdy powiedzieć musi, że wolało ono stan rozdziwaczonej kurwy, niż stan dobrej służby żołnierskiej.

Przy późniejszej rozbudowie wojska już w czasie pokojowym, na którą niestety zbyt mały wpływ wywierałem, jak gdyby umyślnie dla uniemożliwienia naprawy pracy tak złej i tak niedobrej w naszym wojsku, zrobiono z łączności coś w rodzaju alchemicznej prawdy złota, schowanej możliwie starannie w tajemniczych i smrodliwych laboratoriach. Zrobiono z łączności specjalność zupełnie wyodrębnioną i uciekającą od swej alchemii i robienia złota możliwie daleko od wszelkiego oka żołnierskiego i od wszelkiej wspólnoty z pracą czego innego jak owych alchemicznych i smrodliwych laboratoriów. Zajęto się u góry tej łączności wyszukaniem na świecie możliwie lichego materiału, lecz za to kosztującego możliwie drogo, tak, że moje porównanie do alchemii robiącej złoto jest literalnie ścisłe. W tej specjalizacji wojsko karmione było myślą, że samo ono, samo wojsko może spokojnie kurwą z rozdziwaczoną pindą pozostać, gdyż centralnie łączność będzie urządzona w sposób alchemiczny.

Z chwilą, gdy zacząłem odbudowę pracy łączności w wojsku, próbując organizacji dotąd u nas nieznanej, chcę mieć ten rok jako rok próby, by po tym roku móc organizację uzupełnić, dopełnić lub ją zmienić tak, aby łączność - jak powtarzam raz jeszcze - stała się armatą, kuchnią polową czy inną służbą czy bronią nieodłączną dla wojska. Dlatego też polecam i rozkazuję:

1) dowódcy dywizji piechoty wraz ze swymi pomocnikami obowiązani są starać się o to, aby nie tylko u siebie, ale i u podwładnych główną prawdę łączności, że nieodbicie konieczną bronią, wcisnąć do głow tak silnie, bym nie spotkał zawodu u panów oficerów. Zastrzegam, że braki pod tym względem będą wystarczające do dyskwalifikacji oficera jako dowódcy. Dowódcy dywizji i ich pomocnicy muszą w przeciągu tego roku zbadać organizację łączności w pułkach, batalionach i kompaniach, tak by w końcu roku ich doświadczenia i badania dały dostateczny materiał naprawy wojska pod tym względem. Obserwacje swoje komunikować muszą panom Inspektorom Armii i inspektującym generałom.

2) Panowie Inspektorowie Armii i inspektujący generałowie muszą zwrócić najbaczniejszą uwagę na prace dywizji piechoty w sprawie łączności oraz porobić ze swojej strony uwagi co do braków czy organizacji, czy uposażenia wojska w sprawach łączności. Jako generała, który obowiązany jest zebrać w końcu roku w tej sprawie prace i postarać się zlać je w jedno, wyznaczam generała Rydza Śmigłego.

3) Drugi wiceminister Spraw Wojskowych wraz z podwładnymi mu - obozem łączności w Zegrzu, szefem brygady łączności i szefem sekcji łączności przy Wiceministrze, obowiązany jest w przeciągu tego roku te same sprawy, które włożone są na dowódców dywizji i Inspektorów Armii, oświetlić z punktu widzenia oficerów łączności i ich pracy dla wojska. Dodać muszę słów parę o naszej kawalerii, którą opuściłem w swoich dotychczasowych rozważaniach. Uczyniłem to dlatego, że nie przypuszczałem, aby bez zupełnie specjalnych, ad hoc wymyślonych środków można było jazdę wprowadzić do spełniania służby nakazanej innym żołnierzom. Wszystkie doświadczenia wojny z początku 1914 roku, które przestudiowałem, wskazują wyraźnie i jasno, że jazda nie uważała nigdy za stosowne trzymać łączność z kimkolwiek na świecie oprócz sama ze sobą, była zatem ideałęm wymarzonym tej dziewki publicznej, czyniącej awantury miłosne po różnych kątach bez celu i potrzeby. Wobec tego zaś, że nasza jazda jak dotąd za największą tradycję uważa byłą jazdę rosyjską, która była najwybitniejszą przedstawicielką tego kurwiarskiego kierunku, nie sądzę, aby przy dodatkowym kierunku specjalizacji, o którym mówiłem wyżej, i możliwego wyodrębnienia się jak najdalej, jak najbardziej stanowczo od koleżeństwa z kimkolwiek opócz z sobą, można było łączyć jazdę we wspólnym rozkazie dla innych broni. Będę więc musiał obmyślić prawdę o łączności dla jazdy zupełnie ad hoc, zupełnie specjalnie, bez łączenia jej z prawdą o łączności w reszcie wojsk.


Generalny Inspektor Sił Zbr.
(-) J. PIŁSUDSKI
PIERWSZY MARSZAŁEK POLSKI


Z a z g o d n o ś ć:
(-) J. Gąsiorowski płk

O t r z y m u j ą :
Pan Szef Sztabu Głównego egz. Nr 1
" I Wiceminister egz. Nr 2
" II Wiceminister egz. Nr 3
Panowie Inspektorowie Armii egz. Nr 4-11
" Generałowie do prac egz. Nr 12-16
" Generałowie Inspekcjonujący egz. Nr 17-21
" Dowódcy Dywizji egz. Nr 22-51
Dowódca Brygady Łączności egz. Nr 52
Dowódcy pułków łączności egz. Nr 53-55
Dowódcy batalionów łączności egz. Nr 56-58
Szef łączności przy II Wicemin. egz. Nr 59
Dowódca obozu szkol. łącz. w Zegrzu egz. Nr 60
Szef B. Insp. G.I.S.Z. egz. Nr 61
Zapas egz. Nr 62-65 *)



___________________________
*) CAW, akta GISZ, tecz. 518/2. W: Marian Romejko, Przed i po maju, wyd. MON, Warszawa 1985, s. 465-467.


dodajdo.com