piątek, 23 września 2016

Leon Chajn: Wymowne milczenie żydowskiej loży B'nai B'rith w przeddzień zagłady Żydów europejskich





"Gdybym wiedział, że możliwe będzie uratować wszystkie dzieci w Niemczech, wysyłając je do Anglii, a tylko połowę z nich wywożąc je do Ziemi Izraela, wówczas opowiedziałbym się za tą druga opcją."
(Ben Gurion na spotkaniu syjonistycznym w Wielkiej Brytanii w 1938 r.)



"Gdybym został poproszony, "Czy byłby pan łaskaw użyczyć pieniędzy UJA (United Jewish Appeal) dla ratowania Żydów, 'Powiedziałbym NIE! i jeszcze raz NIE!"
(Izaak Greenbaum - przewodniczący JARC (Jewish Agency Rescue Committee), 18 lutego 1943)



” Zadają mi pytanie: Czy jesteście w stanie przenieść sześć milionów Żydów do Palestyny? Odpowiadam: nie. Z tragicznej przepaści chcę uratować dwa miliony młodych… A starzy powinni zniknąć… Oni są pyłem ekonomicznym i duchowym w tym okrutnym świecie… Tylko młoda gałąź przeżyje."
(Chaim Weizmann, przewodniczący Światowej Organizacji Syjonistycznej w latach 1921-1931,1935-1946)










Leon Chajn: Wymowne milczenie żydowskiej loży B'nai B'rith w przeddzień zagłady Żydów europejskich *)




Pod wpływem wystąpień antysemickich w pierwszych latach XX wieku elementy syjonistyczne zaczęły domagać się od zakonu zmiany jego postawy wobec syjonizmu. Niemałą role w tym zakresie odegrały niektóre polskie loże, zwłaszcza małopolskie, gdzie w kołach inteligencji żydowskiej szeroko rozwijał się syjonizm. Loża "Solidarność" już na posiedzeniu w dniu 16 XI 1920 r. uznała, że poparcie dla Keren Hajesod (Fundusz Odbudowy Palestyny) stanowi święty obowiązek wszystkich braci, że w tej sprawie należy zwołać uroczyste zebranie i delegować przedstawiciela do prezydium zarządzającym tym funduszem. W dniu 4 I 1921 r. zapadła uchwała o opodatkowaniu członków loży "Solidarność" na rzecz Keren Hajesod, a 30 IV 1921 r. ukonstytuował się komitet Funduszu pod przewodnictwem dra Adera (wiceprezesem został dr Szymon Feldblum, sekretarzem - inz. Tobiasz Wexner).

Na pierwszym posiedzeniu Wielkiej Loży polskiego dystryktu 9 I 1924 r. uchwalono poparcie dla "sprawy odbudowy Palestyny" jako
"wspólny ponadpartyjny obowiązek każdego dobrego, z żydostwem współczującego Żyda, bez względu na jakiekolwiek odmienne przekonania religijne, polityczne i społeczne wśród żydów."

(...) Radykalny zwrot zakonu w kierunku prosyjonistycznym nastąpił w kwietniu 1925 r. na posiedzeniu Wielkiej Loży Konwencyjnej, która obradowąła w Atlantic City. Na wniosek II dystryktu przyjęto jednomyślnie rezolucję:
"Wielka Loża konwencyjna odnosi się z pełną sympatią do praktycznej pracy konstruktywnej, dokonywanej w Palestynie, zadaniem której to pracy jest uczynić w Palestynie bezpieczną i szczęśliwą ojczyznę dla Żydów, którzy pragną tam żyć i poleca się Wielkiej Loży Konstytucyjnej współdziałać z organizacjami, które uważa za najbardziej powołane do osiągnięcia tego celu."

(...) Na posiedzeniu "Wspólnoty pracy" 28 XII 1927 r. w Berlinie dr Ader wystąpił z inicjatywą propagowania języka hebrajskiego jako środka porozumiewania się Żydów i wskazywał na konieczność zajęcia pozytywnego stanowiska wobec problemu palestyńskiego, wobec haseł, które propaguje i urzeczywistnia syjonizm będący dzisiaj nie partią, ale ruchem ogólnożydowskim.

(...) Ścisły Komitet na posiedzeniu w dniu 9 X 1930 r., w związku z otrzymanym listem z biura Keren Kajemeth Leisrael (Żydowskiego Funduszu narodowego) z dnia 6 VI 1939 r., uczynił dalszy krok w kierunku syjonizacji zakonu i wezwał loże do do poparcia także tego funduszu.
Szczególnie bliskie stosunki łączyły zakon, a zwłaszcza polski dystrykt, z Żydowską Agencją [Jewish Agency]. Na zasadzie deklaracji angilskiego premiera, przywódcy Partii Konserwatywnej, Artura Balfoura, z dnia 2 XI 1917 r. Rada Ligi Narodów, ustanowiwszy 24 VII 1922 r. mandat nad Palestyną, powierzyła jej administrację Wielkiej Brytanii. W art. 4 mandatu przewidziane było utworzenie tzw. Jewish Agency jako korporacji prawa publicznego, która ma za zadanie współpracować z władzą mandatową w sprawach dotyczących założenia żydowskiej siedziby narodowej w Palestynie. Organami Agencji były: Rada, Komitet Administracyjny i Egzekutywa. Rada Agencji miała się składać w połowie z członków organizacji syjonistycznej i w połowie z niesyjonistów. W wyniku długotrwałych pertraktacji z Louisem Marschalem i Feliksem Warburgiem, rzecznikami niesyjonistycznej części żydostwa amerykańskiego, przedstawiciele organizacji syjonistycznej osiągnęli porozumienie co do form organizacyjnych i planów pracy przyszłej agencji. Ludność żydowska Polski miała za pośrednictwem 14 przedstawicieli uczestniczyć w niesyjonistycznej części rady. Na zgromadzeniu, które w Zurychu 14 VIII 1929 r. wybrało Radę liczącą 112 członków, z ramienia polskich niesyjonistów byli dwaj członkowie B'nei B'rith, dr Leon Ader i dr Samuel Goldflam (Warszawa).

(...) W składzie prezydium Reprezentacji Agencji w Polsce, liczącym 17 osób, zasiadało 10 człoków B'nei B'rith. Jeszcze większy wpływ mieli członkowie zakonu reprezentujący agnecję dla zachodniej Małopolski i Śląska. Ponadto na czele dyrektorium Keren Hajesod stanął poseł dr Thon.

Na posiedzeniu Generalnego Komitetu w dniu 21 V 1930 r. uchwalono rezolucję następującej treści:
"W obecnej dla odbudowy Palestyny tak ciężkiej i decydującej chwili jest obowiązkiem wszystkich stowarzyszeń B'nei B'rith w Polsce stanąć zwarcie po stronie Agencji Żydowskiej i jej organów i poprzeć z cąłych sił wszelkie jej usiłowania w kierunku zrealizowania praw nadanych Żydom deklaracją Balfoura i mandatem palestyńskim."

Zwrot zakonu ku syjonizmowi nie dokonywał się bez kontrowersji, a niekiedy i ostrych konfliktów. Zachowanie w tej sprawie materiały odzwierciedlają zatargi w przytłumionej poniekąd formie. Jeśli chodzi o stosunek do syjonizmu, polskie loże można podzielić na dwie grupy: pierwsza lansowała politykę syjonistyczna, druga przyjmowała tę politykę z nieukrywanym oporem. Do pierwszej grupy można zaliczyć loże w Krakowie, Warszawie, Lwowie, Stanisławowie, do drugiej - pozostałe loże. Loże pierwszej grupy mające swe siedziby w dużych ośrodkach miejskich, posiadały dominujący wpływ w kierownictwie polskiego dystryktu i w istocie ten fakt przesądzał o obliczu zakonu.







(...) Głęboki kryzys dotknął zakon, zwłaszcza zaś jego polski dystrykt, gdy w Niemczech do władzy doszedł Hitler, a w Europie pogłębiły się nacjonalistyczne i faszystowskie nastroje. Kapitulancka postawa zachodnich polityków wobec nazizmu i narastającej fali faszyzmu na politykę centralnego kierownictwa zakonu w Stanach Zjednoczonych i w Europie zachodniej, związanego różnymi nićmi z zachodnią elitą władzy. Postawa bierna i wyczekująca musiała wywołać ostry sprzeciw mas ludowych, w tej liczbie i mas żydowskich, szczególnie zagrożonych polityką gwałtów i mordów, dokonywanych przez hitlerowców na Żydach.

Wzmagający się kryzys w polskim dystrykcie najlepiej obrazuje dyskusje i tarcia w czasie posiedzeń różnych organów zakonu. Polskie loże domagały się, by zakon zajął stanowisko wobec wydarzeń w Niemczech. Na doraźnie zwołanym spotkaniu w dniu 6 VI 1933 r. w Krakowie z udziałem [Leona] Adera, [Ozjasza] Thona, i dra [Michała] Ringla, ustalono, że B'nei B'rith w Polsce nie powinien działać samodzielnie, dopóki nie uzyska opinii prezydenta zakonu Alfreda Cohena i kierownictwa niemieckiego dystryktu. Pod niesłabnącą presją lóż Ścisły Komitet zdecydował się zwołać posiedzenie "Wspólnoty Pracy". Prezydent czechosłowackiego dystryktu, w którego gestii leżało wówczas zwoływanie posiedzeń, uzależnił spełnienie tego obowiązku od udziału reprezentantów dystryktu niemieckiego. Okazało się jednak, że kierownictwo VIII [niemieckiego] dystryktu nie "życzy sobie protestów zagranicznych Wielkich Lóż" i apeluje tylko o pomoc materialną.

Dystrykt niemiecki, czechosłowacki i angielski (sir Samuel Herbert) opowiedziały się przeciw organizowaniu wystąpień B'nei B'rith. Sprawozdania otrzymywane z Berlina i łagodny ton niemieckiego miesięcznika "Ordens B'nei B'rith Mitteilungen" z lutego-marca 1933 r. pozostawały w jaskrawej sprzeczności z faktyczną sytuacją i relacjami poznańskiej "Amicitii", która skierowała swojego przedstawiciela do granicznej stacji Zbąszyń, gdzie masowo przybywali uciekinierzy-Żydzi z Niemiec. Podjąwszy szereg postanowień co do materialnej pomocy dla reemigrantów i wezwawszy loże do organizowania komitetów pomocy i zbiórek pieniężnych, Ścisły Komitet wydelegował dra Adera do Pragi, aby w bezpośrednich rozmowach z Josephem Popperem i Moritzem Schnablem (Wiedeń) ustalił, czy i jak ma się tym zająć "Wspólnota Pracy". Wobec tego, że niemiecki dystrykt dalej nie życzył sobie zajęcia się tą sprawą, uczestnicy praskiej konferencji uznali za bezcelowe zwoływanie "Wspólnoty" bez udziału najbardziej zainteresowanych, tj. członków VIII dystryktu. Problem skomplikował się jeszcze bardziej, gdy w nadesłanym z Ameryki kwietniowym numerze "B'nei B'rith Magazine" nie znaleziono wiadomości na temat sytuacji w Niemczech. Część działaczy polskiego dystryktu wypowiadała się jednak za potrzebą wyrażenia "głośnego i ostrego protestu", albowiem, ich zdaniem, chodziło przede wszystkim o "interes całego żydostwa". a nie o ewentualne wyrządzenie szkody niemieckiemu dystryktowi. inni uważali, że protest polskiego dystryktu bez wystąpienia Pragi, Wiednia i Londynu, zwłaszcza zaś Waszyngtonu, nie będzie miał dostatecznej wymowy: B'nei B'rith jest związkiem światowym i należy działać wspólnie. Co więcej, zwolennicy wstrzemięźliwej taktyki byli przeciwni oficjalnemu udziałowi zakonu w utworzonym przez gminy żydowskie komitecie pomocy dla uchodźców i w konferencji zwołanej do Warszawy na 23 IV 1933 r. przez szereg organizacji żydowskich.

4 VI 1933 r. Wielka Loża skierowała do "Solidarności" list, w którym czytamy:
"W sprawach tych nie wolno nam kierować się jedynie naszym naturalnym uczuciem i w tej dla naszego Zakonu i losów jego decydującej sprawie staramy się poznać zdania, przekonani i życzenia wszystkich decydujących władz i organów Zakonu. [...] Prosimy Kochanych Braci, aby - aż do odwołania - na zewnątrz nie ogłaszali oświadczeń, które mogłyby uchodzić jako oficjalne deklaracje naszego Zakonu lub jego władz."[27]

Podobny list przesłano do "Braterstwa" z prośbą, "aby naturalnemu swojemu oburzeniu i ciężkiej trosce o losy całego żydostwa zechcieli nie dawać wyrazu na zewnątrz", dopóki nie nastąpią decyzje "osobistości do tego najbardziej powołanych".[28]

Stanowisko zwolenników wyczekiwania spotkało się z ostrym atakiem polskich lóż. Loża "Leopolis" w liście z 27 IV 1933 r. pisała:
"Dalsza nasza neutralność wykluczona". Członkowie "Solidarności" na posiedzeniu w dniu 24 IV 1933 r. zażądali zwołania w najkrótszym czasie Zgromadzenia Reprezentantów lóż, aby ustosunkowało się ono do wydarzeń. Na tymże posiedzeniu zgłoszono nawet wniosek o wystąpienie dystryktu ze "Wspólnoty". "Amicitia" domagała się "wystąpienia na zewnątrz z największą energią". "Montefiore" żądała zwołania posiedzenia "Wspólnoty", aby zamanifestować "nieprzejednane" stanowisko polskich lóż.

Relacjonując przebieg kolejnego posiedzenia "Solidarności" adw. Dawid Süskind mówił na zebraniu Generalnego Komitetu w dniu 7 V 1933 r.:
"[...] Zakon nasz wobec wydarzeń nie stanął na wysokości zadania [...], nie sprostaliśmy obowiązkom [...], długo zakon milczał [...], odczuwamy żal do zakonu [...]. Prośba VIII dystryktu nie może wchodzić w rachubę i być miarodajną, bo wszelkie enuncjacje Żydów niemieckich [...] są pod naciskiem rządu Hitlera. Loże niemieckie są stracone, chodzi o żydostwo całego świata. Wiemy, że nasz rząd przez szereg tygodni bardzo energicznie występował w obronie Żydów niemieckich. Od pewnego czasu nie ma o tym ani słowa. Wiadomo, że Hitler przyjął Wysockiego. a Beck posła niemieckiego i że omawiano wzajemne stosunki. [...] Niepokój wywołuje stanowisko żydów angielskich. W parlamencie odbyła się poważna dyskusja na temat wydarzeń w Niemczech, a komitet żydowsko-angielski jest przeciwko zbiorowej akcji żydostwa. Do czego zmierza ta polityka tłumienia? Mówią, ze kapitał angielski i amerykański boi się, aby w Niemczech nie stracić swoich pieniędzy, i dlatego tłumi odruch, który ma ratować przed zagładą."

Głosy, które usiłowały reprezentować umiarkowanie i wstrzemięźliwość (Robinson: "Dobrze, że zakon zbierał siły i milczał. Nie wolno szkodzić lożom niemieckim przez wystąpienia w ich interesie, ale wbrew ich woli. Działać z rozwagą, nie stać nas na wojnę otwartą"), okazały się w mniejszości. Mimo "zdziwienia Adera zbyt radykalnym stanowiskiem niektórych mówców" ("ludzie są obecnie rewolucjonistami, odnoszę to m.in. do osoby naszego kochanego brata Rafała Landaua"), mimo jego apeli ("Główną podstawą naszego zakonu jest współdziałanie wszystkich dystryktów") zebrani uchwalili zasady zdecydowanie aktywnego działania i zobowiązali Adera, aby z całą siłą bronił tego stanowiska na posiedzeniu "Wspólnoty Pracy", które zostało zwołane do Marienbadu na 13-14 V 1933 r.

Gdy "Wspólnota" odrzuciła polskie wnioski, w polskich lożach zawrzało, a na Zgromadzeniu Reprezentantów w dniu 19 VI 1933 r. Fryderyk Reichmann stwierdził, że "brak reakcji to brak sił młodych we władzach naszego zakonu. [...] Wiekowi już prezydenci i naczelnicy władz naszego zakonu powinni przybrać sobie siły młodsze i energiczniejsze"...

Ader zrozumiał, pod czyim adresem zostały wypowiedziane te słowa krytyki, i wystąpił z propozycją... przeniesienia siedziby Wielkiej Loży do Warszawy.






Zgromadzenie Reprezentantów przyjęło końcową rezolucję następującej treści:
"Dystrykt XIII jednomyślnie daje wyraz swojemu zapatrywaniu, że dotychczasowe stanowisko "Wspólnoty Pracy" nie odpowiadało całej tragice losów Żydów niemieckich. Nie należy spuszczać z oka ani nie wolno zapominać, że teraz już nie rozchodzi się o byt lub niebyt 600 000 Żydów w Niemczech, lecz chodzi obecnie o egzystencję żydostwa we wszystkich krajach europejskich. Zwracamy się, w uwzględnieniu tej okoliczności, do "Wspólnoty Pracy" z prośbą i wezwaniem o zrewidowanie dotychczas zajmowanego stanowiska i uwzględnienie, że w przeciwnym razie idea B'nei B'rith w krajach o największych skupieniach żydostwa mogłaby bardzo ucierpieć, a nawet doznać wstrząśnienia w oczach opinii publicznej. Wielka Loża w Polsce zwraca się do Czcigodnego Komitetu Egzekutywnego w Cincinnati z usilną prośbą [...], aby wedle możliwości wszystko uczynił, by zapobiec i wstrzymać grożącej katastrofie. Również prosimy, aby nie omijać odwoływania się do opinii publicznej i do rządów wszystkich państw, gdyż chodzi o losy żydostwa w całym świecie, a zastępując 3 000 000 Żydów w Polsce, widzimy jasno i odczuwamy, jakie znaczenie miałoby zwycięstwo hitleryzmu i jaką bezdeń poniżenia i nieszczęść ściągnęłoby to na Żydów całego świata."

W dniach 29 X - 1 XI 1933 r. odbyła się w Londynie konferencja w sprawie pomocy dla niemieckich Żydów; brali w nie udział prezydent zakonu A.M. Cohen i sekretarz dr J.M. Rubinow. Jak wynika z nadesłanego do Polski sprawozdania, konferencja "przeszła z zupełnym milczeniem nad sentymentalnymi metodami parad protestacyjnych [...], do których masy, kierujące się naturalnym oburzeniem, były skłonne przywiązać tak wielkie znaczenie". Hasłem konferencji było "Less talk and more action" ("Mniej słów, a więcej czynu").

O "realizmie" w ocenie powstałej sytuacji przez czołówkę światowego żydostwa może świadczyć opinia prezesa Wszechświatowej Egzekutywy Syjonistycznej, Nachuma Sokołowa. Ambasador RP w Londynie Konstanty Skirmunt w raporcie politycznym nr 10 z 7 IV 1933 r. do MSZ podawał:
"P. Sokołów jest zdania, że najostrzejsza faza wybryków antyżydowskich w Niemczech minęła".

I dalej, w sprawie bojkotu Żydów:
"P. Sokołów jest zdania, że Niemcy walkę w końcu przegrają - gdyż, jak mówił - "jesteśmy dość silni, aby do tego doprowadzić""[29]

Charakterystyczny był list, jaki kierownictwo polskiego dystryktu wysłało dla uspokojenia nastrojów w loży "Solidarność" w rok po dojściu Hitlera do władzy. W liście datowanym 26 III 1934 nr 8693/A/Rt czytamy:
"Z zupełnie wiarygodnego źródła otrzymaliśmy wiadomość, że Wielka Loża dystryktu VIII pracuje i nadal bez przeszkody i że mylne jest przypuszczenie, jakoby w biurach Wielkiej Loży miała mieć miejsce rewizja. W dystrykcie VIII żadnej loży nie rozwiązano. a tylko niektórym lożom zarekwirowano lokale [...]. Z innej również zupełnie wiarygodnej strony otrzymaliśmy wiadomość, że pomijając kilka zdarzeń czysto lokalnej natury nie można podnosić zarzutu przeciw zarządzeniom władz."

Wypadki w Niemczech i w Europie potoczyły się tak szybko, że kryzys, jaki rozpoczął się w polskim dystrykcie, pogłębiał się z każdym rokiem. Kierownictwo zakonu przez niemal pięć lat nie zwoływało posiedzeń Komitetu Generalnego. W dwuletnich odstępach odbywały się jedynie posiedzenia Zgromadzenia Reprezentantów, w czasie których stwierdzano, że w lożach nic pozytywnego, stosunki naprężone i pozbawione celowego działania".[30] Wizja utraty wszelkich walorów atrakcyjności "idei B'nei B'rith" nawet w bardzo ograniczonych kręgach dotychczasowych jej zwolenników, rekrutujących się głównie z kół plutokracji żydowskiej, zaczęła się w pełni urzeczywistniać. Dr Ader relacjonując sprawozdanie, jakie 11 II 1935 r. przesłał do Cincinnati, zmuszony był przyznać, że w lożach występują "pożałowania godne rozdrażnienia" i obserwuje się "pozostawanie w martwym punkcie spraw zakładania nowych lóż, wydawanie własnego organu". Stwierdził też, że "nasz dystrykt nie może wykazać się postępem".

Jeszcze gorzej wypadł ten bilans po upływie dalszych trzech lat. Na posiedzeniu Komitetu Generalnego w dniu 20 II 1938 r. odnotowano
"[...] słabą frekwencję na posiedzeniach lóż, stale przychodzi połowa, druga zaniedbuje, lekceważy. Część nie płaci składek. Nuworysze kilka lat temu uważali za zaszczyt należenie do lóż - dziś nie przywiązują wagi. Regeneracja musi nastąpić od wewnątrz. [...] Lepsze do tego są loże mniejsze z doborowymi członkami aniżeli hołdujące zbytniemu liberalizmowi w przyjmowaniu członków"

...




Trzeba było hitlerowskiego kataklizmu, aby większość członków zakonu uświadomiła sobie, jaką wartość miały ich związki z zachodnimi dystryktami i czyim interesom te dystrykty służyły. Organizowanie protestów, akcji przeciwdziałających pochodowi hitleryzmu w Europie natrafiały na opór dystryktów zachodnich, powiązanych z miejscowym kapitałem i z macierzystymi ośrodkami władzy politycznej, obawiających się narażenia na szwank swych interesów zakotwiczonych w nazistowskich Niemczech.

Więzy "braterskiej" solidarności nie wytrzymały próby życia wobec przeciwstawnych więzów klasowych. Polski dystrykt w momencie dojścia Hitlera do władzy w 1933 r. został osamotniony i zbliżał się do całkowitego ideowo-organizacyjnego bankructwa.



Przypisy:
27. Archiwum Państwowe Kraków i Woj. Krak. 7382/A/Rt
28. Tamże, 7374/A/Rt.
29. AAN - Ambasada RP w Paryżu, teczka 303, s.135-136.
30. Wystąpienie Reichmanna na posiedzeniu w dn. 24 III 1935.


*) Leon Chajn, Wolnomularstwo w II Rzeczypospolitej, Czytelnik, Warszawa, 1975. s.535-557, 575.



dodajdo.com

poniedziałek, 12 września 2016

Prof. Shlomo Avineri wpada w gniew



„Ponad trzy miliony Żydów zginęło w Polsce i Polacy nie będą spadkobiercami polskich Żydów. My nigdy na to nie pozwolimy. (...) Będziemy im to powtarzać dopóki Polska ponownie nie zamarznie. Jeśli Polska nie zaspokoi żydowskich żądań będzie publicznie atakowana i upokarzana na forum międzynarodowym”. (Israel Singer, sekretarz generalny Światowego Kongresu Żydów)


Prof. Shlomo Avineri wpada w gniew


Shlomo Avineri jest profesorem nauk politycznych na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie oraz członkiem Izraelskiej Akademii Nauk. Jak sam stwierdza, przybył do Palestyny z rodzicami tuż przed wybuchem II wojny św. podczas gdy reszta jego rodziny pozostałej w Polsce zginęła podczas zagłady. Przedstawia się jako przyjaciel Polski, wielokrotnie odwiedzający nasz kraj, znający polski język, historię i kulturę, w przeszłości wykładowca Uniwersytetów Warszawskiego i Jagiellońskiego, członek Polskiej Akademii Sztuki, autor publikowanych w Polsce książek i artykułów. Jako taki, dowiedziawszy się o zmianach w polskim prawie i w polskiej polityce historycznej, prof. Shlomo Avineri wpada w gniew ("I understood – but was also furious)". *)



Avineri jest przy tym nawet skłonny uznać do jakiegoś stopnia podnoszoną przez stronę polską kwestię tzw. "polskich obozów zgłady". Zaznacza jednak natychmiast, że Polska przez penalizację przypadków zniesławiania narodu polskiego upodabnia się do "niedemokratycznych reżimów", ponieważ (jego zdaniem) kwestia ta powinna być przedmiotem nie kryminalizacji, ale "częścią dyskursu publicznego, wyjaśnień historycznych, kontaktów dyplomatycznych, edukacji".

Co wzbudza jego, przyjaciela Polski, autentyczną furię, jest informacja, że mogłyby ponownie zostać zbadane przez rząd warszawski okoliczności śmierci Żydów, mieszkańców Jedwabnego w 1941 r., ustalone jednoznacznie i podane do wiadomości światowej opinii publicznej przez historyka Jana Tomasza Grossa. W przypadku Jedwabnego kończy się prof. Avineriego skłonność do "dyskursu, wyjaśnień historycznych", a być może nawet przetargów i negocjacji polityczno-dyplomatycznych - dla izraelskiego naukowca, przyjaciela Polski ta sprawa zdaje się być na zawsze ostatecznie wyjaśniona i nie podlegająca jakiejkolwiek dalszej dyskusji.

Cóż w takiej sytuacji może zrobić niezawodny przyjaciel Polski z Izraela, kiedy widzi, że rząd w Warszawie usiłuje dokonać rewizji uznanego już wcześniej przez przez obie strony obrazu historii, oprócz uczucia furii, jak go ogarnia? Może uświadomić sobie, a przy okazji polskim przyjaciołom państwa leżącego w Palestynie, jak też całej światowej opinii publicznej, że istnieją jakoby pewne niedopowiedzenia, pewne pytania dotyczące polskiej historii, które to pytania nie były przez stroną izraelską dotąd poruszane, "głównie ze względu na uznanie straszliwego cierpienia narodu polskiego w czasie II wojny światowej", a które być może warto byłoby w zaistniałej sytuacji odświeżyć i przypomnieć.

Jakie to kwestie? Prof. Avineri dostrzega ich znaczną liczbę. Po pierwsze - "dlaczego polska podziemna nie powstała przeciwko okupacji niemieckiej w ciągu ostatnich czterech lat" niemieckiej okupacji? Po drugie - "dlaczego polskie podziemie nie próbowało zakłócić systematyczną eksterminację trzech milionów Żydów, wszystkich polskich obywateli, przez Niemców"? Po trzecie - "dlaczego Polska podziemna stała bezczynnie, podczas gdy niedobitki 300.000 żydowskich mieszkańców Warszawy wznieciły powstanie przeciwko okupantowi"? (Avineri jest przekonany, że możliwe było w dowolnym czasie nie tylko o powstanie w Warszawie, ale i powstanie powszechne, w całej Polsce.) Pytanie to za chwilę uzyskuje postać "dlaczego "nie zrobiono nic, aby zapobiec zorganizowanemu zabójstwu trzech milionów Żydów polskich lub ułatwić powstanie w getcie"? Po czwarte - "dlaczego polski rząd nie zgodził się na wejście wojsk radzieckich [komunistycznych] na terytorium Polski w celu wypędzenia Niemców"?

Zdaniem izraelskiego naukowca, specjalisty od nauk politycznych, tylko z tego jednego powodu, polskiej awersji do ZSRR można było uniknąć II wojny światowej: nie byłoby paktu Ribbentrop-Mołotow, powstałaby antyhitlerowska koalicja, a w związku z tym także "Holocaust nie miałby miejsca".

Jak widać, niektórzy izraelscy przyjaciele Polski dysponują przebogatym arsenałem środków "perswazji" w obronie dotychczasowego status quo, utrwalonego orzecznictwa, by tak rzec, w sprawach żydowskich - czy to Jedwabnego 1941, czy rzekomego "pogromu kieleckiego" z lipca 1946 r. Profesor nauk politycznych Uniwersytetu Hebrajskiego zdaje sobie świetnie sprawę, że pytania w rodzaju "co by było, gdyby" można mnożyć w nieskończoność, a przy tym nie istnieje na nie odpowiedź jednoznacznie negatywna.

Powiedzmy sobie otwarcie - nie chodzi tu zresztą o odpowiedź, ale o mnożenie w nieskończoność pytań bez odpowiedzi, pytań insynuacji. Można więc bezkarnie, bez obawy o polską sankcję karną wsączać w świadomość mniej zorientowanej w sprawach żydowskich światowej opinii publicznej, w tym zwłaszcza żydowskiej, przekonanie, iż Polacy mogli rzekomo uczynić bardzo wiele, aby uratować Żydów od zagłady, mogli nawet całkowicie nie dopuścić do zagłady, a nie zrobili praktycznie nic. Właściwie nawet więcej, niż nic - swoją katastrofalną decyzją o niewpuszczeniu wojsk bolszewickich na polskie terytorium, wedle tej optyki, sprowadzili na Żydów całe nieszczęście zagłady.

Na niewiele zda się najprawdopodobniej oficjalna polska argumentacja, że Polska nie mogła po prostu abdykować, rozwiązać się, anihilować jako państwo na samą jedynie wieść o ewentualnej możliwości agresji ze strony Niemiec. Daremne też będą zapewne wszelkie polskie zapewnienia i tłumaczenia, że jakiekolwiek polskie powstanie pod niemiecką okupacją bez możliwości bezpośredniego wsparcia aliantów byłoby tylko i wyłącznie dołożeniem do zagłady żydowskiej zagłady narodu polskiego.

Na zrozumienie jednak tych kwestii nie mamy specjalnie co liczyć. W cywilizacji żydowskiej bowiem nie liczy się prawda historyczna o danych zdarzeniach, ani realia polityczno-społeczne, czy militarne, ale ważna jest głownie i przede wszystkim konkluzja moralna, kwalifikacja prawna czynu, czy braku czynu, postawy zaniechania, jaka z danej narracji w świetle żydowskiego prawa religijnego wypływa.

W tym kontekście niezwykle symptomatyczna wydaje się wypowiedź jednej z żydowskich uczestniczek którejś z licznych konferencji na temat żydowskiego holocaustu z lat 1996-1997. Wyraziła się ona mniej więcej w ten sposób, że "my Żydzi, widząc, że was Polaków wiozą na zagładę, rzucilibyśmy się i zębami rwalibyśmy szyny, po których wieziono by was do Oświęcimia".

Widać zarówno z powyższych pytań prof. Avineri, jak i z ostatniej wypowiedzi, jak wielka, wręcz poza jakąkolwiek dyskusją była, jest i z pewnością pozostanie w oczach strony żydowskiej rzekoma polska wina w stosunku do Żydów.

Można oczywiście machnąć ręką czy wzruszyć ramionami na całą tę chucpę, przybraną w pozory obiektywizmu i przyjaźni, bo na inne miano to całe dążenie Avineriego do prawdy historycznej właściwie nie zasługuje. Nie należy jednak przy tym równocześnie zapominać, że naród żydowski jest narodem poważnym, a naród poważny nie rzuca słów na wiatr. A już zwłaszcza oskarżeń o zbrodnie w stosunku do siebie.

Nie można też ani na chwilę zapominać, że
"...Stale powiększa się grupa żydowskich i nie tylko żydowskich fałszerzy historii, którzy korzystając ze społecznej aury nadawanej tzw. ocalałym z Holokaustu, piszą książki, jeżdżą z pogadankami, występują w radio, telewizji i opowiadają najczęściej zmyślone historie o czasach wojny i swoim w niej udziale. Ich działalność jest nagłaśniana przez Przemysł Holokaustu, który nie interesując się prawdziwym przebiegiem II Wojny Światowej, ale dąży do całkowitej kontroli nad debatą historyczną i do czerpania różnego rodzaju korzyści, w tym roszczeń finansowych."
(Elie Wiesel - oszust stulecia? Myśl Polska, nr 37-38 (11-18.09.2016)

Wreszcie, nie od rzeczy także będzie wziąć pod uwagę, że prof. Shlomo Avineri jest aktualnie osobiście zaangażowany w rewitalizację myśli żydowskiego XIX w. filozofa Mojżesza Hessa, "Czerwonego Rabina", żydowskiego ideologa który, jak twierdzą niektórzy biografowie, "nawrócił Marksa i Engelsa na komunizm", a Teodora Herzla zapłodnił ideą syjonizmu. Hess głosił ponadto, że marksistowska (komunistyczna) walka klas jest problemem wtórnym, natomiast pierwszoplanowym jest walka ras i cywilizacji oraz dążenie do spełnienia przez rasy misji, danej im przez Opatrzność. Jako skutek narodowego odrodzenia Izraela w jego pradawnej ojczyźnie
"religijny geniusz żydów będzie, niczym legendarny gigant, czerpał nową moc przez nauczanie Matki Ziemi [wszystkich narodów świata - przyp. J.R.], ożywiany świętym duchem Proroków".
(Mojżesz Hess: Święta historia ludzkości i inne dzieła, 2004)

Wszystko to biorąc pod uwagę można z dostateczną pewnością powiedzieć, że jest właściwie jedynie kwestią czasu, kiedy absurdalne zarzuty Avineriego o rzekome polskie współsprawstwo z Niemcami w żydowskiej zagładzie, choćby tylko początkowo tylko pośrednie, tylko w postaci łagodnych napomnień i insynuacji jedwabnych rękawiczkach, spadną w pewnej chwili nam na głowy jak kamienna lawina w postaci jak najbardziej rzeczywistego publicznego aktu oskarżenia. Czy raczej procesu eskalacji oskarżania i upokarzania. Być może nie od razu, zapewne dopiero w jakiejś przyszłości, w świetle przyszłego jeszcze "sprawiedliwszego" prawa międzynarodowego, w jakimś nowym wspaniałym ładzie światowym, w którym niekoniecznie będziemy mieli do powiedzenia tyle, ile nam się zdaje obecnie. Na początek wystarczy, że w światowej opinii publicznej zakorzenią się jako pewniki - coś zupełnie naturalnego, oczywistego, nie budzącego niczyich większych wątpliwości.

Może zatem powtórzyć się à rebours historia, w której jednak tym razem to my, Polscy, staniemy się przedmiotem osądu "historii" - procesu nadzorowanego tym razem nie z Norymbergi, Bonn, Londynu czy Waszyngtonu, ale z Jerozolimy. Jeżeli nie podejmiemy właściwych kroków zapobiegawczych, przeciwdziałających rozsadnictwu insynuacji i fałszywych oskarżeń przeciwko Polsce, przeciwko narodowi polskiemu, możemy liczyć się z tym, że znajdziemy się niebawem dokładnie w tej samej sytuacji, w jakiej znaleźli się Żydzi w II RP w przededniu II wojny światowej. Nie wiadomo, czy będziemy mogli skarżyć się głośno na krzyczącą niesprawiedliwość świata, czy już tylko milcząco znosić palącą gorycz powszechnej pogardy i upokorzenia.


*) Shlomo Avineri Quo Vadis, Poland, Ha'aretz, 3.09.2016


dodajdo.com

środa, 24 sierpnia 2016

Rozkaz Józefa Piłsudskiego, Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych (Wojska Polskiego), "O łączności"






Warszawa, dn. 27.III.1929 r.
Ściśle tajne

GENERALNY INSPEKTOR SIŁ ZBROJNYCH
L.dz. 465/tjn/B.I
16

Do
Szefa Sztabu Głównego,
obu Wiceministrów Spraw Wojsk.,
wszystkich Panów inspektujących wojska,
wszystkich dowódców dywizji piechoty i ich zastępców
oraz do wszystkich oficerów przykomenderowanych do dowództw dywizji dla łączności, szefa brygady łączności i dowódców batalionów łączności przy drugim Wiceministrze i do dowódców obozu łączności w Zegrzu


O łączności

W tym roku do dowódców dywizji piechoty przydzieliłem jako część integralną dowództwa oficerów łączności. Nie mogę nie zwrócić uwagi na ten fakt stanowiący wyłom w dotychczasowej dostatecznie idiotycznej pracy konstrukcyjnej w stosunku do wojska. Łączność w wojsku podczas wojennych wypadków jest taką samą bronią, jak armata, karabin maszynowy, jak kuchnia polowa, jak wóz amunicyjny kompanii. Jest nawet więcej i więcej znaczy dla działań wojennych niż te wszystkie wymienione rodzaje służb czy broni. Bez łączności bowiem nie ma i być nie może skoordynowanej pracy wojska, nie ma złączenia wysiłków krwawych żołnierza dla odniesienia zwycięstwa i krew ludzka leje się darmo, leje się niepotrzebnie, tak jak w jakiejś awanturze karczemnej bezcelowo i bez żadnej korzyści dla celu postawionego wojsku szukania zwycięstwa nad nieprzyjacielem. Dlatego też powtarzać zawsze będę, że lepsza jest dobra łączność niż armata, niż karabin maszynowy, niż kuchnia polowa i wóz amunicyjny. Moje określenie, które stale przy grach wojennych powtarzam, jest, że wojsko bez pracy nad łącznością staje się zwyczajną dziwką szukającą awantur miłosnych po różnych lasach i pagórkach, bez żadnej korzyści dla wojny oprócz zadowolonej rozdziwaczonej pindy.

Jest to stara i prawdziwa prawda, że oficer, który najmniejszą częścią wojska dowodzi, musi być tak zrobiony, iż zupełnie mechanicznie, nie myśląc specjalnie o tym, szuka połączenia siebie a) z dowódcą wyższym, który nim dowodzi, b) z sąsiednimi grupami, ażeby zdobyć wspólną prawdę wspólnego bezpieczeństwa tak, aby darmo i niepotrzebnie ludzkiej krwi nie przelewać, to znaczy, iż oficer przedtem nim zje, zanim napije się herbaty, nim w ogóle odpocząć sobie pozwoli, musi najzupełniej mechanicznie, nie starając się zupełnie o to, upewnić siebie, czy dostatecznie urządził połączenie siebie w należytych kierunkach. I jest wszystko jedno, czy wojska idą w swoim wojennym rozwoju od objęcia przestrzeni widocznej gołym okiem, zatem z połączeniami łatwymi, dla których wystarczą nogi ludzkie i końskie, do przestrzeni znacznie większych, sięgających nieraz dziesiątki km, tak jak jest to obecnie, gdzie szukać już trzeba technicznych urządzeń, które połączenia jednak dają - zawsze jest jedno i to samo - wojsko musi być łączone w swoich wysiłkach, w swojej pracy tak, aby krew darmo i niepotrzebnie się nie lała.

Jeżeli takie truizmy, takie zwyczajne rzeczy powtarzać w tak ostry sposób muszę, jeśli wymyślam najostrzejsze określenia dlatego, by prawdę o łączności wbić w głowę naszego wojska, to muszę to czynić, niestety, na podstawie obserwacji obecnego stanu wojsk.

W doświadczeniu z ubiegłej wojny, gdzie byłem zwycięskim Naczelnym Wodzem, wyniosłem smutne wrażenia, że wojska, którymi dowodziłem, nie tylko nie robiły i nie czyniły łączności, ale starannie od niej uciekały, tak jak gdyby się lubowały w stanie owej ladacznicy z rozdziwaczonym organem płciowym. Rozumiem dobrze, iż organizacja naszej armii szła w sposób tak nienaturalny i tak głupi, że miało się z jednej strony oficerów wyranżowanych jako wartościowych z innych armii, którzy stawali na czele jednostek wojskowych przewyższających znacznie ich umiejętności i wprawę, z drugiej zaś strony wielką ilość młodych i bitnych oficerów, którzy nigdy większą jednostką nie dowodzili i wszystkie prawdy o łączności mieli w głowie w zakresie jedynie najniższym, w zakresie plutonu, kompanii czy batalionu. Dlatego też mękę największą, jaką ja, Naczelny Wódz nie chcący darmo krwi przelewać, miałem - była kwestia łączności. jedynym wyjściem, które przy tym stosunku wojska do łączności widziałem, była stale przeze mnie urządzana próba łączenia wojsk za pomocą siebie samego oraz oficerów z mego otoczenia, których wsadzałem do auta, ażeby możliwie szybko wojska, które uciekały od łączności, woląc być ladacznicą z rozdziwaczoną płcią, połączyć w jednym skoordynowanym wysiłku, przy którym - powtarzam - krew nie leje się darmo, lecz celowo. Nie mogę nie stwierdzić, że narażenie zarówno Naczelnego Wodza, jak i jego oficerów, przekraczało wszystkie dopuszczalne dotąd normy. Nie mogę też nie stwierdzić, że system ten ani jest wystarczający, ani też dostatecznie zabezpieczający pod względem czasu. To jest moje doświadczenie wojenne, doświadczenie Naczelnego Wodza, który niestety o swoim wojsku tak gorzkie prawdy powiedzieć musi, że wolało ono stan rozdziwaczonej kurwy, niż stan dobrej służby żołnierskiej.

Przy późniejszej rozbudowie wojska już w czasie pokojowym, na którą niestety zbyt mały wpływ wywierałem, jak gdyby umyślnie dla uniemożliwienia naprawy pracy tak złej i tak niedobrej w naszym wojsku, zrobiono z łączności coś w rodzaju alchemicznej prawdy złota, schowanej możliwie starannie w tajemniczych i smrodliwych laboratoriach. Zrobiono z łączności specjalność zupełnie wyodrębnioną i uciekającą od swej alchemii i robienia złota możliwie daleko od wszelkiego oka żołnierskiego i od wszelkiej wspólnoty z pracą czego innego jak owych alchemicznych i smrodliwych laboratoriów. Zajęto się u góry tej łączności wyszukaniem na świecie możliwie lichego materiału, lecz za to kosztującego możliwie drogo, tak, że moje porównanie do alchemii robiącej złoto jest literalnie ścisłe. W tej specjalizacji wojsko karmione było myślą, że samo ono, samo wojsko może spokojnie kurwą z rozdziwaczoną pindą pozostać, gdyż centralnie łączność będzie urządzona w sposób alchemiczny.

Z chwilą, gdy zacząłem odbudowę pracy łączności w wojsku, próbując organizacji dotąd u nas nieznanej, chcę mieć ten rok jako rok próby, by po tym roku móc organizację uzupełnić, dopełnić lub ją zmienić tak, aby łączność - jak powtarzam raz jeszcze - stała się armatą, kuchnią polową czy inną służbą czy bronią nieodłączną dla wojska. Dlatego też polecam i rozkazuję:

1) dowódcy dywizji piechoty wraz ze swymi pomocnikami obowiązani są starać się o to, aby nie tylko u siebie, ale i u podwładnych główną prawdę łączności, że nieodbicie konieczną bronią, wcisnąć do głow tak silnie, bym nie spotkał zawodu u panów oficerów. Zastrzegam, że braki pod tym względem będą wystarczające do dyskwalifikacji oficera jako dowódcy. Dowódcy dywizji i ich pomocnicy muszą w przeciągu tego roku zbadać organizację łączności w pułkach, batalionach i kompaniach, tak by w końcu roku ich doświadczenia i badania dały dostateczny materiał naprawy wojska pod tym względem. Obserwacje swoje komunikować muszą panom Inspektorom Armii i inspektującym generałom.

2) Panowie Inspektorowie Armii i inspektujący generałowie muszą zwrócić najbaczniejszą uwagę na prace dywizji piechoty w sprawie łączności oraz porobić ze swojej strony uwagi co do braków czy organizacji, czy uposażenia wojska w sprawach łączności. Jako generała, który obowiązany jest zebrać w końcu roku w tej sprawie prace i postarać się zlać je w jedno, wyznaczam generała Rydza Śmigłego.

3) Drugi wiceminister Spraw Wojskowych wraz z podwładnymi mu - obozem łączności w Zegrzu, szefem brygady łączności i szefem sekcji łączności przy Wiceministrze, obowiązany jest w przeciągu tego roku te same sprawy, które włożone są na dowódców dywizji i Inspektorów Armii, oświetlić z punktu widzenia oficerów łączności i ich pracy dla wojska. Dodać muszę słów parę o naszej kawalerii, którą opuściłem w swoich dotychczasowych rozważaniach. Uczyniłem to dlatego, że nie przypuszczałem, aby bez zupełnie specjalnych, ad hoc wymyślonych środków można było jazdę wprowadzić do spełniania służby nakazanej innym żołnierzom. Wszystkie doświadczenia wojny z początku 1914 roku, które przestudiowałem, wskazują wyraźnie i jasno, że jazda nie uważała nigdy za stosowne trzymać łączność z kimkolwiek na świecie oprócz sama ze sobą, była zatem ideałęm wymarzonym tej dziewki publicznej, czyniącej awantury miłosne po różnych kątach bez celu i potrzeby. Wobec tego zaś, że nasza jazda jak dotąd za największą tradycję uważa byłą jazdę rosyjską, która była najwybitniejszą przedstawicielką tego kurwiarskiego kierunku, nie sądzę, aby przy dodatkowym kierunku specjalizacji, o którym mówiłem wyżej, i możliwego wyodrębnienia się jak najdalej, jak najbardziej stanowczo od koleżeństwa z kimkolwiek opócz z sobą, można było łączyć jazdę we wspólnym rozkazie dla innych broni. Będę więc musiał obmyślić prawdę o łączności dla jazdy zupełnie ad hoc, zupełnie specjalnie, bez łączenia jej z prawdą o łączności w reszcie wojsk.


Generalny Inspektor Sił Zbr.
(-) J. PIŁSUDSKI
PIERWSZY MARSZAŁEK POLSKI


Z a z g o d n o ś ć:
(-) J. Gąsiorowski płk

O t r z y m u j ą :
Pan Szef Sztabu Głównego egz. Nr 1
" I Wiceminister egz. Nr 2
" II Wiceminister egz. Nr 3
Panowie Inspektorowie Armii egz. Nr 4-11
" Generałowie do prac egz. Nr 12-16
" Generałowie Inspekcjonujący egz. Nr 17-21
" Dowódcy Dywizji egz. Nr 22-51
Dowódca Brygady Łączności egz. Nr 52
Dowódcy pułków łączności egz. Nr 53-55
Dowódcy batalionów łączności egz. Nr 56-58
Szef łączności przy II Wicemin. egz. Nr 59
Dowódca obozu szkol. łącz. w Zegrzu egz. Nr 60
Szef B. Insp. G.I.S.Z. egz. Nr 61
Zapas egz. Nr 62-65 *)



___________________________
*) CAW, akta GISZ, tecz. 518/2. W: Marian Romejko, Przed i po maju, wyd. MON, Warszawa 1985, s. 465-467.


dodajdo.com

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Armia Krajowa - jeden symbol, dwie tradycje




Armia Krajowa - jeden symbol, dwie tradycje




Na ogół uważa się, że istnieje jedna, niepodzielna tradycja AK-owska - patriotyczna i niepodległościowa. Pragnę zauważyć, że to nie jest prawda. W rzeczywistości istnieją DWIE ZASADNICZO RÓŻNE CO DO TREŚCI AK-owskie tradycje, w jednej formie, pod jedną wspólną postacią, czy symboliką. Jedna - konserwatywna, narodowa i katolicka i druga - liberalno-masońska, kosmopolityczna, antynacjonalistyczna. Pierwsza wyraża się w słowach pieśni "Naprzód do boju żołnierze": "Boska potęga nas strzeże" i "Do broni! Jezus Maryja!" i druga natomiast w zapowiedzi: "Moc nasza przemoc powali / Nowy dziś rodzi się świat".

Przypomnę, że autorem pieśni "Naprzód do boju żołnierze" z 1942 r. opublikowanej w grudniu 1943 w Krakowie jako "Hymn Polski Podziemnej" był Kazimierz Władysław Kumaniecki, związany z masonerią, a przy tym członek opanowanego całkowicie przez masonerię Biura Informacji i Propagandy KG AK (merytoryczne uzasadnienie tej tezy odkładam na inną okazję). Warto jedynie w tym miejscu zauważyć, że zarówno Kazimierz Władysław Kumaniecki [BiP KG-AK] jak i Kazimierz Moczarski [BiP KG-AK] pisywali mniej czy bardziej regularnie do krakowskiego Czasu, kierowanego przez prof, Stanisława Estreichera.
(Patrz: Pamiętnik redaktora, część 2

Prof. Estreicher, prominentny przedstawiciel pokolenia krakowsko-warszawskich neostańczyków popierał m.in. "ekumeniczną" organizację YMCA (Young Men's Christian Association) oraz Ruch Paneuropejski Richarda Nikolausa hrabiego Coudenhove-Kalergi. Estreicher oskarżany był m.in. przez Kazimierza Mariana Morawskiego, historyka, eseistę, działacza i teoretyka konserwatyzmu, monarchistę, masonoznawcę, o dążenie do "liberalizacji konserwatyzmu i sprzeniewierzenie się katolickim ideałom Józefa Szujskiego i Pawła Popiela.
(FORUM KOD CZASU, "Machiavel nauczycielem - manipulacje w szkolnictwie - reformy czy plan zniszczenia?"

Powstaje w związku z tym obecnie dziwaczna, paradoksalna zgoła sytuacja, że oto do AK-wskiej tradycji (symboliki) przypisują się chętnie zarówno zwolennicy "Żołnierzy Wyklętych", walki zbrojnej przeciwko sowieckiemu i niemieckiemu okupantowi, suwerenności i niepodległości Polski, jak również zliberalizowani pogrobowcy utrwalaczy władzy ludowej, a zatem tych, którzy żołnierzy AK fizycznie torturowali, więzili i eksterminowali. Współczesne "resortowe dzieci", które dążą za wszystkich sił do wyeliminowania Kościoła katolickiego z życia publicznego, do zniszczenia tysiącletniego katolickiego systemu wartości Polaków, a jednocześnie do likwidacji resztek suwerenności państwa polskiego i wtopienia go w totalitarne superpaństwo europejskie pod niemiecką hegemonią.






dodajdo.com

sobota, 25 czerwca 2016

Czym w istocie jest Unia Europejska w dobie Brexit-u?




CZYM W ISTOCIE JEST UNIA EUROPEJSKA W DOBIE BREXIT-U?

Już w okresie swoich rządów w latach 80. brytyjska premier Margaret Thatcher określała UE, i słusznie, jako superpaństwo. Tymczasem sama Unia Europejska uporczywie zaprzeczała, jak dotąd, jakoby miała być organizacją supranarodową, nie mówiąc już - superpaństwem. Gdyby bowiem tak zdefiniować Unię, wtedy UE nie byłaby tą organizacją międzynarodową, taką, o jakiej mowa w art 90 konstytucji, wtedy nie można by jej przekazać kompetencji państwowych i dajmy na to polski Trybunał Konstytucyjny nie mógłby uznać trakatów unijnych, a zwłaszcza traktatu lizbońskiego, za zgodne z Konstytucją RP.





Ale obecnie, kiedy Traktat Lizboński (czyli Konstytucja dla Europy z 2004 w wersji traktatowej) obowiązuje od blisko dekady, wiatry wiedzy o Unii Europejskiej wieją z innej strony. Inna jest prawda obecnego etapu i inna definicja, czym jest Unia Europejska. Bo oto zupełnie w ostatnich dniach Martin Schulz przyznaje w swoim Programie 10 punktów, że ta Unia, którą im się dotąd udało skonstruować, jest czymś pośrednim pomiędzy federacją państw a państwem federalnym, czyli - jak określa UE sam Martin Schultz - organizacją supranarodową.

Czyli, jak objawia obecnie Martin Schultz, Unia Europejska jest już na wyższym etapie rozwoju niż "federacja państw", ale jeszcze nie osiągnęła (rzekomo) etapu państwa federalnego.

Krótko mówiąc - to co Schultz proponuje w swoim planie 10 punktów jest niczym innym, jak planem domknięcia - doprowadzenia w najbliższym czasie struktury i funkcjonowania UE do poziomu dojrzałego państwa federalnego - superpaństwa. Ale, uwaga, bez nazywania się oficjalnie superpaństwem.
Niech się państwom-narodom członkowskim nadal błogo wydaje, że są suwerennymi członkami tradycyjnej, klasycznej organizacji międzynarodowej.






Patrz:
Speech by the President of the European Parliament, Martin Schulz, at the Humboldt University, Berlin : Democratic Europe - 10-point plan to put the EU on a new democratic footing


dodajdo.com