piątek, 16 marca 2012
Linia czasowa stenogramu IES w świetle stenogramu MAK
Jak pamiętamy, min. Jerzy Miller musiał ponownie lecieć do Moskwy, aby dokonać powtórnego kopiowania zapisu rejestratora dźwiękowego MARS-BM, i wyjaśnić sprawę brakujących 16 sek. mogących wskazywać na manipulację nagrania. Po powrocie J. Millera z Moskwy i przebadaniu nowej kopii zostało oficjalnie stwierdzone, że kopia jest w pełni zgodna z oryginałem.
Dla upewnienia się, że istotnie wszystko już jest w porządku i problem brakujących 16 sek już nie istnieje, pozwoliliśmy sobie dokonać porównania w czasie
Transkrypcji rozmów załogi Tu-154M nr 101 (MAK Moskwa 2010)
oraz
Zapisu rozmów w kabinie - wersja pdf (IES-Zakład Kryminalistyki Nr Dz. E. 2506/2010/K s. 63-155/171
A oto graficzne przedstawienie wyników tego porównania (kliknij, aby powiększyć)..
Jak widać z powyższego wykresu, przez cały czas trwania nagrania ścieżki A opóźnienie linii czasowej stenogramu w wersji IES-ZK w stosunku do wersji MAK, wynoszące początkowo 10 sek. spada niemal liniowo do wartości bliskiej zera, po czym w dalszej części nagrania na początkowej części ścieżki B, oznaczonej jako B1, wzrasta względnie systematycznie, z wyjątkiem krótkiego okresu czasu opadania, do wartości 3-3,5 sek.
Obrazowo mówiąc, samolot-fantom, opóźniony w stosunku do MAK-owskiego o 10 sek., stopniowo przybliża się do swego alter ego, pokonując dzielący je dystans w zależności od prędkości lotu od 800-2640 m,. po czym dowiedziawszy się w jakiś przedziwny sposób, że w rejestratorze katastroficznym, rozpoczął się własnie zapis ostatniego fragmentu, ponownie zaczyna zostawać w tyle.
Przypomnijmy w tym miejscu, że zapis czasu w rejestratorze MARS polega na zapisie co pół sekundy markerów na specjalnie do tego przeznaczonej ścieżce (kanał IV). Czas zostaje w tych markerach zakodowany binarnie w kodzie 1-2-4-2 w następującym formacie: 4 pierwsze bity jednostki minut, trzy następne bity - dziesiątki minut, wreszcie 4 ostatnie bity - jednostki godzin.
Taki system sprawia, iż w ciągu jednej minuty dokładnie co 0,5 sek powinien zostać zapisywany kolejny z serii 120-tu marker o tej samej wartości bitowej zakodowanego czasu. Dokładny czas danego zdarzenia: dziesiątki, jednostki i ułamki dziesiętne sekundy określa się, ustalając jego położenie na taśmie magnetycznej względem początku serii identycznych 120 znaków czasowych, przypadających na tę samą minutę.
W taki właśnie sposób komisja Millera ustaliła moment rzekomego uderzenia w drzewo na 8:40:59.375 czasu systemu rejestracji MSRP, co ma być równoznaczne z czasem 08:40:02,8 rejestratora MARS_BM.
(czy słusznie, to już całkiem odrębna kwestia).
A teraz zagadka dla dociekliwych: spójrzmy na wykres porównawczy, omówiony na wstępie. Jak muszą, Waszym zdaniem, zmienić się parametry zapisu i/lub odczytu taśmy, ażeby opóźnienie danego zdarzenia względem tego samego zdarzenia, ale w innej, jakoby wiernej oryginałowi kopii zapisu cyfrowego, mogło spadać płynnie z 10 sek. na początku ścieżki aż do samego zera, na jej końcu, po nominalnie 1138,8 sekundach trwania zapisu?
środa, 14 marca 2012
Prof. dr hab. Maciej Giertych o lichwie
Prof. dr hab. Maciej Giertych
Lichwa
OPOKA W KRAJU 77(98), Kórnik grudzień 2011Feliks Koneczny pisze w Cywilizacji żydowskiej (wyd. Antyk Warszawa-Komorów 1999, str. 275), o tym, jak powstawało bankierstwo żydowskie:
"Było to bankierstwo od razu uniwersalne; każdy żydowski bank stanowił jakby filię wszystkich innych - co też trwa dotychczas. Jest to wielki międzynarodowy handel pieniądzem, z jakim chrześcijańskie bankierstwo nigdy nie będzie mogło się równać, bo krępuje się i ogranicza względami na interesy własnego narodu i państwa, często sprzeczne z interesami ościennych, gdy tymczasem tamci tych względów nie uznają, bo ich nawet nie odczuwają."
Ekonomia żydowska
Cytata ta pochodzi z rozdziału pt. Ekonomia żydowska. Meir Tamari, profesor ekonomii na uniwersytecie Bar Ilan w Tel Avivie w Izraelu napisał książkę pt. With all your Possessions. Jewish Ethics and Economic Life (Całym swym majątkiem. Żydowska etyka i życie ekonomiczne), która stanowi treść jego wykładów z zakresu ekonomii żydowskiej.
Koneczny nie cytował jej, bo zmarł przed jej ukazaniem się, ale na pewno byłby rad, że jego tezy znajdują potwierdzenie w pracy izraelskiego profesora.
Tamari pisze, że bazując na tekście z Księgi Wyjścia rozdział 23 wiersz 24:
"Jeśli pożyczasz pieniądze ubogiemu z mojego ludu, żyjącemu obok ciebie, to nie będziesz postępował wobec niego jak lichwiarz i nie każesz mu płacić odsetek."
Ekonomia żydowska oparta jest na wzajemnym udzielaniu sobie pożyczek bezprocentowych. Oto kilka cytatów z jego książki:
"Poprzez całą historię aż do dnia dzisiejszego, prawie żadna zorganizowana wspólnota żydowska nie istniała kiedykolwiek bez wolnych od odsetek pożyczek stanowiących stały element struktury społecznej"(str. 171).
"Jest całkiem możliwe, że rozwój żydowskiego życia ekonomicznego w handlu, reklamie, obrocie nieruchomościami i jakiejkolwiek aktywności ekonomicznej byłby ograniczony, gdyby nie istniała społeczność dająca wolne od odsetek pożyczki we wszystkich tych krajach"(str. 171).
"W państwie Izrael te wolne pożyczki istnieją równolegle z systemem bankowym"(str. 171).
"Aby sfinansować absorpcję imigracji na dużą skalę oraz duży budżet wojskowy to nowe państwo wykorzystywało subsydiowane pożyczki i tani rządowy kredyt, aby stymulować produkcję, rolnictwo i turystykę" (str. 172).
Żydowska ekonomia wymaga jednak od Żydów, również na bazie obowiązku moralnego, by dług był w terminie spłacany.
"Odmawianie pożyczkodawcy pieniędzy na podstawie potrzeb pożyczkobiorcy zaciera rozróżnienie między sprawiedliwością a miłosierdziem, które stanowi tak ważny element Judaizmu"(str. 173).
Z drugiej jednak strony, w relacjach z nie-Żydami Żydzi także trzymają się nakazów Biblii, a w szczególności wersetu 21 z rozdziału 23 Księgi Powtórzonego Prawa gdzie czytamy:
"Od obcego możesz się domagać, ale od brata nie będziesz żądał odsetek".
Te zasady nadal obowiązują w ekonomii żydowskiej. Maimonides nawet uważał, że hebrajskie słowo tashikh należy tłumaczyć nie jako "możesz", ale jako "masz", czyli nakaz. Oto dalsze cytaty z Tamariego.
"Zakaz pobierania odsetek dotyczy wyłącznie transakcji między dwoma Żydami. Nie dotyczy on nie-Żydów, tak więc wolno pożyczać i brać pożyczki od nie-Żyda i z tego tytułu pobierać lub płacić odsetki. Pożyczki angażujące korporacje lub banki, których właścicielami lub depozytariuszami są nie-Żydzi mogą pobierać odsetki bez przekraczania biblijnych czy rabinicznych zakazów"(str. 179).
"[J]est oczywiste, że prawie wszystkie autorytety idą za ustaleniem Miszny [Talmudu], zezwalającym na pobieranie odsetek od pożyczek w relacjach z nie-Żydami"(str. 180).
Autor cytuje traktat Talmudu Bava Metzia, rozdz. 5:
"Dozwolone jest pożyczanie od nie-Żydów i pożyczanie im z odsetkami. To dotyczy również ger toshov (nie-Zyda mieszkającego w Izraelu i akceptującego siedem praw Noego)”(str. 180.
"Skoro Judaizm nie uważa brania odsetek od pożyczek za coś złego samo z siebie, dlaczego więc branie lub dawanie odsetek jest zakazane między Żydami?"(str. 181-182).
Tamari odpowiada na to analogią ze spożywaniem pokarmów nie-koszernych. Nie ma w tym nic złego i nie-Żydzi mogą to robić, ale Żydzi mają się wznieść na wyższy poziom w stosunku do rzeczy materialnych. Cytując XX-wiecznego komentatora Tory Tamari powiada:
"Rezygnacja z pobierania odsetek między sobą jest na podobieństwo regulacji w stowarzyszeniach handlowych czy innych, w których członkowie udzielają sobie specjalnych ulg. Te ulgi nie są dostępne dla nie-członków. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by inni też ustanawiali takie stowarzyszenia dla siebie i udzielali sobie pomocy".(str. 182).
"Według prawa żydowskiego umowa o oprocentowanej pożyczce jest nielegalna tylko, gdy dotyczy dwóch indywidualnych Żydów. Wykorzystywanie nie-żydowskich pośredników, aby uniknąć zakazów dotyczących odsetek było bardzo częstym zjawiskiem życia żydowskiego…" (str. 188-9)
Tak więc wszyscy Żydzi na świecie są jakby członkami tego samego stowarzyszenia i udzielają sobie ulg. Pokrywa się to w pełni z oceną Konecznego dotyczącą cywilizacji żydowskiej.
Dodajmy, że Tamari nie ukrywa istnienia instytucji chazaki (str. 133), o której szeroko pisze Koneczny. Był to nadawany, lub sprzedawany, przez gminę żydowską monopol na prowadzenie interesów z daną osobą czy instytucją nie-żydowską - w rezultacie inni Żydzi nie konkurowali.
Spółki kredytowe
Tak więc Żydzi są zorganizowani na skalę światową, mając wspólną kasę zapomogowo pożyczkową. Czy takie urządzenia istnieją poza żydostwem?
Oczywiście tak. Niedawno ciekawą wypowiedź na ten temat opublikował prof. Garrick Small (Culture Wars, luty 2011). Wykłada on ekonomię islamską na wydziale biznesu Uniwersytetu Centralnej Queensland w Australii, przy okazji jak sam twierdzi, przemycając naukę św. Tomasza o lichwie. Według niego po ostatnim kryzysie powstało duże zainteresowanie finansami islamskimi, ponieważ odrzucają one lichwę zupełnie i funkcjonują na zasadzie mechanizmów uczciwego finansowania. Według prawa koranicznego pieniądze mogą być pożyczane bez lichwy.
O ile dobrze rozumiem, banki islamskie stosują tę zasadę nie tylko wobec swoich, muzułmanów, ale i wobec każdego, kto u nich pożycza. Na ten temat znalazłem też informację z Libii czasów obalonego Kadaffiego (http://dewjiblog.com/2011/09/27/the-gaddafi-they-are-not-telling-usabout-please-read/):
"Nie ma tam odsetek od pożyczek bankowych, banki w Libii są państwowe, a pożyczki udziela się obywatelom na 0% z mocy prawa".
O ile dobrze rozumiem, nie muzułmańskim obywatelom także, ale tylko obywatelom Libii. Libia jest bogata, więc ją na to stać - ale okazuje się, że banki mogą tak funkcjonować.
W dniu 7.XII.11 agencja Deutsche Welle poinformowała (http://wiadomosci.onet.pl/raporty/deutsche-wellew-onet-pl/pierwszy-islamski-bank-usasiada-polski-ma-byc-zgo,1, 4958165,wiadomosc.html), że
"w Mannheim działa pierwszy w RFN bank kierujący się zasadami obowiązującymi w religii islamskiej. Bank Kuveyt Türk działa… zgodnie z zasadami wiary muzułmańskiej, co określane jest jako "Islamic Banking" i jest rozpowszechnione przede wszystkim w państwach islamskich. Pierwszy bank działający na tych zasadach rozpoczął także działalność w Niemczech. Kluczową zasadą bankowości islamskiej jest rezygnacja z oprocentowania oraz odsetek, bo tego zabrania Koran. Bank Kuveyt Türk swój biznes opiera nie na odsetkach, lecz na finansowym udziale w przedsiębiorstwach."
O ile dobrze rozumiem doniesienie bank jest dostępny nie tylko dla muzułmanów.
A jak to jest u nas chrześcijan? Znamy pojęcie "kasy zapomogowo-pożyczkowej". Takowe funkcjonują w wielu zakładach pracy. Pracownicy łożą niewielkie sumy do tej kasy, stając się jej udziałowcami, a za to mogą, co jakiś czas, bezodsetkowo pożyczać z kasy pewne sumy na swoje bieżące potrzeby. Praca z tym związana jest zwykle prowadzono honorowo lub za niewielką opłatą. Udziałowcy mogą swój wkład w każdej chwili wycofać - nie ulega on waloryzacji wraz z inflacją, tak, że efektywnie traci na wartości. Ta strata jest w istocie jałmużną na rzecz pożyczających, czyli tych, którzy w danej chwili są w biedzie.
Na większą skalę takie kasy zakładał w Galicji nieodżałowanej pamięci Franciszek Stefczyk. Tzw. Kasy Stefczyka pozwoliły biedocie galicyjskiej pozyskać tani kredyt na swoje skromne potrzeby. Podobnie działał ks. Piotr Wawrzyniak w Wielkopolsce.
W USA na początku XX wieku, gdy masowo ludność przenosiła się z prowincji do miast, rząd zorganizował tani albo w ogóle bezprocentowy kredyt w celu nabycia czy wybudowania mieszkań.
Później zmieniono to na możliwość odpisania odsetek od kredytów mieszkaniowych w ramach rozliczeń podatkowych, co w praktyce dla ludności oznaczało to samo, co bezodsetkowy kredyt. Odsetki te jednak trafiały do banków tyle, że z kasy państwowej. Tak jest do dziś (The Wanderer 14.VII.11).
Wyobraźmy sobie, jaki powstałby szum gdyby dziś ktoś założył bank programowo udzielający pożyczki bezprocentowe tylko nie-Żydom.
We Włoszech, w Mediolanie, powstał w 1896 r. Banco Ambrosiano, który wymagał, by jego klienci legitymowali się świadectwem Chrztu św., czyli był niedostępny dla Żydów (wtedy jeszcze muzułmanów we Włoszech nie było). Bank ten ściśle współpracował z bankiem watykańskim. W wyniku masońskiej intrygi Banco Ambrosiano uległ likwidacji w 1981 r.
Nauka Kościoła
Św. Tomasz z Akwinu poświęcił sporo miejsca tematowi lichwy. Napisał między innymi:
"… pożyczający pieniądze przenosi posiadanie ich na tego, kto od niego pożycza; ten przeto, któremu pieniądze pożyczono, posiada je na własne ryzyko i obowiązany jest oddać je w całości; stąd wniosek, że nie wolno wierzycielowi żądać więcej, niż pożyczył. Człowiek natomiast, który powierza swe pieniądze czy to kupcowi, czy wytwórcy w formie jakiegokolwiek rodzaju spółki, nie przenosi na tego kupca czy wytwórcę posiadania swych pieniędzy, przeciwnie pieniądze te pozostają nadal jego własnością. Skutkiem tego kupiec handluje tymi pieniędzmi na ryzyko ich właściciela, podobnie wytwórca na jego ryzyko używa tych pieniędzy do produkcji; wobec takiego stanu rzeczy wolno pożyczającemu godziwie domagać się części zysku, płynącego z danego przedsiębiorstwa, jako, że zysk ten płynie z jego własności." (S. Th. 2.2 qu LXXVIII a. 2 ad 5).
Nauka Kościoła odróżnia więc pożyczkę konsumpcyjną, od której odsetek brać nie wolno, od pożyczki produkcyjnej, w której pożyczkodawca uczestniczy jako udziałowiec ponosząc ryzyko, ale i uczestnicząc w podziale dochodu od przedsięwzięcia.
Czyli
"kapitały nie powinny krążyć w życiu gospodarczym w formie pożyczek, lecz w formie udziałów" (Adam Doboszyński "Ekonomia miłosierdzia")
Jak pisze Tamari Żydzi w swych wzajemnych relacjach też mają podobne rozróżnienie (instytucja heter iska).
W ramach uszczegółowienia św. Tomasz uznaje prawo wierzyciela do zwrotu straty na wartości tego, co pożyczył. Dziś to można potraktować jako zwrot kosztów inflacji. Jak pisze wspomniany wyżej Doboszyński, przy inflacji 5% odsetki na poziomie 5% to darmowa pożyczka, bez lichwy. Natomiast, gdy wartość waluty pożyczki rośnie (doświadczyli tego ostatnio pożyczający w frankach szwajcarskich), pożyczkodawca odbiera więcej niż ustalone odsetki, czyli mamy do czynienia z lichwą.
Próby naprawy sytuacji
Tragedią naszych czasów jest siła prywatnych banków międzynarodowych, u których wszyscy są zadłużeni.
Takie amerykańskie Biuro Rezerwy Federalnej, to prywatny bank emitujący dolary i pożyczający je rządowi USA. Dług USA jest astronomiczny - nie do spłacenia kiedykolwiek. Płyną tylko stale odsetki do banków.
W roku 1932 Kongres Stanów Zjednoczonych uchwalił ustawę (za 289, przeciw 60) znaną jako "ustawa Goldsborough" od nazwiska jej promotora. Jej tytuł był następujący: "Ustawa przywracająca Kongresowi jego konstytucyjne prawo do emisji pieniędzy, regulacji ich wartości i dostarczania dochodów ludności USA o trwałym i sprawiedliwym poziomie zdolności nabywczej dolara, wystarczających w każdym czasie, by ludzie mogli kupić dobra i usługi, których potrzebują na poziomie odpowiadającym pełnym mocom produkcyjnym przemysłu i handlu USA… Obecny system emisji pieniądza przez prywatne instytucje dla zysku, powodujący przemiennie szkodliwą inflację i deflację, ma ulec likwidacji".
Niestety, ustawę tę odrzucił Senat. Była ona oparta na projekcie "kredytu socjalnego" C. H. Douglasa (The Wanderer 11.VIII.11).
Z okazji kryzysu greckiego usłyszeliśmy, że najpierw zmuszono banki, by zaakceptowały redukcję oprocentowania długu greckiego, a potem by zrezygnowały z 50% tego długu. Okazuje się, że można banki do tego zmusić groźbą bankructwa dłużnika.
Zapewne i inne kraje ustawią się w kolejce do takiego potraktowania ich długu. A właściwie, czemu tylko redukcja o 50%? Dlaczego nie o 95%, albo nawet o 100%? Po wojnie secesyjnej w USA prezydent Lincoln jednym posunięciem skasował wszelkie długi bankowe mocno zadłużonego i pokonanego południa. Zaraz potem zginął z ręki zamachowca, ale decyzja pozostała w mocy.
Długi bankowe można anulować decyzją polityczną. Ponieważ powstały z pożyczek oprocentowanych, trzeba je traktować jako "produkcyjne", czyli pożyczkodawcy muszą uczestniczyć w konsekwencjach kryzysu zadłużeniowego.
poniedziałek, 5 marca 2012
Janina Piekarz Naród i Ojczyzna zagrożone. Twórzmy nową Solidarność!
Komitet "Suwerenność Narodu Polskiego"
tel. 508-490-490
Łosiów 18.02.2012 r.
APEL: Twórzmy nową Solidarność!
Dziś, gdy utraciliśmy suwerenność w wyniku podpisania bez zgody Suwerena, jakim jest Naród, traktatu lizbońskiego, byt Narodu i Ojczyzny jest zagrożony. Jest to wynik całej 20-letniej polityki rządzących Polską. Dziś nie liczą się już oni z Narodem. Podpisują bez naszej zgody różne umowy np. umowa ACTA, czy pakt fiskalny, na mocy którego decyzje, jaki ma być polski budżet, będą zapadać za granicą.
Odebrano nam już wszystko; majątek narodowy, teraz nawet decydowanie o naszym bycie narodowym. Trwa proces wyniszczania biologicznego i ekonomicznego Narodu. Dzietność polskich rodzin jest na 27 miejscu w Europie. Więcej ludzi umiera, niż się rodzi. Trwa duchowe, moralne i fizyczne niszczenie rodziny.
W obliczu zagrożenia naszego Narodu i państwa polskiego, my, chłopi polscy, wzywamy cały Naród do tworzenia nowej Solidarności - Solidarności 2012.
Stańmy ponad podziałami, w imię Boga Wszechmogącego Jezusa Chrystusa, Króla Polski i Maryi, Królowej Nieba i Ziemi, i uczyńmy wszystko, ażeby polska młodzież nie musiała wyjeżdżać za chlebem za granicę, żeby miała miejsce w naszym kraju, tu mogła znaleźć pracę i żyć godnie.
Brońmy Radia Maryja i Telewizji Trwam, bo to nasza ostoja wiary i polskości. Niech nam przyświeca hasło: Bóg, Honor i Ojczyzna.
Janina Piekarz
Komitet "Suwerenność Narodu Polskiego"
Janina Piekarz - w latach 80-90. działaczka Solidarności Wiejskiej i NSZZ RI "Solidarność"; represjonowana w stanie wojennym; w latach 2001-2003 przewodnicząca Komitetu Obrony Cukrowni i Polskiej Ziemi w Łosiowie, woj opolskie, stała na czele trwającego wiele miesięcy protestu opolskich rolników w siedzibie Śląskiej Spółki Cukrowej przeciwko przekazaniu spółki w niemieckie ręce a następnie przewodniczącą Ogólnopolskiego Komitetu Koordynacyjnego do powołania Koncernu "Polski Cukier" . Jej ofiarna działalność w obronie polskich cukrowni doprowadziła w końcu do utworzenia holdingu "Polski Cukier". Jest matką trzech córek.
czwartek, 1 marca 2012
Neoliberalna etyka odkrywa swoją prawdziwe oblicze - Nie ma żadnej różnicy między dzieciobójstwem i tzw. aborcją
„Jeżeli matce jest wolno zabić swoje dziecko, cóż może powstrzymać ciebie i mnie, byśmy się nawzajem nie pozabijali?”
(Bł. Matka Teresa z Kalkuty)
Nie ma różnicy między dzieciobójstwem i tzw. aborcją - mówią eksperci
Killing babies no different from abortion, experts sayStephen Adams, Medical Correspondent, 29 Feb 2012
Grupa etyków medycyny, związanych z Oxford University twierdzi, że rodzice powinni mieć możliwości, aby ich nowonarodzone dzieci mogły zostać uśmiercone gdyż są one istotami "moralnie nieistotnymi", a "zakończenie życia dzieci nie różni się niczym aborcji" - twierdzi
W opublikowanym w Journal of Medical Ethics artykule głoszą oni, że nowonarodzone dzieci nie są "rzeczywistymi osobami" i nie mają one "moralnego prawa do życia". Akademicy twierdzą również, że rodzice powinni mieć możliwość zabicia ich dziecka, jeśli okaże się po urodzeniu, że jest ono upośledzone.
Prof. Julian Savulescu, redaktor naczelny Journal of Medical Ethics, , dyrektor oksfordzkiego Centrum Etyki Praktycznej Uehiro, powiedział, że po publikacji tego artykułu jego autorzy otrzymali przesyłki pocztowe, w których grożono im śmiercią. Powiedział, że ci, którzy dopuszczają się takich obelżywych i zastraszających opinii na temat studium to "fanatycy, przeciwstawiający się najwyższym wartościom społeczeństwa liberalnego".
Artykuł, zatytułowany "Aborcja ponarodzeniowa: dlaczego dziecko powinno żyć", została napisana przez dwóch byłych współpracowników prof. Savulescu: Alberto Giubiliniego i Francescę Minerva. Argumentują w nim, że: "moralny stan niemowlęcia jest równoważna z moralnym stanem płodu w tym sensie, że im obu brak jest tych właściwości, które uzasadniają przypisanie jednostce prawa do życia."
Dzieci nowonarodzone nie są, zdaniem autorów artykułu, "osobami faktycznymi", lecz jedynie osobami "potencjalnymi". Twierdzą oni:
"Zarówno płód ludzki jak i noworodek z pewnością są istotami ludzkimi i potencjalnymi osobami, ale żadne z z nich nie jest "osobą" w sensie "podmiotu moralnego prawa do życia ".Przyjmujemy, że pojęcie "osoba" oznacza jednostkę, która jest zdolna do przypisania własnemu istnieniu pewnej (przynajmniej) podstawowej wartości, takiej, że pozbawienie jej istnienia stanowi dla niej stratę."
Dlatego twierdzą oni, że "nie można wyrządzić nowonarodzonemu szkody poprzez samo zapobieżenie rozwojowi jej zdolności, aby mogło się ono stać osobą w sensie moralnie znaczącym".
Autorzy zatem twierdzą, że "to, co nazywamy" po-narodzeniową aborcją "(zabicie noworodka) powinno być dopuszczalne we wszystkich przypadkach, w których jest dopuszczalna aborcja, włącznie z tymi przypadkami, gdy noworodek nie jest niepełnosprawny".
Twierdzą oni także, że rodzice powinni mieć możliwość uśmiercenia dziecka, gdyby okazało się być wyłączona bez ich wiedzy o tym przed urodzeniem, powołując się między innymi na to, że tylko 64 procent przypadków zespół Downa w Europie są diagnozowane przez testy prenatalne.
Ponieważ te dzieci urodziły się, "rodzice nie mieli innego wyboru, jak tylko utrzymywać takie dzieci", piszą autorzy tego artykułu.
"Utrzymywanie takich dzieci może być ciężarem nie do zniesienia dla rodziny a także dla społeczeństwa jako całości, gdy państwo ekonomicznie łoży na ich opiekę."Jednak nie twierdzą oni wprost, że niektóre zabójstwa dzieci były bardziej uzasadnione niż inne - ich zasadniczym punktem jest raczej podkreślenie, że z moralnego punktu widzenia nie ma żadnej różnicy między takim zabójstwem a aborcją już obecnie praktykowaną.
Zamiast "dzieciobójstwo" wolą używać określenia "aborcja po urodzeniu", podkreślając, że, ich zdaniem, moralny status istoty zabijanej człowieka jest porównywalny ze statusem moralnym zabijanego płodu ludzkiego".
Zarówno Minerva i Giubilini znają prof Savulescu z Oxfordu. Minerva była pracownikiem naukowym Centrum Etyki Praktycznej Uehiro w Oksfordzie do czerwca ubiegłego roku, kiedy przeniosła się do Centrum Filozofii Stosowanej i Etyki Publicznej na Uniwersytecie w Melbourne.
W styczniu br. Giubilini, były student na Uniwersytecie Cambridge, wygłosił na Oxford Martin School - uczelni, której prof. Savulescu jest także dyrektorem - odczyt "Na czym polega problem z eutanazją".
Udał się także do Melbourne, aczkolwiek na Uniwersytet Monash w tym mieście. Prof Savulescu pracował na obu tych uniwersytetach przed swoim przejściem na Oksford w 2002 roku.
Broniąc swej decyzji o opublikowaniu artykułu na blogu British Medical Journal, prof Savulescu powiedział, że argumenty przemawiające za zabijaniem nowonarodzonych "w dużej mierze nie były nowe".
Minerva i Giubilini jedynie zastosowali te argumenty "z uwzględnieniem interesów matki i rodziny".
Zgadzając się z tym, że wiele osób nie zaakceptuje ich argumentów, napisał, że: "Celem Journal of Medical Ethics nie jest przedstawienie Prawdy lub promowanie czyichś przekonań moralnych. Tym celem jest przedstawianie dobrze uzasadnionych argumentów opartych na powszechnie akceptowanych podstawach."
W rozmowie z The Daily Telegraph Savulescu dodał:
"Ta" debata "była przykładem" etyki czarownic"- jakaś grupa ludzi wie, kto jest czarownicą i stara się ją spalić. Jest to jedna z najbardziej niebezpiecznych tendencji ludzkich, z jakimi mamy do czynienia. Prowadzi to, do linczu i ludobójstwa. Zamiast argumentować i zaangażować się w dyskusję, jest skłonność do milczenia, a w skrajnych przypadkach, do zabijania, w oparciu o własne prawdę moralną. To nie rodzaj społeczeństwa, w którym powinniśmy żyć".Savulescu przyznał, że czasopismo jest skłonne rozważyć opublikowanie artykułu stojącego na stanowisku, że gdyby nie było różnicy między moralną aborcji i zabijania noworodków, to i aborcja też powinno być nielegalna.
Dr Trevor Stammers, dyrektor Etyki Medycznej na Universytecie St, Mary powiedział:
"Jeśli matka udusi swoje dziecko kocem, i wtedy my powiemy: " to nie ma znaczenia, bo ona może mieć następne", czy to jest to, do czego chce się doprowadzić?"Odnosząc się do terminu "aborcji ponarodzeniowej", Dr Sammers dodaje:
"To, co ci młodzi koledzy artykułują, jest nieuniknionym punktem końcowym drogi, którą filozofowie etyki w Stanach Zjednoczonych i w Australii podążali od dawna i nie ma w tym z pewnością nic nowego."
"To jest tylko werbalna manipulacja, a nie filozofia. Będę mógł odtąd traktować aborcję jako przedporodowe dzieciobójstwo."
środa, 29 lutego 2012
GMO - broń masowej zagłady
GMO - broń masowej zagłady
Petycję przeciwko GMO można podpisać tutaj:
http://alert-box.org/petycja/rozporzadzenie-zakazujace-gmo/
Petycję można wydrukować tutaj:
http://alert-box.org/wp-content/uploads/ulotkadopetycji.pdf
_____________________________
Więcej:
WSPIERAJ DZIAŁANIA NA RZECZ POLSKI WOLNEJ OD GMO
ICPPC - International Coalition to Protect the Polish Countryside,
Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi
34-146 Stryszów 156, Poland tel./fax +48 33 8797114 biuro@icppc.pl
www.icppc.pl
www.gmo.icppc.pl
www.eko-cel.pl
środa, 22 lutego 2012
Komentarz w sprawie gwarancji i nadziei na odzyskanie niezależności Polski
Do poniższego obszernego komentarza, który mimo woli przekształcił się w regularny artykuł, skłonił mnie Komentarz anonimowego Czytelnika do wpisu Wojciech Cejrowski: Władzę, która wprowadza ACTA, należy obalić. Komentarz sprowadzał się do stwierdzenia "I tyle w temacie ACTA" i linku do artykułu REWOLUCJA.PL?
Jeśli chodzi o problem ACTA, mógłbym się zgodzić, że jest to analiza socjologiczna zjawiska Anonymous. pod pewnymi względami warta nawet upublicznienia. Zarazem zwraca moją uwagę daleko idące upolitycznienie tego tekstu, idące po takiej oto linii: "gwarantem i nadzieją na odzyskanie niezależności Polski jest Prawo i Sprawiedliwość.", PiS "jedyną siłą w kraju zdolną do niezależnej i odważnej polityki niepodległościowej". a "przeciwnicy silnej Polski mają świadomość, że wszystkie działania, prowadzące do osłabienia PiS są tożsame z ich interesami"."
Tymczasem jeśli wziąc pod uwagę całokształt działalności przywódców PiS, obraz tego ugrupowania przedstawia się zgoła inaczej.
Przypomnijmy:
- związki Jarosława i Lecha Kaczyńskich w środowsku rewolty '68 i KOR-owskim w latach 60.-70. potwierdzone i afirmowane udziałem w obchodach 30. rocznicy KOR w 2006 r. oraz wystąpieniami Jarosława Kaczyńskiego (wrzesień 2005) i Lecha Kaczyńskiego (luty 2005) w antypolskiej Fundacji Batorego (prezes Aleksander Smolar - KOR)
- aktywny udział w umowie z Magdalenki i "okrągłego stołu", porozumieniach i układach zawiązanych jak wiadomo, przeciwko narodowi polskiemu przez byłych i aktualnych komunistów dla współrządzenia i politycznego przeciwstawienia się rzekomemu polskiemu katolickiemu i nacjonalistycznemu zagrożeniu.
- wsparcie Porozumienia Centrum (PC) Jarosława Kaczyńskiego dla wprowadzenia do ordynacji wyborczej 5-proc. progu wyborczego, charakterystycego dla zdecydowanej większości krajów byłego bloku sowieckiego, ale niemal nie wystepującego w krajach o ordynacji proporcjonalnej. Na mocy tego 5-procentowego progu ugrupowanie to na wiele lat wyeliminowało się skutecznie ze sceny politycznej i wegetować na marginesie życia politycznego w charakterze opozycji, najwyraźniej zadowolone, że ich konkurentom do tego samego patriotycznego elektoratu się to również nie udało.
- ambiwalntna, mało konstruktywna, delikatnie mówiąc, postawa w okresie po czerwcu 1992, postawienie przez Kaczyńskiego na AWS, co w moim przekonaiu storpedowało skutecznie próby utworzenia jakiejś realnej alternatywy politycznej Unii Demokratycznej-KLD, rzekomych największych przeciwników PC, niestety najczęściej także o tych samych KOR-owskich lub około-KOR-owskich korzeniach.
- milcząca akceptacja dla wysoce szkodliwego dla Polski programu AWS, w istocie neoliberalnego progamu społeczno-politycznego Unii Wolności (d. UD) i KLD (Bielecki, Tusk). Przypomnę tu tylko niektóre tego planu elementy: wielką wyprzedaż majątku narodowego, czyli złodziejską wyprzedaż za psi grosz, schładzanie gospodarki przez plan Balcerowicza II (szefa Unii Wolności - największego niegdyś wroga PC), w rezultacie wielka kilkuletnia recesja: spadek przyrostu PKB z ok. 7 proc. poniżej 1 proc. i 22 proc. bezrobocie.) Wszystko to za cenę fotela ministra sprawiedliwości dla Lecha Kaczyńskiego. (Który potem jako mister sprawiedliwości osobiście wyrzucał z URM rolników protestujących wobec jawnego niszczenia polskiego cukrownictwa, a także wstrzymał ekshumację w Jedwabnem).
- "to jest nasza wojna", czyli poparcie PiS (a także ROP-RK-N) dla "proamerykańskiej" inicjatywy strategicznego sojuszu z USA postkomunistycznego prezydenta Kwaśniewskiego i postkomunistycznego rządu Leszka Millera, czyli dla wciągnięcia Polski w wojny "przeciwko terroryzmowi" w Afganistanie i w Iraku.
- Wykorzystanie wyborczego zwycięstwa 2005 (155 posłów PiS w Sejmie, 50 proc. miejsc w Senacie, prezydent RP) do:
a) storpedowania próby zapisu do konstytucji prawnej obrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci (kosztem rozbicia swojego ugrupowania i przedterminowych wyborów 2007, przy - podkreślmy - równoczesnej pełnej świadomości przegranej PiS w tychże wyborach - patrz przypis poniżej.).
b) skutecznego przeprowadzenia operacji przygotowania i zatwierdzenia traktatu lizbońskiego - przypomnę: traktatowej formy Konstytucji dla Europy, przekształcającej Unię w federalne superpaństwo - traktatu jawnie sprzecznego z wyborczym programem polityki europejskiej PiS.
c) wyeliminowania z ław Sejmu tzw. radykałów (LPR, Samoobrona), konkurentów do tego samego co PiS "radykalnego" elektoratu: narodowego i katolickiego, przeciwników traktatu lizbońskiego w przedterminowych wyborach 2007 (zgodnie z zapowiedzią daną A. Smolarowi w Fundacji Batorego w lutym 2005),
d) stwierdzenia premiera rządu Jarosława Kaczyńskiego na posiedzeniu Rady Politycznej PiS (po cichych rozmowach z szefem Platformy Obywatelskiej Donaldem Tuskiem w sierpniu 2007), obwieszczającego abdykację premiera rządu: "nie chcemy już takiej koalicji, ani takiego rządu".
I tym to sposobem po zaledwie 20 z okładem miesiącach władzy - władzy, o którą PC-PiS zdawało się bezskutecznie zabiegać przez lata i wygrało wreszcie wybory pod hasłem IV RP - nastąpiło świadome oddanie władzy nad Polską i nad Polakami swojemu "największemu wrogowi", czyli Platformie Obywatelskiej i Donaldowi Tuskowi. Na całe następne najprawdopodobniej 8 lat.
Nie powinno w tym krótkim wyliczeniu zabraknąć wzmianki o udzielenie przez opozycyjny PiS 89 głosów poparcia dla ratyfikacji traktatu lizbońskiego 1 kwietnia 2008, likwidującego polska państwowość, przyjętego przez polski parlament (bez czytania, bo tekstu nieskonsolidowanego traktatu zmieniającego istniejącego traktaty nie da się po prostu przeczytać), w sytuacji, gdy koalicji rządzącej brakowało do kwalifikowanej większości 2/3 8-9 głosów.
I taka jest polityka PiS, tej rzekomo "jedynej siły zdolnej do niezależnej i odważnej polityki niepodległościowej"..
Powiem więcej: to jest właśnie polityka wiecznej pozornej opozycji do tego, co sie uważa za własne osiągnięcie i czego się nie chce w gruncie rzeczy zmieniać. To jest polityka skutecznego utwierdzania na wieczność panującego neoliberalnego postokrągłostołowego (nie)ładu politycznego, medialnego, kulturowego i wszelkiego innego.
Jeżeli coś się zatem ma znacząco zmienić w naszej rzeczywistości to logiczną jej konsekwancją jest właśnie potrzeba, a nawet polityczna konieczność i patriotyczny obowiązek, podjęcia działań na rzecz zasadniczej przebudowy polskiej sceny politycznej.
A jeśli młodzi ludzie wyborcy dochodzą obecnie do wniosku, że "wszyscy politycy są źli", to coś jest widocznie na rzeczy. Zamiast demonstrować swą oświeconą polityczną wyższą świadomość, trzeba przede wszystkim w duchu pokory się nad tym pochylić i dosłuchać się, o co w tym zdaniu polskiej młodzieży może chodzić.
_________________
Marek Jurek, Marszałek Sejmu zapisał w swoim Dzienniku pod datą 16 kwietnia 2007:
Rano przekazałem premierowi moje decyzje. Jarosław odpowiedział, że biorę na siebie odpowiedzialnośc za przyspieszenie wyborów i dojście do władzy Platformy i komunistów.Marek Jurek, Dysydent w państwie POPiS. s. 206
W innej relacji Marek Jurek przedstawił tę część rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim w nieco innych słowach (cytuję z pamięci):
- M.J. ....ale wtedy będą przedterminowe wybory.
- J.K. To będą.
- M.J. Ale wiesz, że wtedy wygra Platforma?
- J.K. No to wygra.
czwartek, 9 lutego 2012
Prof. Bogusław Wolniewicz: Fikcja judeochrześcijaństwa
Prof. Bogusław Wolniewicz
Fikcja judeochrześcijaństwa
Lewacka ideologia „politycznej poprawności” podmywa i rozmywa dziedzictwo duchowe Europy. Czyni to wieloma sposobami. Jednym z nich jest infiltrowanie zachodniej świadomości społecznej lewoskrętnym fałszem, lewoskrętne chrześcijańskich gmin wyznaniowych w Palestynie, ale tutaj wprowadza się je w całkiem innym znaczeniu. Wprowadza się je przy tym bez uzasadnień i objaśnień, metodą marketingową, napomykając coraz częściej tu i tam z niewinną miną o jakiejś „tradycji judeochrześcijańskiej”, „cywilizacji judeochrześcijańskiej”, albo o jakichś specjalnie „judeochrześcijańskich wartościach”, nigdy nie precyzowanych. Wprowadza się tę innowację, jak gdyby rozumiała się sama przez się i nie mogła budzić niczyich wątpliwości. Nikt nie pyta, czy taka tradycja albo cywilizacja w ogóle istnieje lub kiedykolwiek istniała. Od tysiąca lat żyliśmy w Polsce przeświadczeni, że nasza wiara i tradycja są chrześcijańskie. A tu naraz mówią nam, że to był błąd: nie „chrześcijańskie”, tylko „judeochrześcijańskie”.
Nie podoba się nam to nowe nazwanie. Dokonuje się nim gwałtu na naszej samowiedzy historycznej i świadomości narodowej. Czemu więc nikt nie wyraża sprzeciwu – żaden przedstawiciel Kościoła, żaden dziennikarz, żaden profesor uniwersytetu? Bo się boją! To zaś pokazuje, że nie są już ludźmi naprawdę wolnymi. Bo człowiek wolny nie boi się mówić, co myśli; ani pytać, gdy rodzą się w nim wątpliwości. To jest jego pierwsza cecha rozpoznawcza. A oni milczą, tak są już osiodłani: co im wolność, grunt to auto.
Wolność słowa jest stale zagrożona. Obronić ją można tylko przez stałe jej użytkowanie. Inaczej wiotczeje i zanika, jak nieużywane mięśnie. Dlatego w imię wolności słowa, by zapobiec jej atrofii, powiedzmy jasno i wyraźnie: żadnego „judeochrześcijañstwa” nie ma i nigdy nie było.
Określenie to jest propagandową fikcją. Fikcję tę międzynarodowe lewactwo wtłacza pod medialnym ciśnieniem do świadomości społecznej, by rozmiękczyć zawarte w niej dziedzictwo chrześcijańskie; bo rozmiękczone łatwiej zgnieść, to jasne.
Jako formacja ideologiczna lewactwo dzisiejsze cechuje się niezwykłą wprost agresywnością, a jej ostrze główne wymierzone jest w chrześcijaństwo. Red. Bronisław Wildstein, na pewno żaden klerykał, stwierdził niedawno arcysłusznie (Rzeczpospolita z 6. 5. 2008):
„Ateizm przekształcił się od jakiegoś czasu w agresywną antyreligię. Jako taki dąży do eliminacji religii [z] przestrzeni publicznej. […] Jest chyba najbardziej nietolerancyjnym wierzeniem współczesnego Zachodu.”
Fikcja „judeochrześcijaństwa” jest częścią ich ofensywy na chrześcijaństwo: głęboką dywersją, o wiele groźniejszą niż np. pojedyncze skandale seksualne jakichś osób duchownych, tak usilnie dziś nagłaśniane.
Judaizm i chrześcijaństwo to są dwie odrębne religie i tradycje. Nie biegły nigdy razem, zawsze tylko o b o k siebie; osobno i całkiem niezależnie jedna od drugiej, w hermetycznej niemal izolacji. Ich odrębność widać we wszystkich czterech składowych, jakie można wyróżnić w każdej religii: w doktrynie, w kulcie, w organizacji, oraz w obyczajowości. Próby ze strony chrześcijańskiej, by odrębności te bagatelizować lub zacierać, są efektem złudzeń posoborowego „ekumenizmu”; przy bliższym wejrzeniu okazują się zwykłym synkretyzmem religijnym, nie podzielanym bynajmniej przez drugą stronę.
Owszem, chrześcijaństwo i judaizm mają jako religie pewien ważny punkt styczny: jest nim Stary Testament, ten pień monoteizmu. Punkt ten dzielą jednak z islamem. Judaizm, chrześcijaństwo i islam to są trzy interpretacje Starego Testamentu: trzy różne sposoby jego rozumienia. Rozumienie żydowskie wyraża się w Talmudzie; rozumienie chrześcijańskie – w Ewangelii; rozumienie muzułmańskie – w Koranie. Mamy zatem trzy różne interpretacje Starego Testamentu: talmudyczną, ewangeliczną i koraniczną; oraz trzy wyrosłe na nich religie, tradycje i cywilizacje. Takim samym więc prawem, jak o „judeo-chrześcijaństwie”, można by mówić o „judeoislamie”, albo przeciwstawiać wartościom „judeo-chrześcijańskim” wartości „judeo-mahometańskie”. Wszystko to fikcje.
Historyczne związki chrześcijaństwa z judaizmem są znane od dwóch tysięcy lat. Przez dwa tysiąclecia nie przychodziło jednak nikomu do głowy, by propagandowo przedstawiać te dwie tradycje jako jedną. Cóż zatem usprawiedliwia chęć, by „chrześcijaństwu” doczepiać przedrostek „judeo-”? Przedrostek ten ma sugerować jakąś bliżej nieokreśloną symbiozę obu religii, której w rzeczywistości nigdy nie było. Wprowadzanie go jest mistyfikacją.
Cywilizacja Zachodu powstała jako wielka synteza dziejowa trzech pierwiastków duchowych: żydowskiego monoteizmu, myśli greckiej i państwowości rzymskiej. Nazwa tej trójsyntezy brzmi „chrześcijaństwo”, bez żadnych kwalifikujących przedrostków. W tym połączeniu pierwiastki owe stworzyły coś jakościowo nowego, czego właściwości nie miał żaden z nich z osobna: niczym atomy węgla, tlenu i wodoru w cząsteczce cukru. Nie ma sensu mówić o „węglocukrach”, gdy żadnych innych cukrów nie ma; i podobnie nie ma sensu mówić o „judeochrześcijaństwie”, gdy innego nie ma. Zbitka słowna „judeochrześcijaństwo” służy za instrument do demontażu chrześcijaństwa: ma mu odbierać jego wyrazistość, rozmazywać jego historyczny kontur.
Zauważmy, że w świadomości społecznej działa ona tylko w jedną stronę: judaizuje chrześcijaństwo, nie chrystianizując judaizmu. Nie mówi się przecież o żadnym „chrystojudaizmie”; ani o „tradycji judeo-mahometańskiej”, choć dziedzictwo Starego Testamentu” obecne jest również w islamie (stąd np. jego roszczenia do Jerozolimy). Lewoskrętnej ideologii nie wadzą w Europie ni meczety, ni synagogi, ni aśramy. Wadzą jej tylko kościoły.
Ale - krzykną tu zaraz lewacy - sam Jan Paweł II mówił przecież o „starszych braciach w wierze”. Rzeczywiście tak się wyraził: najpierw w 1986 r. podczas swej historycznej wizyty w rzymskiej synagodze, a potem jeszcze dwukrotnie (w 1999 r. na audiencji generalnej i w 2000 r. podczas spotkania w Izraelu z dwoma naczelnymi rabinami, aszkenazyjskim i sefardyjskim). Cóż jednak wynika z tych słów papieża w odniesieniu do nazwy „judeochrześcijañstwo”?
Nic nie wynika.
Słynne słowa Jana Pawła II o „starszych braciach” to nie było orzeczenie papieskie o naturze chrześcijaństwa. To był wielki gest pojednawczy Kościoła wobec Żydów: historyczna propozycja by r a z e m wznieść się ponad zadawnione od dwóch tysięcy lat antagonizmy i podjąć wspólne dzieło ich stopniowego wygaszania. Ten historyczny gest zawisł jednak w próżni, bo z tamtej strony nikt się do braterstwa w wierze z nami nie przyznał. Odpowiedzią były i są jedynie coraz to nowe i coraz dalej idące roszczenia i oskarżenia, z próbami ingerencji w samą katolicką liturgię, to jądro wszelkiej religii, włącznie. (Doszło do tego, że starą i piękną pieśń wielkopostną „Ludu mój, ludu” uznano za wyraz „katolickiego antysemityzmu” i zażądano bezczelnie usunięcia jej z nabożeństwa Drogi Krzyżowej.) Nie mówiąc o tym, że nie zdobyto się nigdy na najmniejszy odruch wdzięczności za to, że ów wielki gest Kościoła wyszedł od papieża Polaka, jednego z rodu tych tak gorliwie i zajadle przez nich zniesławianych. Zamiast tego On i my usłyszeliśmy słowa „panie papież, weź pan te krzyże” - dla nas równie pamiętne jak tamte o „starszych braciach”.
Słowa o „starszych braciach w wierze” nie po to zostały wypowiedziane, by Ojciec święty chciał przemianowywać wiarę chrześcijańską, ani tym bardziej nie po to, by nieżyczliwi jej mieli nas czym dźgać. Były wyrazem dobrej woli, a także nadziei, że jedna dobra wola rodzi drugą. Nie zrodziła. Zamiast tego wsuwa się nam fikcję „judeochrześcijaństwa”, a winę za zagładę Żydów europejskich przesuwa się coraz wyraźniej z III Rzeszy na „chrześcijaństwo” – tu już bez przedrostka „judeo”.
Ani na chrześcijaństwo, ani ogólniej na chrześcijańską kulturę Zachodu judaizm właściwy – to znaczy talmudyczny – żadnego wpływu nie wywarł. Trwał obok nich, sam w sobie, jako odrębna formacja kulturowa. Gdy po rewolucji francuskiej Żydzi zaczęli w kulturze Zachodu czynnie uczestniczyć, działo się tak o tyle, o ile wychodzili duchowo poza granice swej wspólnoty i tamtą kulturą i wartościami nasiąkali. Ich późniejszy wielki wkład w kulturę Zachodu był kwestią ich przymiotów osobistych. (Może także plemiennych, ale to już rzecz wielce sporna.) W każdym razie wkład ten nie polegał na zaszczepieniu chrześcijaństwu i d e i judaizmu wziętych z chederu i Talmudu. Heine stał się wielkim poetą niemieckim, nie „judeo-niemieckim”; a Leśmian - polskim, nie „judeo-polskim”. Dopiero teraz, w XXI wieku „multikulturalne” lewactwo usiłuje narzucić nam np. świętowanie Purim czy Chanuki. Przemianowywanie chrześcijaństwa na polit-poprawne „judeochrześcijaństwo” ma zasiać w nas ziarno niepewności, kim właściwie jesteśmy: jakie jest nasze duchowe dziedzictwo. Wtedy bowiem łatwiej je zniszczyć. Nazwa „judeochrześcijaństwo” to znak na sztandarze współczesnego nihilizmu – nie czarnym już, ani czerwonym, tylko „tęczowym”. Można rzec, stanowi kryptonim tęczowego chrześcijaństwa. Takich tęczowych chrześcijan jest dziś wiele, a najwięcej w Krakowie.
Profesor Wolniewicz jest zdeklarowanym ateistą (przedstawia się jako "rzymski katolik - niewierzący"). Uściśla to precyzując, że nie wierzy w przetrwanie świadomości po śmierci. Natomiast nie neguje istnienia wyższej inteligencji nad człowiekiem.____________________
Żródło:
GŁOS POLSKI nr 6, 1-7.02.2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)




