poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Jacek Karpowicz: WAŻNIEJSZE EKSPOZYTURY RZĄDU ŚWIATOWEGO W POLSCE



"(...)Pod patronatem "europejskich" opiekunów, w atmosferze sztucznie wywołanej histerii o komunistycznym zagrożeniu, debatowano nad koniecznością zjednoczenia polskiej centro-prawicy. Utworzenie systemu politycznego opartego o dwie wielkie partie, wymiennie sprawujące władzę i mimo teatralnych gestów wzajemnej "opozycji" realizujące identyczne programy, to jedno z priorytetowych zadań masonerii w krajach naszej części Europy. System taki, by był skutecznym, musi posiadać pewne mechanizmy, które sprawdziły się doskonale w państwach tzw. Zachodu. Mechanizmy te, karmiące się siłą emocji elektoratów, wyolbrzymiają do monstrualnych rozmiarów mało istotne różnice i podnoszą je do rangi sztandarów danych partii. Słabo zorientowany wyborca stając pod takim sztandarem, koi swe emocje w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Nic nie szkodzi, że krótko po wyborach mamy, mówiąc delikatnie, trudności z odnalezieniem przedwyborczych deklaracji w programach rządzących, za kilka lat znów zasilimy naszymi emocjami ów niezawodny mechanizm."
(Jacek Karpowicz)





Jacek Karpowicz
Warszawa, 1998

WAŻNIEJSZE EKSPOZYTURY RZĄDU ŚWIATOWEGO W POLSCE

Choć do większości istniejących w naszym kraju stronnictw i partii politycznych powyższy tytuł pasuje jak ulał, nie one są przedmiotem naszego zainteresowania. Zajmiemy się organizacjami, które z samego swego założenia stawiają się ponad tzw. porządkiem demokratycznym. Organizacje te stanowią w systemie kontroli władzy ogniwo pośrednie, ogniwo łączące zakulisowe siły masońskie ze światem "parlamentaryzmu" i "demokracji". Członkowie tych elitarnych "jaczejek" penetrują wszelkie partie i środowiska polityczne, rozsiewając toksyczne, antynarodowe idee, budują, wymagane potrzebą sytuacji, sojusze i koalicje. Role tych grup ocenimy właściwie, gdy stwierdzimy, że zarówno utworzenie Akcji Wyborczej "Solidarność", jak i jej powyborczy sojusz z Unią Wolności, jest w znacznej mierze ich dziełem.

GRUPA WINDSOR

jest organizacją międzynarodową. Obejmuje swym zasięgiem głównie kraje Europy Środkowo-Wschodniej: Polskę, Węgry, Czechy, Słowację, Rosję, gdzie jest szczególnie aktywna i inne kraje post-komunistyczne naszej części starego kontynentu. Rodowód organizacji jest w zasadzie brytyjski, lecz jej powiązania sięgają również za ocean do Stanów Zjednoczonych, gdzie biją jej źródła finansowe.

W 1991 r. w angielskim mieście Windsor, odbył się pod kuratelą Partii Konserwatywnej zjazd przedstawicieli partii i środowisk prawicowych z państw dawnego bloku komunistycznego. Ideą spotkania było utworzenie w krajach reprezentowanych na zjeździe grup nacisku na rzecz przemian w kierunku wolnego rynku, zacieśnienia ich więzi z NATO i Wspólnotami Europejskimi. Utworzono w ten sposób sieć dyspozycyjnych wobec masonerii światowych ekspozytur, koordynujących działania globalistyczne w naszej części świata. Nic więc dziwnego, że wiceprzewodniczący brytyjskiej Partii Konserwatywnej, Sir Geoffrey Pattie ogłaszał w 1994 r. zainstalowanie siatki jako "najlepsza wiadomość, jaka nadeszła z byłych państw komunistycznych Europy Środkowej od czasu upadku komunizmu".

Inicjacja "polskiego" oddziału Grupy Windsor miała miejsce w lipcu 1993 r. podczas uroczystego obiadu w ekskluzywnej warszawskiej restauracji "Pańska Club". W skład grupy inicjatywnej weszli:

Hall Aleksander, ur. 20 maja 1953 r. w Gdańsku [p.z.], z wykształcenia historyk. Człowiek o niezwykle barwnym życiorysie, poruszający się po swej politycznej drodze nieodmiennie w towarzystwie wysoko wtajemniczonych wolnomularzy. Członek wielu mniej lub bardziej tajemniczych organizacji będących zewnętrznymi formacjami powołanej z początkiem lat 60-tych warszawskiej loży "Kopernik", Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela [ROPCziO] w latach 1977-79, współzałożyciel i wieloletni leader Ruchu Młodej Polski [1997], wiceprezes [1988-89] Klubu Myśli Politycznej "Dziekania". W początku lat 80-tych, jako przedstawiciel RMP i redaktor pisma "Polityka Polska", wyposażony w list polecający od jednego z nestorów masonerii w Polsce Wiesława Chrzanowskiego [p.z.] i przy poparciu uplasowanej w kręgach narodowej emigracji agentury amerykańskiej i brytyjskiej, uzyskuje niezbędne dla dywersyjnej roboty w kraju "legitymację" działacza narodowego. Zniszczenia, jakich A. Hall dokonał w środowiskach narodowej opozycji antykomunistycznej w kraju, siejąc w umysłach wielu liberalną truciznę, widać szczególnie dobrze po latach właśnie w AWS, jej wyborach politycznych i programowych.

Politycznymi i duchowymi mistrzami A. Halla byli wysokiego stopnia wolnomularze. Wspomniany już Wiesław Chrzanowski, który wraz z Janem Olszewskim sprawował z ramienia Zakonu opiekę nad "opozycją demokratyczną". Jan Józef Lipski, prominentny mason z loży "Kopernik", wojujący ateista i antyklerykał, o którym - oto miara tryumfu loży - ojciec Jacek Salij [p.z.], odprawiając mszę św. w piątą rocznicę jego śmierci powiedział: módlmy się, aby Bóg przyjął Jana Józefa Lipskiego "do grona świętych" [za Gazetą Wyborczą 14-15 września 1996 r.].

Znaczącą rolę w kształtowaniu ideowych i politycznych postaw A. Halla odegrał też zmarły przed paroma laty Stefan Kisielewski [p.z.], którego przyjaciel i współpracownik A. Halla, Tomasz Wołek [p.z.] tak określił w pośmiertnym wspomnieniu: "obdarzał miłością wszelkie nurty i obediencje". Tomasz Wołek wygłaszając tę laurkę, która dla profana nic nie znaczy, wskazał subtelnie "braciom" z niższych stopni wysoką pozycję, jaką Kisielewski zajmował w Zakonie. Najciekawszym jednak z mistrzów A. Halla wydaje się być Henryk Krzeczkowski, absolwent szkoły wywiadu w komunistycznej Moskwie, oficer, wieloletni funkcjonariusz służb wywiadowczych PRL. W 1950 r. składa dymisję [sic!] z wojska i ląduje w ... Tygodniku Powszechnym. Prowadzi również w swym prywatnym mieszkaniu salon polityczny, przez który przewijają się najbardziej elitarne grupki leaderów rodzącej się opozycji.

Nie powinno nas dziwić, że mając tak wysokie koneksje masońskie, A.Hall znalazł się wśród zasiadających przy "Round Table" [Okrągłym Stole]: od tamtej pory datuje się jego zażyłość - są po imieniu - z Aleksandrem Kwaśniewskim [p.z.]. W latach 1989-90 minister, czł. Rady Ministrów ds. współpracy z partiami i stowarzyszeniami politycznymi oraz ruchami społecznymi w rządzie Tadeusza Mazowieckiego [p.z.]. Poseł na Sejm RP 1. kadencji, czł. Klubu Parlamentarnego Unii Demokratycznej [1991-92]. Współzałożyciel Grupy Windsor i uczestnik niezwykle ważnej, międzynarodowej konferencji, zorganizowanej przez to ciało w Pułtusku w listopadzie 1994 r.

Członek Rady Stowarzyszenia Euroatlantyckiego [1996-], w doborowej stawce wolnomularzy: T. Mazowiecki [przew.], W. Bartoszewski [wiceprzew.], M. Kozakiewicz, A. Ananicz, J. Eysymontt, J. Holzer, T. Nałęcz, Jerzy-Marek Nowakowski, Janusz Reiter, Edward Wende, K.Dziewanowski.

Członek Rady Polityki Zagranicznej [1996-] w składzie m.in.: A. Ananicz, W. Bartoszewski, K. Dziewanowski, B. Geremek, K. Kozłowski, T. Mazowiecki, A. Milczanowski, W. Chrzanowski, A. Olechowski, P. Nowina-Konopka, J. Onyszkiewicz, J. Reiter, K. Skubiszewski, H. Suchocka, J. Ziółkowski.

Członek Rady Programowej Międzynarodowego Centrum Rozwoju Demokracji w składzie m.in.: L. Balcerowicz, W. Bartoszewski, W. Chrzanowski, B. Geremek, K. Kozłowski, A. Olechowski, K. Skubiszewski, J. Turowicz, E. Wende, A. Zakrzewski, J. Ziółkowski.

Trzy wyżej wymienione organizacje, których nazwy zapisaliśmy wytłuszczonym drukiem, są elementami samego "jądra ciemności". Tworzą je osoby z samej "wierchuszki" Zakonu w Polsce. Uczestnictwo A. Halla w tym gronie czyni zbędnym wszelki dalszy komentarz.

Ujazdowski Kazimierz Michał ur. 28 VII 1964 r. Kielce [p.z.], prawnik. W latach 1989-90 doradca ministra. Poseł RP 1. kadencji, członek Klubu Parlamentarnego Unii Demokratycznej. Poseł z ramienia AWS w 1997 r. Współzałożyciel Grupy Windsor. Z A. Hallem, ks. H. Jankowskim [sic!!!], Lechem Mażewskim, Wiesławem Walendziakiem zakładają Instytut Konserwatywny im. Edmunda Burke'a [1993 -], który miał promować "demokratyczny kapitalizm" oraz szczególnie szybkie przeprowadzenie reformy samorządowej, to znaczy podziału Polski na regiony. Publikacje w "Życiu Warszawy", "Ładzie", "Więzi", "Przeglądzie Politycznym" i "Rzeczpospolitej".

Arendarski Andrzej ur. 15 XI 1949 r. Warszawa [p.z.] wykszt. geolog, filozof. Polityk, działacz gospodarczy. Poseł na Sejm RP 1989-93. Wiceprzewodniczący i członek Rady Politycznej Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Jest jednym z pionierów liberalizmu w Polsce. Z Janem Krzysztofem Bieleckim [p.z.] i Michałem Wojtczakiem działacz Junior Chamber International. Z Grażyną Staniszewską i Andrzejem Zawiślakiem współzałożyciel Społecznego Ruchu Inicjatyw Gospodarczych SPRING. Prezes Krajowej Izby Gospodarczej [1990-], czł. Rady Giełdy Papierów Wartościowych [1992-], czł. Komitetu Wykonawczego Kapituły Godła "Teraz Polska", [1993-] wraz z: J. Ziółkowskim, J. M. Rokitą, J. Lewandowskim, K. Skubiszewskim, J. Osiatyńskim. W Komitecie Honorowym Kapituły znaleźli się ponadto m.in. L. Balcerowicz, B. Geremek, A. Olechowski, A. Zakrzewski.

W marcu 1996 r. zasiada w Radzie Honorowej XLVIII Kongresu Światowego AIESEC, obok m.in. L. Balcerowicza, Jana Krzysztofa Bieleckiego, A. Olechowskiego, Cezarego Stypułkowskiego i Hanny Gronkiewicz-Waltz. Kongres ten, który jest jedną z licznych organizacji światowego żydostwa, otworzył jego działacz z dwudziestoletnim już stażem... Aleksander Kwaśniewski. Patronował zaś obradom międzynarodowy przestępca gospodarczy i polityczny Żyd George Soros.

Pawłowski Krzysztof ur.26 VI 1946 r. Nowy Sącz [p.z.], fizyk. Polityk, organizator i prezes Klubu Inteligencji Katolickiej w Nowym Sączu. Należy przypomnieć, że Kluby Inteligencji Katolickiej stanowią groźną strukturę masonerii, prowadzącą dywersyjną robotę skierowaną na wdrażanie posoborowej destrukcji w Kościele. Członek OKP, senator RP I i II kadencji. Wspołorganizator Business Center Club [1991-]. Współzałożyciel Partii Chrześcijańskich Demokratów. Założyciel i rektor Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Współorganizator międzynarodowego seminarium Grupy Windsor w Pułtusku. Współorganizator niezwykle groźnej dla naszego kraju inicjatywy pod nazwa Europejski Okrągły Stół Przemysłowców. Uczestnik Komitetu "Stu" Czesława Bieleckiego [p.z.], z którego wyłoniła się partia Ruch Stu. Uczestnik prac liberalno-masońskiego Instytutu Tertio Millennio Adveniente [o którym niżej]. Uhonorowany nagrodami m.in. Fundacji "Polcul" i tygodnika "Polityka". Publikacje w "Ładzie", "Nowym Świecie", "Gazecie Wyborczej", "Polityce".

Gadomski Witold ur. 16 VI 1953 r. w Pułtusku [p.z.], dziennikarz, poseł [1991-93] z ramienia Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Były zastępca red. nacz. "Gazety Bankowej" i były red. nacz. "Nowej Europy". Z Henryką Bochniarz, która wsławiła się m.in. otwarciem drzwi polskich zakładów zbrojeniowych wywiadom państw NATO, Andrzejem Michalskim, Kazimierzem Pazganem, Pawłem Piskorskim i Andrzejem Blikle [Rotary Club], pracował nad postulatami Ruchu Obrony Podatnika. Jest ekspertem Centrum im. Adama Smitha [CAS], z którym związani są m.in.: Janusz Beksiak, Marek Dąbrowski, Krzysztof Dzierżawski [brat Mariusza Dzierżawskiego, leadera SPR], Wacław Wilczyński, Jan Winiecki, Kazimierz Michał Ujazdowski, Marek Belka. W 1993 r. CAS otrzymało wsparcie Fundacji Batorego [Soros].

W marcu 1993 r. brał udział w posiedzeniu nieformalnej 80-osobowej grupy "Spotkania d'Egmont" [od nazwy pałacu w Brukseli]. Obrady poświecone były integracji krajów Grupy Wyszehradzkiej ze Wspólnotami Europejskimi. Wśród uczestników obrad znaleźli się m.in.: J. Delors, dyr. FIAT-a Renato Ruggero, sir Leon Brittan, Jan Czarnogursky, Jirzi Dienstbier, T. Mazowiecki, Jan Kułakowski, Piotr Nowina-Konopka, ks. Józef Tischner [sic]. Pisuje dla "Gazety Wyborczej" i "Rzeczpospolitej".

Nowakowski Jerzy Marek, politolog. Dyrektor nie istniejącego już Ośrodka Studiów Międzynarodowych przy Senacie RP. Obok Czesława Bieleckiego, Marka Matraszka, A. Olechowskiego, Jana Winieckiego, Krzysztofa Piesiewicza, inicjator powołania Komitetu Stu. Członek Rady Stowarzyszenia Euroatlantyckiego [1996-]. W dniu 6.XI.97 r. "Gazeta Wyborcza ", podała za PAP, że Jerzy Marek Nowakowski został mianowany podsekretarzem stanu w Kancelarii Premiera - będzie doradzał premierowi w sprawach związanych z polityką zagraniczną.

W listopadzie 1994 r. w Pułtusku odbyło się międzynarodowe sympozjum zorganizowane przez Grupę Windsor. W spotkaniu uczestniczyli leaderzy partii Konserwatywno-Liberalnych z Polski, Węgier, Czech i Słowacji. Pod patronatem "europejskich" opiekunów, w atmosferze sztucznie wywołanej histerii o komunistycznym zagrożeniu, debatowano nad koniecznością zjednoczenia polskiej centro-prawicy. Utworzenie systemu politycznego opartego o dwie wielkie partie, wymiennie sprawujące władzę i mimo teatralnych gestów wzajemnej "opozycji" realizujące identyczne programy, to jedno z priorytetowych zadań masonerii w krajach naszej części Europy. System taki, by był skutecznym, musi posiadać pewne mechanizmy, które sprawdziły się doskonale w państwach tzw. Zachodu. Mechanizmy te, karmiące się siłą emocji elektoratów, wyolbrzymiają do monstrualnych rozmiarów mało istotne różnice i podnoszą je do rangi sztandarów danych partii. Słabo zorientowany wyborca stając pod takim sztandarem, koi swe emocje w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Nic nie szkodzi, że krótko po wyborach mamy, mówiąc delikatnie, trudności z odnalezieniem przedwyborczych deklaracji w programach rządzących, za kilka lat znów zasilimy naszymi emocjami ów niezawodny mechanizm. Wszystkim w ten sposób oszukanym podczas wyborów parlamentarnych w 1997 r., zwłaszcza zaś pewnemu księdzu, dyrektorowi pewnego radia, którego nazwy nie wymieniamy przez poszanowanie dla jego Patronki, pragniemy zadedykować poniższy cytat:
"Jasne jest, że walka między kapitalizmem i komunizmem, daleka od odwiecznej szarpaniny rodzaju ludzkiego, jest faktycznie czymś tylko nieco większym od rodzinnej sprzeczki między dwoma Żydami, między holenderskim Żydem Ricardo i niemieckim Żydem Marksem, o boskie prawo wprowadzania ludzi w błąd". (Christoper Holis, "The Two Nations")

Inicjatywa powołania Akcji Wyborczej "Solidarność" wyszła z kręgów międzynarodowych masonerii. Organizacją koordynującą te akcje w kraju jest m.in. Grupa Windsor. Nie bądźmy jednak gołosłowni. Oto, co pisała "Gazeta Wyborcza" z 15 XI 1994 r.:
"Działająca od roku Grupa Windsor skupia konserwatystów Europy Środkowej i jest finansowana przez największą amerykańską fundację republikańską Heritage Foundation i brytyjskie fundacje konserwatywne. Razem z działającymi już od dawna w tym regionie niemieckimi fundacjami Konrada Adenauera [CDU] i Hansa Seidla [CSU] anglosascy konserwatyści postawili sobie za cel wspieranie i jednoczenie środkowo-europejskiej centroprawicy."

Podstawową funkcją państwa opartego o Katolicką Naukę Społeczną winna być troska i opieka nad jego obywatelami, szczególnie nad słabszymi. To stwierdzenie nie jest już oczywistym, zostało zachwiane, zobaczmy jak perfidnie:
"O tym, jak przekonać wyborców do kapitalizmu, mówili w sobotę i w niedzielę goście Grupy Windsor podczas seminarium poświęconego polityce społecznej i gospodarce rynkowej. Seminarium prowadzone przez brytyjskiego konserwatystę Rogera Scrutona dotyczyło m.in. sposobów budowania społecznego poparcia dla reformy państwa opiekuńczego. [...] Brytyjscy goście G.W. opowiadali o swoich doświadczeniach w przekonywaniu wyborców do trudnych reform: Kroczący socjalizm państwa opiekuńczego jest groźniejszy niż narodowy socjalizm, czy bolszewizm [sic!!! przyp. wyd.] - zapewniał prof. David Marsland z West London Institute, zachęcając do "zwalczania naukowców i mediów, którzy propagują mnóstwo idiotycznych pomysłów na temat państwa opiekuńczego" - Trzeba ich ignorować, a kiedy wynoszą głowę ponad parapet, to trzeba im dołożyć... oczywiście w sensie demokratycznym [sic.!!! przyp. wyd.] - mowił prof. Marsland."

Spójrzmy teraz na osoby związane z Grupa Windsor. Uzyskamy obraz wpływów, jakie w światku "polskiej" polityki posiada ta organizacja: Lech Kaczyński [PC], Marian Lemke - wiceprezes Urzędu Zamówień Publicznych, Stefan Niesiołowski [ZChN], Maciej Łętowski [były red. nacz. "Ładu" p.z.], wsławił się oświadczając, że przyjęcie przez Polskę emigrantów żydowskich z Rosji... jest nasza racją stanu, Tadeusz Syryjczyk [UW], Stanisław Michalkiewicz [UPR], Wiesław Chrzanowski [ZChN], Stanisław Kurowski ["S"], Michał Kulesza, od lat odpowiedzialny za tzw. reformę administracyjną kraju, czyli podział Polski na regiony, Rafał Ziemkiewicz [dawniej UPR, p.z.], Marek Jurek i Marian Piłka - obaj [ZChN], Piotr Nowina-Konopka i Andrzej Wielowiejski [UW], prof. Ryszard Legutko, Ludwik Dorn [PC], Maria Gintowt-Jankowicz, Piotr Naimski [ROP], to tylko niektórzy.

Zatrzymajmy się przez chwilę przy osobie wyżej nie wymienionej, a mianowicie przy Ryszardzie Czarneckim. Pełni on w rządzie premiera Buzka funkcję ministra do spraw integracji Polski z Unią Europejską. Czarnecki Ryszard ur.25.1.1963 r., w Londynie, wykszt. historyk Uniwersytet Wrocławski [1986]. Po studiach zatrudniony w obsadzanym rutynowo przez masonów Archiwum Akt Nowych w Warszawie. W 1988 r. wyjeżdża do Londynu, gdzie podejmuje pracę w redakcji "Myśli Polskiej". Po kilku miesiącach przechodzi do opanowanego w całości przez Zakon "Dziennika Polskiego". W tym okresie przeżywa romans, pozostawiona w kraju żona z dzieckiem obawia się jego pozostania w Anglii. Żona namawia Ryszarda Czarneckiego na spotkanie, dochodzi do niego w Wiedniu, Czarnecki wraca na łono rodziny. W latach 80-tych R.Cz. nawiązuje kontakt z masonem, okultystą Władysławem Brulińskim. Zostaje członkiem Zakonu Martynistów, szczególnie wyspecjalizowanego w antykatolickiej dywersji kierunku Masonerii Okultystycznej Regularnej. W tym samym kręgu uczestniczy również Henryk Goryszewski. Powstanie Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego pod egidą notorycznego wolnomularza Wiesława Chrzanowskiego jest inicjatywą "Braci" z tych właśnie martynistycznych kręgów. Czarnecki poniesiony euforią uchyla nawet rąbka tajemnicy, mówi publicznie o ZChN jako o "Zakonie Ideowym" ["Myśl Polska" 17.VII.1994 r.].

Celem partii nie jest jednak działanie dla dobra narodu, wręcz przeciwnie, zgodnie z martynistycznym programem ZChN ma kanalizować wszelkie inicjatywy narodowe, i co gorsza, kompromitować ten kierunek polskiej myśli politycznej. Zostaje posłem I kadencji [1991-93], w rządzie Hanny Suchockiej pełni funkcję wiceministra Kultury i Sztuki. W wyborach prezydenckich w 1995 r., wówczas p.o. Prezes ZChN, R.Cz. popiera kandydaturę Hanny Gronkiewicz-Waltz, w ostatniej chwili, gdy ta kandydatura traci jakiekolwiek szanse, przerzuca ponownie poparcie ZChN na korzyść Lecha Wałęsy. W wyborach parlamentarnych 1997 r. zostaje wybrany na posła z listy AWS we Wrocławiu.

Mianowanie R.Cz. przez Premiera Buzka na szefa Komitetu Integracji Europejskiej, komentowane jako przeciwwaga dla Bronisława Geremka, nie wywołało sprzeciwów Unii Wolności. No cóż, można żartem powiedzieć, właściwy człowiek na właściwym stanowisku. Jest to jednak żart z gatunku gorzkich. Jak to już zostało wyżej powiedziane, Grupa Windsor jest finansowana przez organizacje zagraniczne. Warto przyjrzeć się bliżej tym "dobroczyńcom". Na pierwszy plan wybija się

HERITAGE FOUNDATION

Wpływowy i opiniotwórczy amerykański instytut badań politycznych o konserwatywnej orientacji, bliski republikańskiemu establishmentowi. Nie będzie żadnej przesady, gdy stwierdzimy, ze Fundacja wywiera decydujący wpyw na globalną politykę USA. Poprzyjmy to stwierdzenie przytoczeniem fragmentów pewnego dokumentu pochodzącego z tych właśnie kół. Zobaczymy wtedy lepiej agenturalny charakter Grupy Windsor. W kwietniu 1992 r. Fundacja opublikowała liczący 33 strony szczegółowy projekt działań w sferze polityki zagranicznej USA. Projekt był adresowany do prezydenta, kół politycznych i opiniotwórczych, a nosił tytuł "Jak uczynić świat bezpiecznym dla Ameryki". To co uderza przy lekturze tej publikacji, to absolutnie dominująca pozycja państwa Izrael. Bezpieczeństwo Izraela dyktuje politykę Stanów Zjednoczonych we wszystkich częściach globu.
"Rosja. Stosunki z Rosją to problem specjalny. Współpraca jest jak najbardziej wskazana nawet z udziałem KGB, gdy chodzi o uniemożliwienie przenikania naukowców, technologii i broni z terytorium byłego ZSRR do państw trzecich.... Nie można wykluczyć prób odrodzenia post-sowieckiej mocarstwowości, jeżeli władza wpadnie w ręce militarystów, którzy zechcą powrócić do ekspansjonizmu na obrzeżach Rosji. Stany Zjednoczone muszą, na ile tylko mogą, temu przeszkodzić, lecz nie powinno ich niepokoić, jak ułożą się stosunki w łonie byłego Imperium - regionalna dominacja Rosji nie stanowi dla USA zagrożenia".

Wyjaśnijmy, zagrożeniem jest Islam, utrzymywanie Rosji jako mocarstwa regionalnego, gotowego do konfliktu z państwami islamskimi, leży w interesie USA i przede wszystkim Izraela. Umiarkowanie silna pozycja Rosji jest też pożądana z punktu widzenia strategicznych celów judeo-masonerii, ma ona bowiem odgrywać rolą lokalnej, środkowo-azjatyckiej struktury Światowego Rządu.
"A Europa Wschodnia? W tej panoramie nie zajmuje ona eksponowanego miejsca. Stanom Zjednoczonym zależy na rozwoju demokracji i gospodarki rynkowej w tej części kontynentu... Podstawowa konieczność strategiczna z punktu widzenia USA. sprowadza się natomiast do tego, by uniemożliwić przejęcie kontroli nad kluczowymi centrami przemysłu i ekonomiki - w Europie, Azji i Zatoce Perskiej - przez państwa nieprzyjazne Stanom Zjednoczonym. Dlatego muszą zachować swoją globalną rolę i swoje globalne możliwości. Jeżeli ich interes wymaga akcji wojskowej za granicą, nie powinny czekać na zgodę ONZ, jak to niepotrzebnie uczynił Waszyngton przed operacją w Zatoce Perskiej w 1991 r."

Na koniec jeszcze jedno zdanie, ono wyjaśnia wszystko:
"Ale naturalną koleją rzeczy na pierwszym miejscu musi być postawiona mocarstwowa wiarygodność USA w stosunku do państw, którym dawno udzieliły gwarancji, przede wszystkim Izraela."

Dla podkreślenia tej, powiedzmy wprost, zależności USA od Izraela, zacytujmy jeszcze wypowiedź jednego z najwyżej postawionych w skali światowej masonów. Zbigniew Brzeziński [p.z.] w wywiadzie dla "Nouvel Observateur" 1-7.01.1998 r., omawiając politykę USA na Bliskim Wschodzie powiedział:
"Lecz czy zastanawiano się, dlaczego Saddam nie użył swego ogromnego potencjału chemicznego i bakteriologicznego podczas wojny w Zatoce Perskiej? Odpowiedź brzmi: Wiedział, że gdyby taką bronią zaatakował Izrael, odpowiedzielibyśmy bronią jądrową".

Nikt nie wydaje ogromnych sum pieniędzy na darmo, tym bardziej nie są do tego skorzy Amerykanie, czy Żydzi. Utrzymywanie agentur politycznego wpływu w rodzaju Grupy Windsor gwarantuje globalistom pomyślny dla nich tok wydarzeń i póki co czyni zbędnymi interwencje zbrojne.

We wspomnianej już międzynarodowej konferencji Grupy Windsor, jaka miała miejsce w 1994 r. w Pułtusku, uczestniczył szef Heritage Foundation, Edwin Feulner. Feulner roztaczał w swych wystąpieniach "bajeczne" wizje Nowego Porządku Świata [New World Order], nic dziwnego, jest jednym z "mędrców". W kilka miesięcy od pobytu w Polsce został powołany o "oczko" wyżej w światowej hierarchii Zakonu. Został wybrany przewodniczącym "Bractwa z Pielgrzymiej Góry", czyli

MONT PELERIN SOCIETY

"The Economist" [na przełomie 1992-93] stawia "Bractwo" w jednym szeregu z ową legendarną "Skull and Bones" [Czaszka i Piszczele], elitarną grupą "Iluminatów", do której należy między innymi George Bush, a która miała swój znaczący udział w przygotowaniu obu wojen światowych, oraz wojny w Zatoce Perskiej.

Z całą pewnością szacowny, masoński "The Economist" jest dobrze poinformowany. Druga wojna światowa posunęła znacznie realizację masońskich planów integracji europejskiej i globalnej. Utrwalony w jej wyniku na długie dziesięciolecia podział świata na dwa "wrogie" sobie obozy stwarzał tym planom sytuację bardzo dogodną. Jednak ten największy w dotychczasowych dziejach ludzkości konflikt zbrojny postawił globalistom również pewne istotne przeszkody. Rozbudzenie patriotyzmów i więzi narodowych, wzmocnienie instytucji narodowego państwa, to były z tych przeszkód największe. Światowe centra judeo-masonskie zabrały się więc z ogromną energią do niwelowania tych niebezpiecznych dla nich przeszkód. Druga połowa lat 40-tych i początek lat 50-tych jest świadkiem narodzin całego szeregu inicjatyw w postaci międzynarodowych konwentykli o utajnionym obliczu. Najważniejsze z nich, jak się wydaje, to tzw. Klub Bilderbergu, założony przez "naszego" Józefa Retingera. Ośrodek prointegracyjnego "prania mózgów", umiejscowiony w Caux, malowniczym pałacu nad brzegami jeziora Genewskiego, finansowany przez rząd Szwajcarii, lecz w istocie dzieło okultysty i masona Pierre'a Plantard de Saint Clair, Wielkiego Mistrza tajemniczego zakonu pod nazwą "Prieure de Sion". W ośrodku tym szkoli się od lat czołowe osobistości ze świata polityki, jak choćby Konrad Adenauer, członek masońskiego Zakonu Templariuszy, późniejszy Kanclerz RFN i współtwórca Wspólnot Europejskich, czy "polska" masonka Maria Ossowska. Po 1989 r. Caux zaczęli odwiedzać polscy parlamentarzyści, reprezentujący różne barwy polityczne. Ogródkiem w Caux zajmiemy się w oddzielnym zeszycie, tu jednak dodajmy, że jednym z mistrzów i duchowych przewodników tego masońskiego sabatu jest kard. Franz Koenig z Wiednia, duchowny katolicki, który po przejściu na emeryturę otrzymał honorowe członkostwo żydowskiej loży B'nei B'rith. Wśród tych "pierwszoligowych" grup masońskich plasuje się właśnie będące przedmiotem naszego zainteresowania "Bractwo z Pielgrzymiej Góry".

Geneza organizacyjna "Bractwa" sięga czasów przed druga wojną światową. W sierpniu 1938 r. w Paryżu miała miejsce konferencja znana pod nazwą Kolokwium Waltera Lippmana. Przedmiotem obrad było globalne upowszechnienie liberalnych "wartości". Jednym z uczestników spotkania był Friedrich August von Hayek, kontynuator wolnorynkowej ekonomii Adama Smitha, zwolennik, jakbyśmy to powiedzieli współcześnie, "społeczeństwa otwartego". Późniejszy profesor Londyńskiej Szkoły Ekonomii i laureat Nagrody Nobla w tej dziedzinie. W kwietniu 1947 roku Hayek zgromadził w szwajcarskiej miejscowości Mont Pelerin 39-ciu czołowych przedstawicieli myśli liberalnej z Europy i USA. Nie było przypadkiem, że większość przybyłych na to spotkanie reprezentowała "naród wybrany". Oto niektórzy z nich: Raymond Aron, Walter Eucken, Milton Friedman, Bernard de Jouvenal, Frank Knight, Ludwig von Mises, Karl Popper, Lord Robbins, Walter Lippman, Wilhelm Ropke, George Stiegler.

Od tamtego czasu "Bractwo" rozwinęło się w coś w rodzaju intelektualnej międzynarodówki gospodarki rynkowej. Obecnie skupia 500 członków w większości zamieszkałych w USA. Prezydentem po Hayeku i Garrym Beckerze jest obecnie, jak to już powiedzieliśmy wyżej, Edwin J. Feulner, szef waszyngtońskiej Heritage Foundation, były doradca prezydenta Ronalda Reagana.

Stowarzyszenie, posiadające tak potężne światowe wpływy, oficjalnie określane jest jako ekskluzywny, prywatny klub, finansowany wyłącznie przez prywatnych sponsorów. Obraduje za zamkniętymi drzwiami, bez udziału mediów, bez rozgłosu, bez wydawania oświadczeń. Widać tu wyraźnie analogię z Klubem Bilderbergu. Mimo tej poufności zdarza się czasem jakiś "przeciek". W wydawanym przez nieżyjącego już Jędrzeja Giertycha w Londynie piśmie "Opoka", ściślej w numerze 14 z 1977 r., zamieszczony został tekst p.t. "Jaszczurczy Ogon", poświęcony rozmaitym aspektom światowej konspiracji. Autor, zmarły przed paroma laty Jan hr. Tarnowski, używając pseudonimu Jan Nieczuja, zwraca w swym artykule uwagę również na Mont Pelerin Society:
"Mont Pelerin Society" zebrało się w kwietniu br. [1977 przyp.wyd.] w Amsterdamie. Jego założyciel, [laureat] Nagrody Nobla w Ekonomii, prof. Friedrich A. von Hayek, ultraliberał, poddał rozważaniom tego stowarzyszenia, skupiającego głównie ekonomistów, prawników i specjalistów nauk społecznych, trzy tematy dotyczące: odnarodowienia pieniądza i wprowadzenia środków płatności emitowanych drogą wolnej konkurencji przez banki prywatne [!], panowanie prawa w wolnym, spontanicznym ładzie i kwestie sprawiedliwości społecznej. Jak wolno domyślać się, z jednej strony są to manewry zmierzające do zburzenia istniejącego porządku społecznego i międzynarodowego, pochodzenia ongiś chrześcijańskiego i opartego o narody naszej cywilizacji, co ma być wstępem właśnie do Rządu Światowego na gruzach tego, co stanowi resztki kultury zachodniej. Z drugiej strony tezy o podkładzie filozoficznym, jak panowanie prawa i sprawiedliwość społeczna, które nam proponuje von Hayek arcyliberał, dalekie są oczywiście od zasad prawa naturalnego i postulatów myśli społecznej chrześcijańskiej. Wystarczy wskazać, że sprawiedliwość społeczna określa von Hayek jako fatamorgana [!]."

Trochę informacji na temat "Bractwa" pojawiło się w mediach z okazji przypadającej w 1997 roku 50-tej rocznicy powołania tego ciała. W "Rzeczpospolitej" z 21.IV.97 roku mogliśmy przeczytać:
"Prawie równocześnie z jubileuszem stowarzyszenia 75. rocznicę urodzin obchodził jeden z najbardziej aktywnych jego członków, prof. Gerd Radnitzky. Z tej okazji złożono Radnitzky'emu piękny hołd - 20 kolegów z Mont Pelerin napisało eseje opublikowane w tomie "Libertairians and Liberalism Essays in Honour of Gerard Radnitzky". Sam Radnitzky od czasu przejścia na emeryturę porzucił dawne zainteresowania: metanaukę, postęp i racjonalizm w nauce, epistemologię i socjologię wiedzy, zajął się ekonomią i polityką, przede wszystkim problemem określanym jako ekonomiczny imperializm - stosowaniem metod ekonomicznych poza polem ekonomii [podkr. wyd.], prognozowaniem gospodarczym, a także stosunkami pomiędzy jednostką, państwem i społeczeństwem. W ostatniej swojej książce: "Wartości i Porządek Społeczny" G. Radnitzky napisał:
"Najważniejsza dla charakterystyki społeczeństwa jest równowaga pomiędzy prywatną [indywidualną], a kolektywną decyzją. W porównaniu z tym różnica pomiędzy rządem wybranym, a narzuconym jest nieznacząca [podkr. wyd.]".

Autorzy esejów napisanych na cześć Radnitzky'ego jednomyślnie stwierdzili, że wolność indywidualna ma absolutny priorytet nad rozstrzygnięciami zbiorowymi i sprawiedliwością socjalną, która zawsze musi występować w cudzysłowie [sic! - wyd.]. Wyrażono obawę, że państwo opiekuńcze szczególnie podatne jest na degenerację w kierunku wojowniczego nacjonalizmu. Najdalej poszedi amerykański, pochodzący z Niemiec ekonomista Hans Herman Hoppe. Zalecając Polsce i innym postkomunistycznym państwom Europy Środkowej i Wschodniej nie tylko całkowitą prywatyzację gospodarki, lecz także likwidację rządu i państwa [sic! - wyd]."

Maciej Rybiński, autor omawianego tekstu z ",Rzeczpospolitej " pisze: "warto by zaprosić członków Mont Pelerin do Polski". Pan Rybiński wprowadza nas w błąd, bowiem w dniu 1.III.1995 r. warszawska Szkoła Główna Handlowa nadała tytuł doktora honoris causa Garry'emu Stanley'owi Beckerowi, pełniącemu wówczas funkcję prezydenta Mont Pelerin Society. To uznanie renomowanej polskiej uczelni, która jest rodzimą uczelnią Leszka Balcerowicza, dla pana Beckera pozwala nam ustalić jeszcze jedno źródło niszczycielskich działań wolnego rynku w naszym kraju. Podczas pobytu w Polsce pan Becker udzielił wywiadu organowi ultraliberałów, związanemu z Unią Polityki Realnej, tygodnikowi "Najwyższy Czas". Zacytujmy fragment tej wypowiedzi, nigdy bowiem dość podkreślania antykatolickiego charakteru Mont Pelerin.
"N. Cz.: Czy jednak liberalizm jest możliwy bez dziesięciu przykazań?
G.S.Becker: Dziesięciu przykazań? Nie wiem, czy wszystkie dobrze pamiętam. Liberalizm popiera oczywiście "nie zabijaj", "czcij ojca swego i matkę swoją", innych nie pamiętam. Istota liberalizmu jest nieszkodzenie innym oraz danie każdej jednostce możliwości decydowania o sobie w każdej sytuacji. Rób, co chcesz, bylebyś nie szkodził innemu, to jest przykazanie liberała i ja je popieram. Myślę, że pomiędzy dziesięcioma przykazaniami a liberalizmem nie ma najmniejszego konfliktu. Może z wyjątkiem przykazania pierwszego - ale jak ktoś jest zwolennikiem wolnego wyboru, musi wolny wybór rozciągnąć także na religię." [sic! wyd.]

To podkreślone zdanie wyraża kwintesencję tryumfującego we współczesnym świecie zła. Sączona z uporem przez judeo-masonskie centrale trucizna, zawierająca w swym składzie takie fałszywe pojmowanie wolności, przenika do niemal wszystkich dziedzin ludzkiej aktywności.

Przechodzimy teraz do tematu, którego waga równa jest ogromowi zniszczeń spowodowanych jego istotą. Jest to temat dla współczesnego świata kluczowy, rozległy i wymagający gruntownych badań. W serii naszych zeszytów będzie przedmiotem szczególnego zainteresowania. W tym miejscu, mimo bólu, w imię prawdy i w poczuciu odpowiedzialności wypada go podjąć

JUDEO-MASONSKA INFILTRACJA KOSCIOLA KATOLICKIEGO

Poruszanie się w obszarze tego zagadnienia przypomina nieco stąpanie po polu minowym. Najdrobniejsza pomyłka grozi "skazaniem" niewinnej osoby na cywilną śmierć. Materiałów i rozmaitych publikacji na temat przynależności duchownych i hierarchów Kościoła katolickiego do lóż wolnomularskich jest sporo. Uznajemy je i jesteśmy przekonani o rzetelności niektórych z nich. Sumienie jednak pozwala nam na podjęcie jedynie tych wątków, których prawdziwość potwierdziły nasze własne badania. Oto jeden z nich:

INSTYTUT "TERTIO MILLENNIO ADVENIENTE"

Ideowe korzenie tego mającego swą siedzibę w Krakowie Instytutu sięgają początku lat 60-tych. W 1963 roku pod patronatem ówczesnego bp. Karola Wojtyły zainicjowano istnienie pewnego kręgu osób odbywających regularne spotkania. Krąg stanowili intelektualiści i naukowcy, a nie byli to tylko mieszkańcy królewskiego grodu.
Krakowskie spotkania odbywały się nieprzerwanie aż do pamiętnego konklawe, lecz nie był to kres owej inicjatywy. Jan Pawel II w znacznie poszerzonym, międzynarodowym gronie podtrzymuje swe kontakty ze światem, nazwijmy to intelektualistów. Miejscem tych cyklicznych spotkań jest letnia rezydencja papieska Castel Gandolfo. Nie będzie przesadą, gdy stwierdzimy, że uczestniczą w nich prominentni aktywiści "polskiej" i światowej masonerii.

Tematyka obrad w Castel Gandolfo jest zróżnicowana. Nas w niniejszym zeszycie najbardziej interesują zagadnienia gospodarczego liberalizmu. W 1990 r. Jan Paweł II powołał 10-ciu światowych ekonomistów do dyskusji nad przemianami gospodarczymi w krajach Europy Wschodniej. Wiemy o tym od jednego z uczestników tego grona. W dniu 20.X.1991 r. TVP2 wyemitowała program p.t. "Sto pytań do...", [którego] gościem był Jeffrey Sachs [p.z.], to od niego ta rewelacja.

Osoba J. Sachsa źle się nam Polakom kojarzy. Jeszcze gorzej kojarzy sie boliwijskim górnikom. Ten "podkomendny" George'a Sorosa, a jednocześnie "szef" Leszka Balcerowicza i właściwy sprawca zniszczenia polskiego przemysłu i gospodarki, doprowadził swymi liberalnymi eksperymentami do rozstrzelania pracowników boliwijskich kopalń. Dlaczego takiego eksperta wybrał sobie papież? Czy mamy odpowiedzieć na to pytanie innym, postawionym w "Gazecie Wyborczej" [16- 17.VIII.97 r.] piórem jej z-cy red. nacz. Ernesta Skalskiego [p.z.], który nie kryje swej radości i wydaje się pytać czysto retorycznie: "Czy Jan Paweł II jest liberałem?".

Papież wiele razy zabierał głos w obronie ubogich i krzywdzonych. Są to dla nas zawsze słowa krzepiące i dodające otuchy. Otucha ta jednak nie trwa zwykle długo. Rozwiewa ją zawsze jakiś niezrozumiały gest Jana Pawła II "głaszczącego" liberalizm. W 1991 r., w setną rocznicę encykliki Leona XIII "Rerum novarum" Jan Paweł II ogłasza swą "Centesimus annus", niestety da się w niej dostrzec wpływ owych 10-ciu "wybitnych światowych ekonomistów". Oto jakie zdanie można tam znaleźć: "Wolny rynek jest najbardziej skutecznym narzędziem wykorzystania zasobów i zaspokajania potrzeb..."

Te słowa to rewolucja. Rewolucja Francuska, która do Kościoła wtargnęła przez Sobor Watykański II. To rewolucja, która przeczy prawom Boga, a nadaje prawa człowiekowi: słabemu, ułomnemu, upadającemu, buntowniczemu. Wydaje tego człowieka na pastwę Złego. Kościół "posoborowy" składa tej rewolucji głęboki pokłon.

Przemawiając w 1995 r. do Zgromadzenia Ogólnego ONZ w Nowym Jorku Jan Paweł II nazwał Powszechną Deklarację Praw Człowieka jedną z najwznioślejszych wypowiedzi ludzkiego sumienia naszych czasów". Podobnie wyraził się o niej w 1970 r. Paweł VI. Deklaracja ta została uchwalona w 1948 r. w Paryżu i jest wynikiem prac światowej masonerii, trwających od czasów Konferencji Wersalskiej. Prac, którym przewodniczył Wielki Wschód Francji. (Podajemy za: Leon de Poncins, "Freemasonery and the Vatican".)

Gdzie w tej sytuacji szukać ratunku? Skąd czerpać katolicką naukę? Przetrwamy to rzecz pewna, obiecał nam to przecież sam Zbawiciel. Ale Jezus Chrystus posługuje się także nami, nędznymi grzesznikami i to ON przemawia do nas przez 2000-letnią naukę i tradycję swego Kościoła, przy której "posoborowe" 30-lecie jest tylko nadętym monstrualnie balonem. W niej ratunek, upowszechnianie jej to nasz święty obowiązek.

Przytoczymy w tym miejscu słowa, które są dla nas skołowanych modernistycznym nauczaniem, bezcennym łykiem źródlanej wody. Tak celnej charakterystyki rewolucji i jej ducha liberalizmu próżno dziś szukać w nauczaniu modernistów:
"Jeżeli zrywając jej maskę, zapytasz [Rewolucję]: Kim jesteś? ona ci odpowie: nie jestem tym, czym sądzi się, iż jestem. Wielu ludzi mówi o mnie, ale nie wielu mnie zna. Nie jestem ani karbonaryzmem, ani zamieszkami, ani zmianą monarchii w republikę, ani zastąpieniem jednej dynastii inną, ani też tymczasowym zburzeniem porządku publicznego. Nie jestem rykiem jakobinów, ani szałem la Montagne, ani walką barykad, ani grabieniem, ani podpalaniem, ani prawem agrarnym, ani gilotyną ani topieniem. Nie jestem Maratem, ani Robespierr'em, ani Babeuf’em, Mazzini'm czy Kossuth'em. Ci ludzie to moi synowie, [ale] to nie Ja. Te rzeczy to moje dzieła, to nie Ja. Ci ludzie i te rzeczy to fakty przemijające, a Ja jestem stanem trwałym. Ja jestem nienawiścią wobec wszelkiego porządku, którego człowiek nie ustanowił, i którego nie jest królem i bogiem jednocześnie. Jestem proklamacją praw człowieka, która nie dba o prawa Boga. Jestem podstawą religijnego i społecznego państwa w oparciu o wolę człowieka, a nie o wolę Boga. Ja jestem zdetronizowanym Bogiem i człowiekiem na Jego miejsce. Dlatego noszę miano Rewolucja, to jest zburzenie..." (Bp. Gaume, "La Revolution Recherches historiques", Lille.)

Powszechny dziś "dialog" Kościoła "posoborowego" ze światem tj. z ideologią liberalizmu jest rewolucją. Rewolucja potrzebuje narzędzi. Jednym z takich wysoce precyzyjnych narzędzi jest właśnie Instytut "Tertio Millennio". Jednym z "duchowych ojców" tej inicjatywy jest Michael Novak, Amerykanin pochodzenia czeskiego. Filozof, teolog, pisarz i publicysta ekonomiczny. Autor ponad 20-tu książek tłumaczonych na kilkanaście jezyków świata. Wykładowca polityki społecznej i wyznaniowej w American Enterprise Institute. Szef [1993 r.] Studiów Społecznych i Politycznych w Waszyngtonie. W latach 1981-82 przewodniczący - jako ambasador - delegacji USA w Genewskiej Komisji ds. Praw Człowieka. W 1986 r. uczestniczy w Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Pracownik amerykańskiej Komisji ds. Radia Międzynarodowego, która zarządzała "Radiem Wolna Europa" i "Radiem Liberty". Po 1989 r., kiedy pewne aspekty konspiracji stały się niepotrzebne, powiedziano głośno to, co zresztą było wiadomym od dawna, że zarówno "Wolna Europa" jak i "Radio Liberty" były ekspozyturami amerykańskiego wywiadu.

Rolę tego wywiadu w budowaniu "Nowego Światowego Ładu" doprawdy trudno przecenić. Toksyczny jad manicheizmu rozprzestrzeniany wśród katolików przez M. Novaka znalazł drogę do naszego kraju m.in. za pośrednictwem wydawnictwa "Polityka Polska", należącego do Ruchu Młodej Polski A. Halla. Dzieło to kontynuuje obecnie założyciel i główny animator Instytutu "Tertio Millennio" o. Maciej Zięba, dominikanin, ur. w 1954 r., publicysta, uczestnik opozycji w latach 70-tych. Działacz "S", sympatyk podziemnej "S". Absolwent Wydziału Fizyki na Uniwersytecie Wrocławskim. Działacz wrocławskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. W tym okresie uwikłany w pewną kryminalna aferę o charakterze obyczajowym. Służby wywiadowcze i organizacje masońskie - co w dzisiejszych czasach wychodzi na jedno - bardzo sobie cenią osoby, na które mają tego rodzaju "haka". Gwarantuje to najczęściej ich pełną dyspozycyjność i posłuszeństwo.

Być może jest tak i w przypadku o. Zięby. W 1981 r. wstępuje do Zakonu Dominikanów. W 1987 otrzymuje święcenia kapłańskie. Przez kilka lat pełni funkcję dyrektora wydawnictwa dominikańskiego "W drodze". Wydaje w tym okresie książki, właśnie M. Novaka. Po interwencji Prymasa Kard. J. Glempa zostaje zdjęty z funkcji dyrektora. Jak napisał ks. Andrzej Luter ["Gazeta Wyborcza" 24-25.I.98 r.]:
"O. Maciej Zieba położył ogromne zasługi w zbliżeniu liberalizmu i chrześcijaństwa, zarówno poprzez liczne publikacje książkowe i prasowe, jak i działalność wydawniczą w oficynie "W drodze".

O. Zięba jest bardzo częstym uczestnikiem spotkań w Castel Gandolfo, to z tych najwyższych kręgów otrzymał "szefostwo" Instytutu "Tertio Millennio". Zaszczyty i splendor, jakie spływają na o. Ziębę nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości co do jego masońskiej przynależności. W 1993 r. nominacja do Nagrody Kisiela, w Kapitule w większości wolnomularze. Uczestnictwo w Radzie Programowej "Studium Generale Europa", w ciele, które ma doradzać biskupom polskim w kwestiach dotyczących integracji naszego kraju ze Wspólnotami Europejskimi. W składzie Rady idą o lepsze masoni i współpracownicy rozmaitych wywiadów, np. A. Olechowski, czy Wł. Bartoszewski. W końcu stycznia 1998 r. o. M. Zięba został nowym prowincjałem dominikanów.

Przyjrzyjmy się teraz, jakie osoby te uczestniczą w działalności "Tertio Millennio" - będzie to interesujący przyczynek do zrozumienia mapy politycznej naszego kraju.

- Strzembosz Adam prof. prawa karnego, I Prezes Sądu Najwyższego. Związany z Wielka Lożą Narodową Polski, Ryt "Szkocki".
- Piesiewicz Krzysztof, adwokat, scenarzysta, współpracownik zmarłego reżysera Krzysztofa Kieślowskiego. Uczestnik "Lożowych" rozmów, jakimi są w istocie telewizyjne programy "Rozmowy o Polsce", prowadzone przez masona [WLNP] Andrzeja Urbańskiego.
- Walendziak Wiesław, powiązany z Unią Wolności, członek AWS, "wychowanek" polityczny A. Halla, czł. RMP. Błyskotliwa kariera dziennikarska i polityczna. Szef Kancelarii Premiera Buzka.
- Gronkiewicz-Waltz Hanna, "niezastąpiona" na tak newralgicznym stanowisku jak Prezes Narodowego Banku Polskiego. Uczestniczka heretyckiego ruchu "Odnowy w Duchu Świętym", który stanowi w kościele przyczółek masonerii okultystycznej.
- Zanussi Krzysztof, reżyser. Uczestnik okultystycznego kręgu w podwarszawskich Laskach, gdzie pod przykrywką katolickiego ośrodka dla ociemniałych działa jedna z ważniejszych central masońskich. To tu dożywała swych lat osławiona Luna Brystygierowa, "spec" od antykatolickiej roboty. To tu jej wybitny uczeń Adam Michnik pisał swój "Kościół, Lewica, Dialog".
- Wnuk-Lipiński Edmund, socjolog. Specjalista od socjotechniki.
- Rokita Jan Maria ur. 18.IV.1959 r., prawnik, polityk. Błyskotliwa kariera. Wysokie stanowiska państwowe. Związany z UW, obecnie AWS.
- Wołek Tomasz, dziennikarz, red. nacz. "Życia". Specjalista od politycznych prowokacji, pracujący na odcinku rosyjskim. Patrz: A. Hall.
- Szostek Andrzej, ks. filozof, Katolicki Uniwersytet Lubelski. oraz Zimoń Damian, Abp, Nycz Kazimierz, bp, Życiński Józef, bp., Pieronek Tadeusz, bp, szczególnie umiłowani przez Jana Pawła II "wybitni" biskupi polscy. A także:
- Mazowiecki Tadeusz, Niesiołowski Stefan, Naimski Piotr, Olechowski Andrzej, Kulesza Michał, Zieliński Michał, Palka Grzegorz, Gilowska Zyta, Komorowski Bronisław, Legutko Ryszard, Roszkowski Wojciech, Dziewanowski Kazimierz i inni.

W przeglądzie naszym pominęliśmy lub tylko wspomnieliśmy inne ważne centra wojującego liberalizmu jak Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową, czy Centrum Adama Smitha, będziemy do nich wracać. Intencją naszą było poczynając od Grupy Windsor i jej międzynarodowych powiązań, pokazać sięgającą Watykanu pajęczynę destrukcji. Kwestię roli, jaką w tym wszystkim odgrywa Jan Paweł II pozostawmy otwartą.

Tuż przed oddaniem niniejszego zeszytu do drukarni otrzymaliśmy interesujący materiał znakomicie podkreślający nasze wywody. Zamieszczamy go zatem. Swą aktualnością i "zachodnim" pochodzeniem doda on, mamy nadzieję, wartości naszej pracy. Artykuł pochodzi z włoskiej "La Stampa" [3.XII.97 r.] i jest pióra pana Pierluigi Battista, nosi zaś tytuł:

ANARCHOKAPITALISCI - CO WSPÓLNEGO MA VON HAYEK Z BAKUNINEM

Widok ich [obu] defilujących pod czerwonymi i czarnymi sztandarami anarchii, intonujących melodię "Addio, Luganobella", wydaje się wytworem wybujałej wyobraźni. Jednak żeby tak znany przedstawiciel myśli liberalno-wolnorynkowej jak Sergio Ricossa uznawał myśl anarchistyczną za pomocną w "zrozumieniu i wskazaniu chorób państwa", a nawet żeby Aldo Canovari, dyrektor programowy wydawnictwa "Liberlibri di Macerata", najbardziej zahartowanego w wolnorynkowo-anarchistycznych bojach utrzymywał, że podziela z klasycznymi anarchistami "radykalną kontestację pojęcia państwa" - to już wskazuje, że w mieszance polityczno-ideologicznej końca wieku [i końca tysiąclecia] nie można wykluczyć zaskakujących zbieżności i nieprzewidzianych odkryć. Zwłaszcza, gdy chcąc uczynić pokusę zaślubin liberalizmu z anarchią mniej ekstrawagancką, zabiera się do tego znane czasopismo anarchistyczne, w którym nazwisko Karla Raimunda Poppera stawia się obok nazwiska Bakunina.

Znana z historii droga od gospodarczego liberalizmu do anarchizmu jest w rzeczywistości dużo prostsza, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Krytyka wszechobecności państwa, pragnienie "państwa minimum", jakie opisywał taki antypaństwowiec jak Robert Nozick, budowa palisad chroniących sferę prywatną, wolność indywidualna i niezależność jednostek oraz społeczeństwa od ingerencji władzy publicznej, coraz bardziej skłonnej sprawować przytłaczającą kontrolę nad każdą dziedziną życia wspólnoty, wszystko to wywołuje postawę psychologiczną i kulturowa, która o wiele bardziej przypomina anarchistyczne odrzucenie państwa, niż instynkt samozachowawczy niektórych proroków umiarkowanego liberalizmu. Zainteresowanie dla myśli anarchistycznej pojawia się wówczas, kiedy wezwanie do "państwa minimum" pokrywa się z marzeniami o społeczeństwie, w którym rola państwa jest zredukowana aż do całkowitego zaniku, wówczas, gdy nadzieja na "mniej państwa" rozpływa się w fantazji, albo przynajmniej w hipotezie teoretycznej świata, który może obejść się bez państwa.

Oczywiście tradycyjna myśl anarchistyczna odrzuca ideę, że "mniej państwa" ma implikować, jak tego chcą anarchiści, "więcej rynku". Bakunin i Kropotkin, Costa, Malatyesa i wszyscy przedstawiciele anarchizmu romantycznego i egalitarnego przeżyliby wstrząs na samą myśl, że, jak utrzymują "wolnorynkowcy", nie ma wolności bez wolności gospodarczej. Jednakże historia fascynacji anarchią bardziej radykalnych prądów liberalizmu gospodarczego jest najoczywistszym świadectwem tego, ze określenia "prawica" i "lewica" stają się coraz bardziej zużyte i nieprecyzyjne. Zresztą w ostatnim numerze czasopisma "Volonta - Laboratorio Di Ricerche Anarchiche" [oficyna Eleuthera] ukazał się esej Nico Bertiego, w którym czytamy, że "anarchizm jest czymś więcej, niż prawica i lewica", że dąży on do syntezy dwu wartości, a mianowicie "równości" i "wolności", które potraktowane jednostronnie należą: pierwsza do lewicy, druga do prawicy. Twierdzenie radykalnie nowatorskie w porównaniu z dotychczasowym przeświadczeniem, że anarchizm w całości mieści się w tradycji lewicy.

Jednakże historia wzajemnych umizgów miedzy liberalizmem gospodarczym a anarchią zaczyna się w Ameryce, gdzie w ciągu ostatnich dziesięcioleci coraz bardziej nasilał się prąd myślowy tak zwanych "libertarian", którzy uważają się za zwolenników linii "anarchokapitalistycznej". U podstawy wszystkiego znajdują się teorie Murraya, Newtona Rothbarda, ucznia Ludwiga von Misesa i Friedricha von Hayek'a, który radykalizuje nauki swych wolnorynkowych mistrzów i proponuje zlikwidowanie obecności państwa nie tylko w gospodarce, nie tylko tam, gdzie rozdziela się podstawowe usługi, jak lecznictwo i szkoły, które przecież będąc dwiema wartościami powszechnie uznawanymi - prawem do oświaty i prawem do zdrowia - nie wymagają obowiązkowo interwencji państwa - ale też w tych bardzo delikatnych funkcjach, które określają nowoczesność państwa jako posiadacza "monopolu przemocy". Wyrwanie - jak sugerują to anarchokapitaliści - z monopolu państwa: więziennictwa, wojska i sądów, to nakreślenie drogi, na której "państwo minimum" straci również te główne prerogatywy, które klasyczna myśl liberalna wyznaczała państwu, powołanemu do zapewnienia bezpieczeństwa własnym obywatelom, nietykalności terytorium i owego minimum reguł, które zapewniają swobodny rozwój energii społecznej, nie kontrolowanej przez zbyt silne państwo.

Filoanarchistycznej wolnorynkowej prawicy amerykańskiej odpowiadałby nawet slogan "sprywatyzujmy światło Księżyca". Perspektywa obalenia państwa o wiele bardziej łączy się z anarchizmem, niż z tradycją liberalizmu europejskiego, chociaż -warto o tym przypomnieć - to Margaret Thatcher nawiązała do idei radykalnego anarchizmu, kiedy stwierdziła, że "nie istnieje społeczeństwo, lecz istnieją jednostki".

Amerykańska historia "anarchokapitalistów", to historia nieprzejednanych apostołów wolności indywidualnej i wolnego rynku, którzy łączą się w bardzo agresywne ideologicznie stowarzyszenia o niezwykle barwnych nazwach: od OSIL [International Society for Individual Liberty - Międzynarodowe Stowarzyszenie Wolności Jednostki] do Cato Institute z Waszyngtonu i Libertarian Party. Jest to równiez historia włoska, w której stowarzyszenia i spółki wydawnicze tworzą mały archipelag "anarchokapitalistyczny" coraz bardziej różnobarwny i agresywny. Robią karierę stowarzyszenia takie jak turyński CIDAS [Centro Italiano Azione Documentazione Studi], koordynowane przez Natalego Molari, które ostatnio zorganizowało w Turynie zjazd. Uczestniczył w nim nie tylko Sergio Ricossa, ale także prawnik z Padwy Francesco Cavalla, który opracowuje "anarchiczną teorię prawa" i który w wywiadzie dla Mario Giloredano z GIORNALE oświadczył:
"Anarchizm jest zasadą dobrą. Wojnę wypowiedzianą porządkowi należy doprowadzić aż do końca, ponieważ pragnienie porządku jest szaleństwem: rzeczywistość nie jest uporządkowana".

Karierę robi również wydawnictwo "Liberlibri", które wykorzystując między innymi współpracę tak znanego przedstawiciela włoskiej myśli anarchistycznej jak Raimondo Cubeddu, publikuje podstawowe dzieła "anarchokapitalizmu" amerykańskiego. Teraz na przykład znalazło się w księgarniach "L'Ingranaggio della liberta" ["W trybach wolności"] Davida Friedmana, syna Miltona Friedmana, uważanego za jednego z inspiratorów neoliberalizmu reaganowskiego. W tej atmosferze powstają warunki do spotkań i odkryć prawicowego anarchizmu.

"Zostałem zaproszony na rozmowę do pewnej mediolańskiej księgarni anarchistycznej. - opowiada Ricossa - Zostałem przyjęty z wielką serdecznością i pod koniec pewien bardzo dowcipny młody anarchista powiedział mi:
"Jesteśmy o wiele bardziej antymarksistowscy, niż pan."

Ricossa oczywiście zauważa różnice między "anarchizmem amerykańskim, a europejskim anarchizmem różnych Bakuninów i Kropotkinów", ale widzi w pragnieniu "likwidacji państwa" wspólny obszar działania i wspólny język:
"To świat który muszę poznać. I to w wieku siedemdziesięciu lat! Zaczynam go już znać, ale dalej mnie fascynuje".

Wydawca "Liberlibri" Aldo Canovari czuje się bliski anarchistom w "walce z przesądem, zgodnie z którym państwo jest darem natury, podczas gdy sytuacja jest odwrotna: aparat państwowy jest produktem historii".

Przeczucia, odkrycia, przybliżenia; badanie tekstów anarchistów podejmuje się dużo częściej na prawicy, niż na lewicy, coraz bardziej oddalonej od anarchii, którą w minionych dziesięcioleciach była zafascynowana.

* * *

Tekst powyższy dotyka zagadnienia o kapitalnym znaczeniu, gdy chodzi o zrozumienie wydarzeń politycznych współczesności. Stopień zaawansowania w budowie "Civitas Mundi" implikuje powstawanie nowego uniwersalistycznego systemu społeczno-politycznego. System ten podcina dotychczasowe podziały na lewicę i prawicę i powoduje chaos w umysłach zwykłych zjadaczy chleba. Łatwość z jaką neoliberalizm opanowuje najbardziej przeciwstawne kierunki polityczne dowodzi, jak to już stwierdziliśmy wyżej, ich pochodzenia z tego samego judeo-masońskiego pnia.

Ordo ab chao - porządek z chaosu, ta masońska dewiza urzeczywistnia się na naszych oczach. Ten Nowy Porządek to światowe panowanie Izraela. A chaos? Jaki los zgotują ludzkości "strażnicy Tradycji Pierwotnej"? Przytoczmy na zakończenie wyznanie jednego z nich:

"W każdej epoce wewnątrz lub na zewnątrz oficjalnie uznanych prądów umysłowych istniały tajemne stowarzyszenia. Sa to w zasadzie dorywcze przejawy działalności nieznanych strażników Tradycji Pierwotnej. Józef Maria Hoene-Wroński w swej pracy pod tytułem "Mesjanizm" w taki sposób przedstawia cele tego, co zwie "stowarzyszeniami mistycznymi":

1. "Uczestniczą w pochodzie Stworzenia, wytyczając granice, materializując lub wcielając, jeżeli wolno się tak wyrazić, rzeczywistość absolutną przez ćwiczenie uczuć i czynów nadprzyrodzonych".

2. " Uczestniczą w szczególności tu na ziemi w tym pochodzie Stworzenia, kierując przeznaczeniem naszej planety tak pod względem religijnym i politycznym, jak i ekonomicznym oraz intelektualnym".
I dodaje:

"Nie mogąc publicznie w czyn wprowadzić, ani omawiać nadprzyrodzonych wysiłków, jakie czyni stowarzyszenie mistyczne, by współdziałać ze Stworzeniem, ponieważ ogół by to co najmniej wyśmiał, nie mogąc tym bardziej kierować otwarcie przeznaczeniem ziemskim, ponieważ sprzeciwiłyby się temu rządy, taki tajemniczy zespół może tylko działać za pomocą tajemnych stowarzyszeń. Zgodnie zatem z aktualnym mniemaniem, wszelkie tajemne stowarzyszenia, które istniały i dotąd istnieją na naszym globie, powstawały na gruncie mistycznym, zawsze poruszane przez tajemnicze sprężyny, panowały i nadal władają światem na przekór rządom. Te tajne stowarzyszenia, tworzone w miarę potrzeb, są wyodrębnione w różnych zespołach pozornie przeciwnych, głoszących każdy z osobna i po kolei poszczególne, najbardziej sobie przeciwstawne bieżące opinie, by po zdobyciu zaufania kierować z osobna i pewnie wszystkimi stronnictwami politycznymi, religijnymi i literackimi. Są one jednak związane wspólnym nieznanym ośrodkiem, z którego otrzymują dyrektywy, w nim to ukryta sprężyna usiłuje niewidzialnie poruszać w ten sposób wszystkimi berłami ziemi".


dodajdo.com

sobota, 3 kwietnia 2010

Alleluja!





Zdrowych, spokojnych, prawdziwie radosnych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego

życzy Redakcja


dodajdo.com

środa, 31 marca 2010

Niech wygra najgodniejszy - Apel otwarty o debatę publiczną między kandydatami prawicy



W swoim felietonie z dnia 30 marca 2010 wygłoszonym na antenie Radia Maryja (Po prawyborach w PO, 2010-03-30.mp3) red. Julia M. Jaskólska wyraziła pogląd, że w nadchodzących wyborach prezydenckich przeciwnikiem kandydata Platformy Obywatelskiej Bronisława Komorowskiego, wspieranego przez Wojskowe Służby Informacyjne, będzie"wedle wszelkiego prawdopodobieństwa" Lech Kaczyński. W mniemaniu red. Jaskólskiej zwycięstwo Bronisława Komorowskiego będzie zwycięstwem wspierającej go agentury WSI, a klęską "obozu niepodległościowego" w jego walce o Polskę i początkiem jego końca. Dlatego, zdaniem p. Jaskólskiej, tacy kandydaci jak Marek Jurek, Kornel Morawiecki, Ludwik Dorn, czy Zdzisław Podkański, jeżeli nie zrezygnują z kandydowania na rzecz Lecha Kaczyńskiego, będą działać jedynie na rzecz rozproszenia głosów i będą rzekomo tworzyć swego rodzaju "rozszerzony sztab wyborczy" Bronisława Komorowskiego.

Z obszernego wywodu na temat działalności WSI poprzedzającego konkluzję na temat wyborów p. Jaskólska najwyraźniej usiłuje wzbudzić w słuchaczach Radia Maryja niechęć wyborców do wymienionych kandydatów, sugerując, iż działać oni będą na szkodę Polski, jeśli będą dalej upierać się przy swoim kandydowaniu, gdyż będą oni nie tylko "rozszerzonym sztabem wyborczym" Bronisława Komorowskiego, ale - jak można wnosić - także swego rodzaju wykonawcami planów postkomunistycznych wojskowych służb specjalnych, wykorzystujących wybory prezydenckie, by tym sposobem uzyskać kontrolę nad Urzędem Prezydenta RP.

W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak przypomnieć szereg faktów, bez których obraz sytuacji przedstawiony przez red. Julię M. Jaskólską mógłby nabrać pozorów prawdopodobieństwa. Oto one, w bardzo wielkim skrócie:

1. Lech Kaczyński przystąpił do wyborów 2005 r. pod hasłem "Warto być Polakiem", lecz wiele jego działań jako prezydent przeczy temu hasłu. Natychmiast po objęciu urzędu Prezydenta RP wprowadził on dziwny zwyczaj corocznego obchodzenia w Pałacu Prezydenckim żydowskiego święta Chanuki, zwyczaj przestrzegany skrupulatnie po dziś dzień. Przystąpił też do realizacji obietnicy złożnej wcześniej środowskom żydowskim w sprawie spełnienia przez Polskę ich bezpodstawnych roszczeń na zawrotną sumę 65 mld USD. Później, na jesieni 2006 r usiłowano w Sejmie, w którym PiS wraz z ugrupowaniami koalicyjnymi był główną partią rządzącą, zrealizować dokonane na wiosnę 2006 w USA ustalenia, przyjmując za podstawę niewycofany projekt rządu Marka Belki (SLD). Innym dokonaniem Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta RP, sprzecznym z głosznym wcześniej hasłem "warto być Polakiem", było przywitanie reaktywacji w Polsce żydowskiej masońskiej struktury B'nei B'rith, w dodatku w skandaliczny sposób dezawuujący już w pierwszym zdaniu decyzję prezydenta Mościckiego z 1938 r. Wcześniej jako minister sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka (AWS) zablokował ekshumację w Jedwabnem, uniemożliwiając ustalenie rzeczywistej liczby ofiar i to w momencie, gdy okazała się ona blisko 8-krotnie niższa od oficjalnie przyjmowanej liczby 1600 osób. Znane zaangażowanie się Lecha Kaczyńskiego jeszcze jako prezydenta m. st. Warszawy w budowę Muzeum Żydowskiego, kontytuowane w okresie prezydentury dopełnia tylko tego obrazu, mówiącego raczej, że warto być nie-Polakiem.

2. Lech Kaczyński, podobnie jak jego rodzime ugrupowanie PiS, nie reprezentuje bynajmniej idei niepodległości Polski, nie może więc w związku z tym należeć do obozu niepodległościowego. Wprawdzie w wyborach 2005 zdawał się opowiadać w swoim programie wyborczym przeciwko wszelkim europejskim projektom federacyjnym, zakładającym utworzenie europejskiego superpaństwa. Wyborca na podstawie programu PiS w zakresie polityki europejskiej miał prawo wnosić, iż prezydent z ramienia PiS będzie opowiadał się przynajmniej za taką ograniczoną suwerennością Polski, jaka wynikała ze względnie równoprawnego członkostwa w europejskiej wspólnocie gospodarczej. Tymczasem pod pozorem obrony polskiego interesu narodowego, symbolizowanej przez tzw. system pierwiastkowy, Lech Kaczyński podpisał traktat lizboński jawnie sprzeczny z Konstytucją RP, zmierzający do likwidacji zarówno państwa polskiego jako takiego, nadto do unicestwienia polskiej tożasamości narodowej. Co więcej, uczynił tak nie poddawszy nawet tego trakatu pod ocenę Trybunału Konstytucyjnego przed podpisaniem, do czego miał jedyne, konstytucyjnie wyłącznie jemu zawarowane prawo - a także obowiązek. Przypomnijmy w tym miejscu zwłaszcza pamiętny list ks. prof. Jerzego Bajdy z listopada 2007, przestrzegający Lecha Kaczyńskiego, iż "oddanie komuś suwerenności będzie aktem zdrady najwyższego stopnia".

3. Ani Lech Kaczyński, ani jego rodzima partia PiS nie jest w znakomitej swojej większości prawicowa, ani też nie może być uważana za katolicką, skoro - jak wskazują fakty - w istocie uczynione zostało wszystko, co w ich mocy, ażeby nie doszła do skutku przygotowywana zmiana konstytucji, która miała gwarantować ochronę życia od poczęcia. Jest to co najwyżej centrowo lewicowa partia politycznych hipokrytów, stwarzających pozory prawicowości i katolickości. Okoliczności tej sprawy są właśnie przedstawiane bliżej w innym miejscu i tutaj można ograniczyć się jedynie do zasygnalizowania tej kwestii.

4. Ani przywodcy PiS, ani kierowane przez nich ugrupowanie, nie różnią się w sposób bardziej zasadniczy od Platformy Obywatelskiej, opanowanej, jak słyszymy, przez postkomunistyczne Wojskowe Służby Informacyjne. Bowiem nalezy pamiętać, że jeszcze na wiosnę 2005 r., przed wyborami, Jarosław Kaczyński, przyszły premier, wystąpił w postkorowskiej, pod wieloma względami antykatolickiej i antynarodowej Fundacji Batorego ze znamiennym expose. Oświadczył się w nim z zamiarem wyeliminowania ze sceny politycznej Ligi Polskich Rodzin i Samobrony, ugrupowań określanych jako "radykalne" i zajęcia ich miejsca, co oznacza - przechwycenia naturalnego elektoratu tych partii. Później, nieomal od samego początku utworzenia większościowej koalicji rządzącej na jesieni 2006, przywódcy PiS, korzystając z prerogatyw władzy, jakie dawały im uzyskane podstępnie stanowiska rządowe, poszukiwali tzw. haków na swoich "radykalnych" koalicjantów. Oznaczało to świadome działanie w kierunku rozpadu rządzącej koalicji i przedterminowych wybor, co też nastąpiło w październiku 2007. Dodajmy, iż już na wiosnę 2007 r. było jasne, że PiS nie jest w stanie wyjść z tych przedterminowych wyborów zwycięsko. To z kolei oznaczało świadomy zamiar PIS-u, by oddać władzę Platformie Obywatelskiej, mając - podkreślmy - pełnię władzy wykonawczej (prezydent i premier z PiS) oraz większość we władzach ustawodawczych (Sejm i Senat). W istocie nie można zrozumieć polityki PiS w latach 2005-2007, a także obecnej, bez złożonej w lutym 2005 w Fundacji Batorego obietnicy marginalizacji (zredukowania do zera) ugrupowań "radykalnych" i koncepcji doprowadzenia do przedterminowych wyborów. A zatem przedstawianie obecnie PiS jako swego rodzaju koła ratunkowego dla Polski przed zalewem ze strony Platformy Obywatelskiej, opanowanej - jak słychać - przez WSI, wydaje się być znacznym nadużyciem. Bowiem to właśnie PiS jest odpowiedzialny za to, że Polską dziś rządzi Platforma Obywatelska - czytaj postkomunistyczne wojskowe służby specjalne, bo właśnie świadomie i celowo przekazał władzę w ich ręce.

O błędach i wypaczeniach przywódców PiS i całego tego ugrupowania można by jeszcze pisać długo, lecz nie taki jest cel tej wypowiedzi. W chwili, gdy istotnie ważą się losy Polski z pewnością sprawa rozbicia głosów, które w pierwszej turze wyborów prezydenckich może, choć nie musi, przechylić szalę na korzyść Platformy Obywatelskiej, jest zagadnieniem istotnie jednym z pierwszoplanowych. Nie oznacza to jednak, by należało tych, którzy w okresie swoich rządów, robiąc użytek z uzyskanej przez siebie władzy w państwie, działali na ewidentną szkodę dla Narodu i Państwa polskiego, ponownie wysuwać w wyborach z zamiarem ponownego powierzenia im steru nawy państwowej. Z całą pewnością nie może być tak, iżby przestępca ze swego przestępstwa odnosił korzyść i otrzymywał nagrodę w postaci ponownego wyboru. Nie może być tak, że zamiast niezbędnego w tej sytuacji podsumowania ich dotychczasowych dokonań, będzie zamykać się usta ich przeciwnikom, pozbawiając zarazem wyborców należnej elementarnej wiedzy na temat proponowanych kandydatów. Nie może być też tak, że ponownie, jak poprzednio w takich razach, na jasnogórskich wałach zostanie objawiony "jedynie słuszny" kandydat, tak słuszny, że nie ma dlań alternatywy. Nie może być wreszcie tak, iż rzecznikom prawdy w życiu publicznym i dobra wspólnego zamykać się będzie usta niby żartem wypowiedzianym szantażem, prawie pomówieniem, że działają na zlecenie służb specjalnych, na szkodę Polski. To właśnie takie metody polemiki i takie argumenty w debacie publicznej najpewniej oznaczać będą koniec wolnej myśli, wolnych przekonań i wolnej Polski. A co najistotniejsze - koniec obowiązującego dotąd systemu wartości!

W tej sytuacji nasuwa się jeden prosty wniosek - potrzebna jest publiczna debata, na antenie Radia Maryja i Telewizji "Trwam", lub w innym w miarę obiektywnym medium, z udziałem kandydatów, którzy mają jakąś szansę, iż zbiorą 100 tys. podpisów poparcia dla swojej kandydatury. Niech wygra ten, który będzie dla wyborców najbardziej uczciwy, najbardziej wiarogodny - dający przynajmniej nadzieję, że on nie zawiedzie. Niech wygra najgodniejszy.


dodajdo.com

czwartek, 25 marca 2010

Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (5)



Na ostateczne fiasco podjętej na jesieni 2006 próby konstytucyjnego zagwarantowania ochrony życia nienarodzonych złożyło się wiele czynników. Można tę porażkę widzieć jako splot obstrukcyjnych działań ze strony rządu, w tym Jarosława Kaczyńskiego jako premiera osobiście, zgłaszającego konkurencyjne, nieuzgodnione z nikim poprawki, kierownictwa klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości i rekomendowanej przez ten klub przewodniczącej poseł Jadwigi Wiśniewskiej, SLD z feministycznym lobby w obrębie komisji i w jej otoczeniu w zgodnym współdziałaniu ze wspomnianą przewodniczącą Wiśniewską, wreszcie doradców i ekspertów obranych przez komisję, w tym zwłaszcza przedstawicieli Biura Analiz Sejmowych Kancelarii Sejmu RP.

Przypomnijmy, że w dniu 7 września 2006 posłowie PiS, LPR. Samoobrony w liczbie 155 złożyło do laski marszałkowskiej projekt ustawy "o zmianie Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Dotychczasowy art 38, w brzmieniu: "Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia." miał uzyskać nowe brzmienie:
"Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia od momentu poczęcia."

W dniu 27 października 2006 (ostatni dzień 27. posiedzenia Sejmu V. kadencji) odbyło się pierwsze czytanie projektu (druk nr 993).

Do rozpatrzenia projektu Sejm powołał w dniu 16 listopada 2006 10-osobową komisję nadzwyczajną w składzie:
Małgorzata Bartyzel (PiS), Dariusz Kłeczek(PiS), Mirosław Krajewski (Samoobrona), Andrzej Mańka (LPR), Damian Raczkowski (PO), Elżbieta Radziszewska (PO),Anna Sobecka (RLCh), Franciszek Stefaniuk (PSL), Jolanta Szymanek-Deresz (SLD), Jadwiga Wiśniewska (PiS).

Przewodniczącą komisji na mocy decyzji klubu PiS została wybrana Jadwiga Wiśniewska, która nb. nie podpisała poselskiego projektu, a zatem już na wstępie nie był to zbyt dobry sygnał. Do prezydium komisji, jako wiceprzewodniczącyn weszli: Andrzej Mańka (LPR), Elżbieta Radziszewska (PO), Franciszek Stefaniuk (PSL).

Świeżo wybrana przewodnicząca z ramienia PiS okazała się świetnie do swego zadania przygotowana pod względem organizacyjnym i formalno-prawnym. Już na pierwszym roboczym posiedzeniu, w iście ekspresowym tempie na stałego eksperta Komisji, (który według sejmowych regulacji pochodzących z 1995 r. mógł być tylko jeden) powołany został dr hab. Włodzimierz Wróbel, wykładowca w Katedrze Prawa Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego.
(07-12-2006)

Niezależnie od wyboru stałego doradcy komisji przewodnicząca Wiśniewska z własnej inicjatywy zaprosiła do udziału w każdym posiedzeniu komisji dr Michała Królikowskiego, dyrektora Biura Analiz Sejmowych KS, co wkrótce okaże się czynnikiem o niemałym znaczeniu dla dalszego działania komisji, niekoniecznie jednak w sensie wyłącznie pozytywnym.

Przewodnicząca Wiśniewska zadbała także o to, ażeby komisja miała się nad czym pochylić. Już na pierwszym posiedzeniu komisji posłowie otrzymali trzy pierwsze ekspertyzy, zamówione jakoby przez prezydium komisji. Niezależnie od tych trzech pierwszych ekspertyz przewodnicząca "ze swej strony pozwoliła sobie na zamówienie" całego szeregu dalszych ekspertyz w sześciu zakresach tematycznych. Oświadczyła ponadto, bez poddawania tego pod dyskusję, iż "każdy z członków Komisji może sformułować temat swojej ekspertyzy i zlecić jej przygotowanie Biuru Analiz Sejmowych".

W dalszej dyskusji ponownie zaznaczyła, że "każdy z posłów może wystąpić o dowolną ekspertyzę do Biura Analiz Sejmowych KS", wyrażając przy tym nadzieję, że "każda nowa ekspertyza będzie wnosiła coś nowego do dalszej merytorycznej dyskusji". Wkrótce w pracach komisji będą miały miejsce przypadki zamawiania ekspertyz przez przewodniczącą Wiśniewską z PiS, bądź przez wiceprzewodniczącą Radziszewską z opozycyjnej Platformy Obywatelskiej - rzekomo "w imieniu komisji", ale bez najmniejszej wiedzy i zgody komisji. Tę arbitralnie podjętą decyzję ochoczo poparła m.in. również przedstawicielka SLD Jolanta Szymanek-Deresz, której zdaniem komisja powinna była dysponować "jak największą liczbą ekspertyz."

I rzeczywiście, te ekspertyzy w jakimś sensie coś nowego z sobą wnosiły. Zasada wolnych ekspertyz na dowolnie sformułowany temat doprowadziła bowiem wkrótce do tego, iż komisja została dosłownie zasypana ponad dwudziestoma różnego rodzaju ekspertyzami i opiniami prawnymi, przeważnie znacznej obszerności. Na domiar - nie było dość, iż członkowie komisji te dokumenty otrzymali pocztą elektroniczną. Posłowie musieli jeszcze usłyszeć wszystko, co się na ich temat uda powiedzieć ekspertom, przez których były szczegółowo referowane, analizowane, interpretowane i komentowane na wszelkie możliwe sposoby. Można powiedzieć, przez blisko trzy miesiące w nadzwyczajnej komisji sejmowej miał miejsce niekończący się, rozdęty ponad wszelką potrzebę ciąg wypowiedzi eksperckich, swego rodzaju festiwal prawniczej retoryki, którego członkowie komisji nadzwyczajnej mieli być raczej biernymi widzami, czy też odbiorcami.

O tym, do jakiego stopnia wzrosła rola dyrektora Biura Analiz Sejmowych w organizowaniu czasu i sposobu pracy i myślenia członków komisji świadczy fakt, iż na posiedzeniu w dniu 23 stycznia 2007 przewodnicząca komisji nie była nawet w stanie udzielić odpowiedzi, które z ekspertyz dostarczonych komisji mają być tego dnia referowane. Zmuszona była ogłosić przerwę, aby na osobności sobie tę kwestię z dyrektorem Biura ostatecznie wyjaśnić.
(23-01-2007)

Z drugiej strony dramatycznie spadła zdolność realnego wpływu na sposób działania komisji przez jej członków, - przez tych przynajmniej posłów, którzy opowiadali się za zmianą w konstytucji i którzy w komisji nadzwyczajnej zdawali się stanowić zdecydowaną większość. O trudnościach, z jakimi przyszło im się zmierzyć, niech świadczy następujący incydent. Zdarzyło się bowiem 28 lutego 2007, że po zgłoszeniu przez posła Andrzeja Mańkę wniosku formalnego o zakończenie dyskusji i przejście do rozpatrywania projektu zmiany konstytucji, przewodnicząca Wiśniewska zamiast przeprowadzić niezwłocznie głosowanie nad tym wnioskiem, do czego była zobowiązana regulaminem, przez czas dłuższy ignorowała ów wniosek, "pozwalając sobie" dopuścić do długotrwałej wymiany zdań na temat, co to znaczy "wniosek formalny". Posłanka Elżbieta Radziszewska (PO), która zazwyczaj świetnie sobie radziła z najbardziej zawiłymi ekspertyzami prawnymi i odczuwała stały ich niedosyt, postanowiła tym razem za pośrednictwem przedstawiciela Biura Legislacyjnego Sejmu wyjaśnić, czy w trakcie posiedzenia dopuszczalna jest zmiana ustalonego porządku dziennego za pomocą wniosku formalnego, czy też nie. (28-02-2007)

Na tak postawione pytanie wiceprzewodniczącej komisji nadzwyczajnej przedstawiciel Biura uchylił się od jednoznacznej odpowiedzi. Stwierdził dyplomatycznie, że sprawę tę reguluje art. 184 ust. 3 regulaminu Sejmu i że to sama komisja, a nie Biuro Legislacyjne winna zadecydować, czy dany wniosek jest wnioskiem formalnym. Ta z kolei odpowiedź eksperta prawnego doprowadziła posłankę Radziszewską do wniosku, że komisja "nie otrzymała wiążącej wykładni przedstawicieli Biura Legislacyjnego w sprawie wniosku posła Andrzeja Mańki". Niezbędna przeto była w jej przekonaniu aż przerwa w posiedzeniu, podczas której zwołane zebranie prezydium komisji dokładnie wyjaśniłaby, jaki powinien być dalszy tryb prac Komisji.

Do tego wniosku formalnego posłanki Radziszewskiej przychyliła się bez wahania przewodnicząca Wiśniewska i nie podawszy go pod głosowanie, natychmiast zarządziła przerwę, rzekomo niezbędną dla roztrząśnięcia tej jakże skomplikowanej kwestii prawnej.

Tymczasem regulamin Sejmu art. 184 ust 2. stanowi jednoznacznie, iż
"Wnioski formalne mogą dotyczyć wyłącznie spraw będących przedmiotem porządku dziennego i przebiegu posiedzenia" z przerwaniem, odroczeniem lub zamknięciem posiedzenia włącznie (art. 184 ust. 3 pkt 1. Regulamin Sejmu RP)

Poruszony tu problem respektowania wniosków formalnych przez przewodniczącą może wydawać się mało ważny, jednak jest on w rzeczywistości w najwyższym stopniu zasadniczy dla takiego, a nie innego działania komisji nadzwyczajnej w okresie grudzień 2006 - luty 2007. To właśnie dzięki wybiórczemu, nierównoprawnemu traktowaniu wniosków przez przewodniczącą Wiśniewską, była ona w stanie przesądzać w sposób arbitralny, kto ma w komisji rzeczywiście coś do powiedzenia, a kto nie. A zwłaszcza - w jakim kierunku zmierzają prace komisji. Dzięki temu była ona w stanie przedłużać nawet w nieskończoność, wygłaszanie dość zgodnych i współgrających ze sobą komentarzy nt. ekspertyz, (nb. z reguły zmierzających do storpedowania projektu zmiany konstytucji), a tym samym w sposób niewiele mający wspólnego z praworządnością odsuwać ad calendas graecas moment rozpoczęcia rozpatrywania projektu poprawki konstytucyjnej przez komisję nadzwyczajną.

Dodajmy na marginesie, że dopiero w sytuacji, gdyby taka debata istotnie się w komisji rozpoczęła, mógłby mieć zastosowanie przepis art. 184 ust. 6 regulaminu sejmowego, zakazujący zamknięcia dyskusji w trakcie debaty nad projektem ustawy konstytucyjnej.

Biorąc pod uwagę kalendarz posiedzeń Komisji, nader trudno jest mówić o jakiejś szczególnej aktywności. W okresie styczeń-luty 2007 działania komisji pod kierownictwem Jadwigi Wiśniewskiej odbyły się zaledwie trzy jednodniowe posiedzenia, jedno z nich - trzeba przyznać - trwające 12 godzin, od 8.30 do 20.30, z trudnymi dziś do ustalenia przerwami. (NKON - Rozpatrywanie na posiedzeniach komisji i podkomisji)

Równocześnie przemożny wpływ na prace komisji po przewodnictwem posłanki Wiśniewskiej (przypomnijmy - rekomendowanej przez klub parlamentarny PiS), miały zgłoszone już na przełomie 2006-2007 w mediach przez premiera Jarosława Kaczyńskiego, prezesa PiS. Już 11 stycznia 2007 poseł Dariusz Kleczek wspomniał o zamiarze zgłoszenia przez Kancelarię Rady Ministrów poprawki, polegającej na dopisaniu do istniejącego art 38. nowego ustępu 2.:
"Rzeczpospolita Polska chroni życie dzieci poczętych poprzez ustawodawstwo i wszechstronne wysiłki władz publicznych". (11-01-2007)

Poseł Kleczek wspomniał wówczas po raz pierwszy o możliwości zgłoszenia przez grupę posłów poprawki art. 38 innej, niż głosił projekt poselski, a mianowicie w art. 38 zamiast słów "od poczęcia" miały znaleźć się słowa "od momentu poczęcia do naturalnej śmierci".

W związku z tym pojawił się przed komisją problem, czy komisja ma dostateczny mandat, żeby rozszerzać zakres zmian ponad te, do jakich została powołana. Wojciech Odrowąż-Sypniewski, naczelnik Wydziału Analiz Ustrojowych i Parlamentarnych Biura Analiz Sejmowych, nie dostrzegał wówczas "zagrożenia naruszenia zasady mówiącej o zakresie dopuszczalnych poprawek". To autorytatywne stwierdzenie otworzyło z kolei drogę do dalszej modyfikacji projektu zmiany konstytucji, polegającej na przeniesieniu projektowanej zmiany polegającej na dopisaniu słów "od chwili poczęcia" z art. 38 do art. 30.

Także zdaniem dyrektora Biura Analiz Sejmowych KS dr hab. Michał Królikowskiego:
"Artykuł 30, w ocenie ekspertów, jest miejscem bardziej właściwym, gdyż w sposób bardziej pełny i naturalny wyraża intencję projektodawców." (23-01-2007)

Takie rozwiązanie poparł również stały doradca komisji prof. Włodzimierz Wróbel. Na pytanie, czy lepsza byłaby zmiana w art. 30 niż w art. 38? odpowiedział on:
"Byłoby to zdecydowanie lepsze rozwiązanie dla realizacji zamierzeń projektodawców." (23-01-2007)

Trudno powiedzieć, czy pod wpływem sugestii doradców, czy pod naciskiem kierownictwa swojego klubu, poseł Dariusz Kłeczek z PiS zaproponował w imieniu swojego klubu, ażeby art. 30 konstytucji otrzymał nowe brzmienie:
"Źródłem wolności i praw człowieka i obywatela jest przyrodzona i niezbywalna godność przysługująca człowiekowi od chwili poczęcia. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych". (23-01-2007)

Nie kwestionując intencji, w jakiej nowa poprawka art. 30 została przez posła Kłeczka zgłoszona, należy stwierdzić, iż dokonane w ten sposób przeniesienie ciężaru z ochrony życia w art. 38 na ochronę godności człowieka w art. 30 otworzyło przed ekspertami prawnymi komisji możliwość niekończących się rozważań na temat, w jaki sposób może takie rozwiązanie wpłynąć na rozumienie, czym jest człowiek. A co gorsza - pozwoliło im roztrząsać niezwykle drobiazgowo, jak dalece istniejący system prawny w Polsce nie jest przygotowany na tak daleko idącą poprawkę konstytucyjną. Natychmiast bowiem po zastosowaniu się przez wnioskodawców do wskazań doradców prawnych, tzn. po wyrażeniu zgody na zerwanie bezpośredniego związku poprawki z kwestią obrony życia, ci sami doradcy poczęli dramatycznie załamywać ręce nad tym, jak bardzo zachwalana przez nich poprawka art. 30 dotycząca godności człowieka, wypełniająca ich zdaniem najpełniej intencje projektodawców, kłóciła się w ich opinii z powszechnie dotąd stosowanymi kategoriami filozoficzno-prawnymi. Poprawka ta okazała się niezwykle zakłócać dotychczasowy system prawny w Polsce, nie przygotowany zupełnie na taką zmianę konstytucji.

W istocie oznaczało to dezawuowanie przez doradców prawnych idei konstytucyjnej poprawki jako takiej. Inaczej mówiąc, doradcy w tym momencie raczej odradzali niż doradzali komisji specjalnej w kwestii wprowadzenia zamierzonej poprawki konstytucyjnej w życie.

Stały ekspert Komisji dr hab. Włodzimierz Wróbel mógł już w tej sytuacji z czystym sumieniem stwierdzić:
"Punktem wyjścia większości ekspertyz, także moich, było przyjęcie założenia, że obecne regulacje konstytucyjne, dotyczące ochrony życia zapewniają jego ochronę od momentu poczęcia człowieka. Wobec powyższego standard ochrony życia jest obecnie taki sam, jaki będzie po wprowadzeniu zmiany proponowanej przez projektodawców. Takie samo stanowisko możemy znaleźć także w ostatnio przygotowanej ekspertyzie autorstwa prof. Andrzeja Zolla. ...Natomiast na bardzo bezpośrednio sformułowane pytanie, czy uważam za zasadną równoczesną zmianę art. 30 i 38 konstytucji, uczciwie muszę przyznać, że nie. Równoczesna zmiana art. 30 i 38 doprowadzi do znaczących wątpliwości interpretacyjnych." (28-02-2007)

Wielce znamienna była reakcja poseł Izabeli Jarugi-Nowackiej (SLD) na treść przedłożonych komisji ekspertyz i opinii prawnych:
"Po zapoznaniu się z ekspertyzami sporządzonymi na zamówienie Komisji stwierdzam, że większość z nich uznaje, że życie w Polsce jest dostatecznie chronione. Ochrona ta wynika z obecnie obowiązujących rozwiązań przyjętych w ustawy zasadniczej. W momencie wprowadzenia nowych, proponowanych zapisów do konstytucji napotkamy na szereg poważnych problemów. ...Do takich ustaw należy m.in. ustawa o zawodowej służbie żołnierzy. W ustawie tej możemy znaleźć m.in. rozwiązania dotyczące żołnierzy w ciąży. Ustawa ta nie ma jeszcze odpowiednich określeń tej kategorii żołnierzy, ale czy jej przepisy będą musiały zostać zmienione na skutek potencjalnych zmian w ustawie zasadniczej?"

W swoim kolejnym przemówieniu stały doradca dr hab. Włodzimierz Wróbel wystąpił ze zdumiewającą tezą. Otóż według niego intencją projektodawców zmian w konstytucji jest "znalezienie pewnej adekwatności regulacji konstytucyjnych do założonego standardu aksjologicznego". Tymczasem jego zdaniem problem, czy obowiązujące usatwodawstwo zwykłe w zakresie ochrony życia człowieka jest zgodne z wzorcami konstytucyjnymi, czy też nie, nie został dotąd jednoznacznie rozstrzygnięty:
"De facto odpowiedź na to pytanie otrzymamy dopiero po ewentualnych wyrokach Trybunału Konstytucyjnego. Dopiero Trybunał mógłby ostatecznie stwierdzić, czy te regulacje zgodne są z obecnie obowiązującym standardem konstytucyjnym. Uzyskanie tych rozstrzygnięć pozwoliłoby także jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy obowiązujący standard konstytucyjny jest wystarczający w perspektywie aksjologicznej."

W związku z tym stały doradca komisji nadzwyczajnej sugerował teraz, że należałoby najpierw skierować wszystkie istniejące ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. I w przypadku, gdyby Trybunał Konstytucyjny uznał, iż nie spełniają one obecnie obowiązującego konstytucyjnego standardu "w perspektywie aksjologicznej", dopiero wówczas ustawodawca, czyli Sejm RP powinien wkroczyć i dążyć do zmiany tego standardu, tak, ażeby stał się aksjologicznie wystarczający:
"Gdyby jednak okazało się, że jest on niewystarczający, to poprzez działanie ustawodawcy należałoby dążyć do zmiany tego standardu poprzez zmianę konstytucji. Obecnie dokonywanie jakichkolwiek zmian w tej mierze może mieć formę zmian dookreślających i usuwających pewne wątpliwości interpretacyjne, ale w istocie rzeczy zmiany te nie przesądzą o obowiązującym standardzie. Będzie można to ustalić dopiero poprzez interpretacje konkretnych rozwiązań ustawodawstwa zwykłego dokonanych przez Trybunał Konstytucyjny."

Jak z powyższego widać, zdaniem dr hab. Włodzimierza Wróbla, to nie Naród bezpośrednio, ani też pośrednio, poprzez Sejm RP, jest Suwerenem, panem Ustawy Zasadniczej w Polsce. Panem tym i rzeczywistym suwerenem okazuje się być Trybunał Konstytucyjny, stojący na straży jakiegoś jemu tylko znanego konstytucyjnego standardu, w jakiejś jemu tylko znanej "aksjologicznej perspektywie", wiecznej i niezmiennej, które Sejm, na zasadzie prawa objawionego, czy naturalnego, winien uznać za powszechnie obowiązującą i doń się bezwzględnie stosować. Chyba, że Trybunał orzeknie inaczej. Na domiar, paradoksalnie, to nie Konstytucja jest sama w sobie źródłem konstytucyjnego standardu, lecz na odwrót - jak zdaje się sugerować ów doradca - to z badania zgodności ustawy zasadniczej z owymi ustawami zwykłymi jako wzorcem, punktem odniesienia przez Trybunał Konstytucyjny RP, winno się wyprowadzać ewentualną potrzebę korygowania polskiej ustawy zasadniczej przez polski parlament.

W tym stanie rzeczy stały doradca komisji nadzwyczajnej był już tylko o krok od iście rewolucyjnego w swym wymiarze stwierdzenia, iż jeżeliby Sejm przyjął proponowane w projekcie zmiany Konstytucji, to Trybunał Konstytucyjny tę zmianę konstytucji najprawdopodobniej odrzuci, jako niezgodną z obowiązującym wzorcem konstytucyjnym, zawartym zdaniem tego eksperta w ustawodawstwie zwykłym. Wspomniana rewolucja, proponowana jak się wydaje przez dr hab. Wróbla, polegałaby na odwróceniu obowiązującej dotąd w Polsce hierarchicznej struktury aktów prawnych z Konstytucją na jej szczycie. Czyli, krótko mówiąc - na degradacji Konstytucji RP jako najwyższego prawa obowiązującego w Rzeczpospolitej Polskiej (art. 8. ust. 1 KRP).

.............


 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (1)

 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (2)

 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (3)

 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (4)

 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (5)


dodajdo.com

wtorek, 16 marca 2010

Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (4)



Bodaj nic tak nie ujawnia podwójnej natury politycznego stylu bycia przywódców Prawa i Sprawiedliwości jak dzieje owej nieudanej próby wprowadzenia do polskiej ustawy zasadniczej konstytucyjnych gwarancji dla ochrony życia i obrony godności człowieka w Polsce w 2007 r. Z tego też względu warto się tej sprawie przyjrzeć jeszcze raz bliżej, aczkolwiek z pewnej już perspektywy czasowej. Jednak, aby właściwie zrozumieć, co się wówczas stało, zacząć trzeba od przypomnienia, czy też raczej zrekonstruowania, ciągnącej się od 2000 roku sprawy pani Alicji Tysiąc - to także, choć z innego względu, wydaje się być historią wielce pouczającą.

Sytuacja życiowa pani Tysiąc, sądząc z opisu zawartego na stronie internetowej Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie Alicji Tysiąc, rzeczywiście przedstawiała się nad wyraz dramatycznie.

Jak z opisu tego wynika, pani Alicja Tysiąc, matka dwojga dzieci, której lekarze ze względu na postępującą poważną wadę wzroku odradzali stosowanie hormonalnych tabletek antykoncepcyjnych, gdyż mogą one tę wadę pogłębić, musiała zajść niestety w trzecią ciążę. A skoro musiała zajść, musiała też z niej, by tak rzec - wyjść. Przebyte wcześniej przez panią Tysiąc dwukrotnie cesarskie cięcia, zdaniem lekarzy, tych przynajmniej, do których się zwracała, miały zwiększać ryzyko powikłań, co miało z kolei stanowić bezsprzeczne przeciwskazanie dla utrzymania trzeciej ciąży. Na domiar złego trzecie dziecko groziło znacznym pogorszeniem już i tak niełatwej sytuacji osobistej pacjentki.

Znalazłszy się zatem po raz trzeci w stanie brzemiennym, pani Tysiąc zwracała się kolejno do trzech lekarzy okulistów. Każdy z nich niezależnie uznawał, że kolejna ciąża może zagrozić zdrowiu kobiety powodując utratę wzroku, jednak żaden z tych specjalistów z niewiadomych względów równie stanowczo odmawiał wydania dokumentu pozwalającego na legalne usunięcie ciąży ze względów zdrowotnych w publicznym zakładzie opieki zdrowotnej.

W końcu pani Tysiąc udało się znaleźć lekarza internistę, który wydał zaświadczenie o możliwości utraty przez nią wzroku wskutek kolejnego porodu, grożącego kolejnym cesarskim cięciem. Uzyskawszy upragniony dokument kobieta nie wiedziała jednak najwyraźniej, gdzie się z nim udać i co dalej czynić, zwróciła się bowiem o poradę w tej kwestii do Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Działając w przekonaniu, iż ta instytucja pomoże jej rozwiązać problemy życiowe, pani Tysiąc zapewne zupełnie nie brała pod uwagę, iż ofiarująca się z wszelką pomocą Federa może mieć na uwadze coś całkiem innego, niż ona - a mianowicie pogorszenie w jak największym stopniu jej sytuacji życiowej, ażeby uczynić ze sprawy pani Alicji swego rodzaju kozła ofiarnego, ażeby pojawił się nareszcie dostatecznie przemawiający do wyobraźni zarówno mas jak i sędziów precedens, umożliwiający Federacji i siostrzanym organizacjom proaborcyjnym skuteczne zaskarżenie do Trybunału w Strasburgu państwa polskiego w celu wymuszenia na nim zmiany stanu prawnego ustalonego od 1997 r. orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie K 26/96.

Tak. czy inaczej, uczynna nad wyraz kobieca pozarządowa instytucja non profit, wyposażona w dodatku w ponadprzeciętny zmysł przewidywania dalszego rozwoju wypadków, podała pani Tysiąc adres szpitala, w którym zabiegi usunięcia ciąży wykonywane są zarazem legalnie i bezpłatnie. Jednakże tamtejszy lekarz ginekolog, w wyniku przeprowadzonego przez siebie badania pacjentki stwierdził 26 kwietnia 2000, że zagrożenie utraty zdrowia dla przeprowadzenia zabiegu przerwania ciązy jest niedostateczne.

Co gorsza, na z takim trudem zdobytym przez pacjentkę zaświadczeniu, wystawionym przez internistę, lekarz ginekolog miał jakoby napisać, czy też napisał rzeczywiście, że się jako ginekolog nie zgadza z diagnozą swego kolegi po fachu, przez co w sposób nieodwracalny uniemożliwił pani Tysiąc skorzystania z owego zaświadczenia. I tym sposobem bezpłatne zabicie noszonego w sobie życia nienarodzonego dziecka, być może w 10-tym a niewykluczone, że nawet w 12-tym tygodniu ciąży, zostało poważnie utrudnione.

Powodowana obawą przed znacznym pogorszeniem dotychczasowej sytuacji materialnej pani Tysiąc nie dawała jednak tak łatwo za wygraną. Zdeterminowana kobieta zwróciła się do jednego z ogłaszających się w prasie codziennej ginekologów, jednego z tych, którzy pod pozorem legalnej prywatnej praktyki medycznej dokonują nielegalnych zabiegów, co zresztą wytykała skrupulatnie Federacja w swym raporcie z 2002 r. Ginekolog-przestępca za swoją zabójczą usługę domagał się początkowo 1,5 tysiąca zł. Jednak wkrótce uznał, że zabieg (operacja) wymaga udziału drugiego kwalifikowanego specjalisty - anestezjologa, być może z uwagi na dość już zaawansowaną ciążę, przez co wysokość oczekiwanego wynagrodzenia wzrosła z 1.5 tysiąca do 5 tysięcy. To z kolei przerosło możliwości finansowe niedoszłej pacjentki owego ginekologa.

W rezultacie pani Tysiąc musiała ciążę donosić i urodzić dziecko w drodze cesarskiego cięcia. W rezultacie musiało dojść jakoby do wylewu do plamki żółtej oka, co jednak nie wywołało całkowitej utraty wzroku, jak mieli przepowiadać niektórzy lekarze okuliści, a jedynie pogorszenie istniejącej już od wielu lat wady wzroku z -20 do -26 dioptrii. W rezultacie utrzymująca się ze renty inwalidzkiej (skadinąd rzeczywiście nędznej) w wysokości 540 zł. miesięcznie, kobieta, pozbawiona tak bezdusznie przez państwo polskie prawa do odwołania się od decyzji lekarza, (który z takim trudem osiągnięte zaświadczenie o konieczności dokonania przerwania ciąży nieodwracalnie zniszczył), została zmuszona do skierowania sprawy do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Naturalnie Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, zwana przez swoje aktywistki pieszczotliwie "Federą", niezwykle zatroskana jak zawsze o dobro i szczęście kobiety, a także Fundacja Helsińska, znana powszechnie z dbałości o prawa człowieka w Polsce i na świecie, nie mogły zostawić pani Tysiąc samej sobie - musiały bez względu na wszystko pani Alicji dopomóc, zwłaszcza w zakresie prawidłowego, dostatecznie przekonywującego sformułowania pism procesowych.

"Feda broni, Feda radzi, Feda nigdy cię nie zdradzi", można by rzec, parafrazując słynne hasło Ligi Kobiet z filmu "Seksmisja".

I w ten to sposób doszło, kolokwialnie mówiąc, do wkręcenia pani Alicji Tysiąc, a wraz z nią całej Polski w koła zębate międzynarodowego lobby na rzecz aborcyjno-eutanazyjnego przemysłu śmierci. Wskazując przy okazji innym kobietom w Polsce drogę do chwilowego, doraźnego poprawienia swojej nierzadko rzeczywiście opłakania godnej sytuacji życiowej.

Z drugiej strony jednak patrząc, widać na tym przykładzie jasno i wyraźnie, iż dla energicznie działającej organizacji proaborcyjnej nie ma w istocie takiego przepisu prawnego na tym świecie, któremu nie można było przeciwstawić jednostkowej konkretnej sytuacji życiowej, na podstawie której można by głosić, iż ów przepis jest nieludzki, gdyż narusza on jakoby niezbywalne prawo kobiety do zabijania dziecka noszonego pod jej sercem i dlatego powinien być on czym prędzej uchylony.

Przechodząc do sprawy odrzuconej przez Sejm poprawki do konstytucji przygotowanej przez specjalnie do tego celu powołaną sejmową nadzwyczajną komisję (rzecz już sama w sobie ekstraordynaryjna), należy przede wszystkim zwrócić uwagę na fakt, że prace nad zmianami w Konstytucji dla zapewnienia lepszej prawnej ochrony życia poczętego nie zostały bynajmniej rozpoczęte z jakiejś religijnej gorliwości posłów katolickich Sejmu V kadencji, jak się to im zwykło przypisywać (aczkolwiek takiemu działaniu bez zewnętrznych pobudek też wiele nie można by zarzucić). Przeciwnie, można przytoczyć szereg okoliczności na dowód, iż to raczej granicząca z religijnym fanatyzmem zapiekłość organizacji feministycznych i proaborcyjnych, jak również doprowadzona przez nie do stanu prawdziwiego kuriozum sprawa pani Alicji Tysiąc, zmusiła środowiska katolickie do poszukiwania konstytucyjnych gwarancji dla życia poczętego, chronionego zgodnie ze stanowionym w Polsce prawem (ustawa z dnia 7 stycznia 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży (Dz.U. Nr 17, poz. 78 ze zm.).

Dodać w tym miejscu należy, iż zmiana konstytucji przygotowywana na przełomie 2006-2007 nie stanowiła żadnej, ale to żadnej praktycznej zmiany stanu prawnego. Była to jedynie próba konstytucyjnego utrwalenia, zabezpieczenia tegoż stanu prawnego - jak już zostało wcześniej powiedziane - ustalonego w 1997 r. wskutek orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego (sprawa K 26/96). Co więcej, działanie takie było ze wszechmiar uzasadnione z powodu dramatycznej sytuacji demograficznej w Polsce - przypomnijmy - ostatnie, 27 miejsce w 2007 r. ze wszystkich krajów Unii Europejskiej pod względem dzietności rodzin - 1,2 dziecka na rodzinę.

Znacznie właściwsze byłoby w tej sytuacji stwierdzenie, że to raczej proaborcyjne grupy feministyczne miały za złe Sejmowi w ówczesnym składzie, iż ośmiela się on utrudnić im w przyszłości uchylenie lub zmianę obowiązującej ustawy zwykłą większością głosów. O ich nienajlepszych w tym względzie zamiarach świadczyły dobitnie podejmowane znaczne wysiłki w kierunku zasadniczego podważenia istniejącego stanu prawnego. Bowiem już z początkiem roku 2002 Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny opublikowała m.in. raport dowodzący rzekomej szkodliwości tej ustawy. Równocześnie do Parlamentu Europejskiego skierowany został „List 100 kobiet” z marca 2002, w którym jego sygnatariuszki "zwracały uwagę na fatalną sytuację kobiet w polskim społeczeństwie oraz na fakt, że o kwestii aborcji w Polsce decydują względy ideologiczne"."

Możnaby z tego wnosić, iż względy, jakimi kierowały się waleczne obrończynie swobód obyczajowych i prawa do nieograniczonego zabijania istoty ludzkiej pod byle pozorem, były natury czysto poza-ideologicznej. I poniekąd słusznie, zważywszy ich zacietrzewienie godne miana religijnego:
"Każdy zdawał sobie sprawę, iż prawa kobiet zostały sprzedane w zamian za poparcie Kościoła katolickiego dla integracji europejskiej" - napisała w komentarzu do tego listu Joanna Ostrowska, studentka judaistyki i filmoznawstwa UJ, publikująca w czasopismach Zadra, Parnasik i Słowo Żydowskie. (Co by było, gdyby, feminoteka.pl)

Z powyższej wypowiedzi, oddającej dość wiernie nastawienie tego środowiska, przebija widoczne rozczarowanie, iż integracja europejska nie nastąpiła bezwarunkowo, że wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej towarzyszyła ustawowe wzmożenie ochrony życia poczętego. "Federa" wraz z siostrzanymi grupami proaborcyjnymi spodziewały się, iż coraz bardziej liberalizowane prawo Unii Europejskiej w tej dziedzinie wymusi na zacofanej Polsce kapitulację i pełne podporządkowanie światłej europejskiej cywilizacji... śmierci.

15 stycznia 2003 roku skarga Alicji Tysiąc przeciwko Rzeczpospolitej Polskiej trafiła do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. W swoim wniosku powódka zarzuciła polskim urzędnikom naruszenie art. 3., art. 8., art. 13., art. 14. Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. 2 czerwca 2005 skargę tę poparły oficjalnie wspomniana już Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (która nb. pilotowała panią Alicję Tysiąc od 2000 r.), oraz Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Dodajmy, iż obie te organizacje wspierane są finansowo przez Fundację Batorego, instytucjonalne siedlisko post-KOR-owskiej lewicy laickiej, założone i finansowane przez Georgea Sorosa, usiłujące od samego momentu swego poczęcia odgrywać rolę swego rodzaju komitetu centralnego, decydującego o zasadniczych sprawach w naszym kraju. (Będzie o tym jeszcze mowa przy okazji rozważań nad założeniami przedwyborczego programu Prawa i Sprawiedliwości z 2005 r.)

"Cywilizowane" kraje europejskie, wymierające stopniowo z powodu stosowania u siebie od dawna systemowego zabijania życia nienarodzonego, a w niektórych - nawet eutanazji, nie mogły patrzeć spokojnie na "ciężką dolę kobiet" w wymierającej w jeszcze szybszym tempie Polsce. W czerwcu 2003 roku, najprawdopodobniej na zaproszenie "Federy", do portu we Władysławowie przypłynął statek „Langenort”, z ekipą holenderskiej organizacji Women on the Waves (Kobiety na Falach) na pokładzie, będący pływającą kliniką aborcyjną. Statek ten był przez szereg dni pikietowany z nadbrzeża przez Młodzież Wszechpolską. Skutecznie, jak się okazało, bowiem 24 czerwca statek został w końcu przez odpowiednie służby przeszukany, zakazane w Polsce środki farmakologiczne skonfiskowane, a kapitan statku grzecznie poproszony o opuszczenie polskiego portu.

"W październiku br. [2006 - przyp. J.R.] Trybunał zdecydował, że rozpatrzy sprawę Alicji Tysiąc, co jest jednoznaczne z rozpoznaniem sytuacji, a następnie wydaniem wyroku. Jeżeli Alicja Tysiąc wygra, będzie to precedens, który powinien w istotny sposób wpłynąć na sytuację polityczną w Polsce (projektowana zmiana w Konstytucji dotycząca ochrony życia ludzkiego od momentu poczęcia)." - stwierdza z nadzieją cytowana wyżej publicystka.

Wkrótce potem Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny wystosowuje do posłów na Sejm swoje Stanowisko w sprawie projektu zmiany Konstytucji RP, 24.10.2006,
w którym Federa stwierdza m.in:
Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny stanowczo protestuje przeciwko wszelkim próbom zaostrzenia przepisów dotyczących dopuszczalności przerywania ciąży. (...) Inicjatywa Ligi Polskich Rodzin ma jeszcze jeden cel – utrudnić w przyszłości liberalizację prawa dotyczącego dopuszczalności przerywania ciąży. (...) Apelujemy do Sejmu RP, żeby uwzględnił protesty organizacji i osób indywidualnych i odrzucił projekt Ligi Polskich Rodzin."

W tydzień później Abp Józef Michalik, Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski w liście z dnia 2 listopada 2006 skierowanym do Marszałka Sejmu Marka Jurka opowiedział się w imienu Episkopatu Polski za jednoznacznym zapisem w Konstytucji, gwarantującym prawo do życia i konieczność jego ochrony “od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci”.
"debata, którą w tych dniach rozpoczął Sejm RP nad zmianą art. 38 Konstytucji, aby zapewnić w Polsce ochronę życia “od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci”, staje się okazją do tego listu, będącego odpowiedzią na przedstawiony stan niektórych dyskusji parlamentarnych w ostatnim czasie. (...) Konstytucja powinna określać i chronić porządek, ład moralny i społeczny, zgodny z tym podstawowym prawem, które następnie prawo szczegółowe ukierunkowuje, ukonkretnia i chroni."

"Sprawa ochrony życia należy do fundamentów etyki, stoi ponad wymiarem i interesem politycznym jakiejkolwiek partii. Wszyscy politycy, publicyści i poszczególni obywatele, na miarę swoich możliwości mają obowiązek popierania ochrony życia i zabiegania o to, aby inni je popierali. Uczciwy człowiek nie może patrzeć obojętnie na zło i krzywdę grożącą niewinnemu i bezbronnemu człowiekowi!

Trzeba bronić nasze myślenie, nasze sumienia i nasz naród przed cywilizacją śmierci!

To nie tylko Europa stoi dziś na krawędzi demograficznego samobójstwa, ale na krawędzi śmierci staje w każdym z nas człowieczeństwo, ilekroć nie reagujemy na prawo pozwalając na zabicie niewinnego człowieka, albo wmawiamy sobie, że to zabójstwo może być “uzasadnione”."

I dalej:
"Beztroski nihilizm moralny nie jest w stanie stworzyć trwałych podstaw sprawiedliwego współżycia między ludźmi"

Abp Michalik przytoczył ponadto w swoim liście słowa Jana Pawła II z encykliki Evangelium vitae:
"Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion, czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający…Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać”.

W ostatnich słowach Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski zwracał się do posłów na Sejm RP z widoczną usilną prośbą, aby "odłożyli wszystkie inne motywy – w tym polityczne – i uszanowali najwyższą rację poprawnego sumienia, które prawo “nie zabijaj” czyni jednym ze wskazań promujących nasze człowieczeństwo".

Wydawać by się mogło, iż ugrupowanie o biblijnej (starotestamentalnej, co prawda) nazwie "Prawo i Sprawiedliwość", pobożna partia polityczna, której przywódcy nie omijają najmniejszej okazji, by pokazać się na wałach klasztoru jasnogórskiego i modlić się publicznie o szczególne wstawiennictwo Jasnogórskiej Pani dla swoich planów i zamierzeń, nie będzie miało większych wątpliwości, po której stronie stanąć, czyjego autorytetu usłuchać: Kościoła katolickiego, czy też Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny i Fundacji Helsińskiej.

Niestety, jak się wkrótce okaże, katolicko-patriotyczny lew, za jakiego dotąd uchodził PiS, nie jest tak jednoznaczny w swojej postawie, jakby należało się spodziewać.

(c.d.n.)


 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (1)

 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (2)

 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (3)

 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (4)

 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (5)



dodajdo.com

czwartek, 11 marca 2010

Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (3)



Zalecana przez Antoniego Macierewicza nowa, zwycięska jakoby metoda uprawiania polityki przez środowiska katolickie, patriotyczne, narodowe, oparta na taktyce bycia i lisem i lwem może zyskać poklask szerszej publiczności. Bo oto teraz dla niekórych pojawi się zapewne szansa, że nasi politycy będa nie tylko wzruszać i porywać masy swoim niewątpliwym patriotyzmem i głębokością swojej wiary, nie tylko będą mówić mądrze i przekonująco o tym, co trzeba zrobić, żeby było lepiej, niż jest, ale też będą oni wreszcie skuteczni. Nareszcie - powie ktoś - pojawią się po naszej stronie wielkie polityczne osobowości, być może mężowie stanu, którzy doprowadziwszy w swym geniuszu przywódczym do tak bardzo upragnionej zasadniczej zmiany obecnego stanu rzeczy, wreszcie zapiszą się złotymi zgłoskami na kartach naszej polskiej historii.

Zapewne znajdą się i tacy, którzy dla tej nowej taktyki znajdą stosowne ewangeliczne uzasadnienie. Inni jednak, nieco bardziej sceptyczni, skłonni byliby twierdzić coś zgoła przeciwnego. Wskazywać mianowicie, iż proponowana rzekomo zbawienna taktyka zapewne istotnie doprowadzi do wielkich zmian społecznych, politycznych, a nawet kulturowo-cywilizacyjnych, tyle tylko, iż te wielkie zmiany wcale nie muszą iść w spodziewanym kierunku, lecz będzie to raczej kierunek o 180 stopni przeciwny do pierwotnie zakładanego. Że w rezultacie owe zmiany będą miały sporo wspólnego z tą rewolucją nihilistyczną, o której wspominał niedawno ten sam Antoni Macierewicz, autor owej nowej zwycięskiej taktyki i lisa i lwa w jednym ciele politycznym.

Przypomnijmy, w dniu 4.03.2010 poseł Macierewicz stwierdził na antenie Radia Maryja:
" ...mogliśmy wczoraj obserwować jak pan marszałek Komorowski otwarcie i jasno - po raz pierwszy taka deklaracja padła z ust jakiegokolwiek polityka, nawet liberalnego - powiedział, że ludzie ze związków homoseksualnych, lesbijskich będą mieli prawo dziedziczenia po sobie. To jest decyzja, która gdyby została w polskim prawie wprowadzona naprawdę w życie, złamałaby kościec rodziny, złamałaby kościec ładu prawnego, społecznego i gospodarczego w Polsce. Trzeba sobie zdawać sprawę, jakie konsekwencje ma decyzja o możliwości dziedziczenia w związkach homoseksualnych i lesbijskich; jak będzie wyglądała pozycja kobiety w małżeństwie, jeżeli dziedziczenie zostanie przyznane związkom homoseksualnym. Że tak powiem, niszczące [konsekwencje] są oczywiste. Daję ten przykład po to, żeby pokazać, że to nie jest tylko problem związku z tajnymi dawnymi komunistycznymi służbami. To jest także rewolucja nihilizmu, którą ci ludzie chcą do Polski wprowadzić."
Z pwyższej wypowiedzi wynikałoby, iż w Polsce rewolucji nihilistycznej, o jakże katastrofalnych dla Polski skutkach jeszcze nie ma, ale niechybnie będzie, jeżeli katolicka rozgłośnia Radio Maryja nie poprze kandydata Prawa i Sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego i kiedy w miejsce tego ostatniego prezydentem zostanie obrany kandydat Platformy Obywatelskiej, Bronisław Komorowski. Jednak być może zaaferowany sprawami tajnych służb specjalnych pan poseł Macierewicz nie spostrzegł, że oto właśnie w tych dniach Trybunał w Strasburgu uznał zasadność skargi Piotra Kozaka ze Szczecina, stwierdzając, że "brak możliwości dziedziczenia przez partnerów homoseksualnych [w Polsce] narusza konwencję praw człowieka i podstawowych wolności"
(Homoseksualista wygrał z Polską, Rzeczpospolita, 3 marca 2010, za: wp.pl)

Należy w tym miejscu także zwrócić panu posłowi Macierewiczowi uwagę, że słowa Bronisława Komorowskiego o zaakceptowaniu prawa dziedziczenia przez osoby ze związków homoseksualnych wynikały, jak się wydaje, z uznania przez niego prawomocności orzeczenia Trybunału Praw Człowieka, wydającego wyroki odnośnie Polski m.in. w oparciu o zasadę pierwszeństwa prawa europejskiego nad całym prawem krajowym, włącznie z Konstytucją RP. Za tą zaś zasadniczą zmianą stanu prawnego, nie bacząc na art. 8 ust. 1. w niemal równej mierze w dniu 1 kwietnia 2008 r. w Sejmie RP opowiedziała się Platforma Obywatelska, jak też Prawo i Sprawiedliwość.

Czy zatem w dzisiejszej sytuacji jest rzeczą uprawnioną sugerować, jak czyni to poseł Antoni Macierewicz, że rewolucja nihilistyczna zostanie dopiero wprowadzona do Polski wskutek objęcia fotela prezydenta RP przez jednego z liderów Platformy Obywatelskiej, a tylko ponowny wybor, reelekcja kandydata PiS, Lecha Kaczyńskiego miałaby tej katastrofie zapobiec? Czy może w imię najlepiej rozumianego dobra wspólnego należałoby uznać raczej, że ta rewolucja nihilistyczna już w Polsce jest, już w Polsce się toczy, już trwa? Bo jeżeli miałoby się okazać, że ta rewolucja już w Polsce jest i trwa, wówczas należałby raczej zapytać, czy Lech Kaczyński daje Polakom nadzieję, iż się owej rewolucji nihilistycznej skutecznie przeciwstawi.

Tak się dziwnie składa, że zaraz po ogłoszeniu wyroku europejskiego Trybunału w sprawie dziedziczenia w nieformalnych związkach, w dodatku homoseksualnych, ma miejsce inne wydarzenie tego typu: Sąd Apelacyjny w Katowicach w sprawie Alicja Tysiąc przeciwko tygodnikowi katolickiemu "Gość Niedzielny" wydał wyrok na korzyść Alicji Tysiąc. Tym samym katowicki Sąd Apelacyjny stanął po stronie osoby, która chciała zabić swoje nienarodzone dziecko, lecz lekarze jej na to nie pozwolili, a potępił katolickiego dziennikarza red. Marka Gancarczyka i jego pismo "Gość Niedzielny" za publiczne wskazanie na fakt usiłowania zabójstwa nienarodzonego dziecka i za stosowne do czynu określenie takiego postępowania matki wobec własnego, nienarodzonego dziecka. Dodajmy, iż swoim werdyktem Sąd Apelacyjny bez wątpienia potwierdził (przynajmniej pośrednio) prawomocność wcześniejszego orzeczenia Trybunału w Strasburgu z marca 2007, przyznającego Alicji Tysiąc 25 tys. euro odszkodowania od państwa polskiego za uniemożliwienie jej dokonania zabójstwa noszonego w sobie dziecka.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wyrok Trybunału Praw Człowieka w sprawie Piotra Kozaka otwiera drogę do zalegalizowania w Polsce związków homoseksualnych, bądź do jakiekolwiek innego zrównania w prawach związków pozaprawnych z prawnie ważnymi małżeństwami rozumianymi jako związki kobiety i mężczyzny i że konsekwencje tego są poprostu nieobliczalne.

Należy też zauważyć, że wspomniany wyrok tego samego Trybunału w sprawie Alicji Tysiąc z marca 2007 r. otwierał z kolei drogę do legalizacji w Polsce procederu zabijania nienarodzonych, określanego eufemistycznie mianem "aborcja" i tym samym uderzał w Polskę nie mniej dotkliwie, niż uznanie prawa dziedziczenia w związkach homoseksualnych. Z pewnością wyrok ten był już w połowie 2008 r. czynnikiem motywującym osławioną skandalistkę Dorotę Nieznalską kolejnym skandalizującym plakatem do nagłaśniania panelu dyskusyjnego pod hasłem "Czy Trybunał w Strasburgu zalegalizował aborcję? - Wyrok Alicja Tysiąc przeciwko Polsce". Z całą pewnością wyrok ten też uruchomi całą lawinę dalszych podobnych spraw i podobnych wyroków.

Wracając do sprawy rewolucji nihilistycznej, której to jakoby jeszcze w Polsce nie ma, a która ma jakoby dopiero nadejść z chwilą porażki wyborczej Lecha Kaczyńskiego, należy wskazać, że to w dzisiejszym stanie rzeczy, tu i teraz, a nie dopiero w jakiejś bliższej czy dalszej przyszłości, red. Anna Pietraszek, członek Zarządu Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy zmuszona jest w kontekście sprawy Alicji Tysiąc stwierdzić, że "mamy do czynienia z terrorem cywilizacji śmierci". I dodaje ona zaraz potem :
"nie ma środowiska dziennikarskiego, które by żyło pasją pokazywania prawdy i obrony tej prawdy za wszelką cenę. Środowisko [dziennikarskie] samo siebie niszczy. To jest też bardzo, bardzo zła obserwacja, którą umożliwia właśnie przypadek dramatu "Gościa Niedzielnego", powiem - dramatu, dlatego, że to jest dramat uderzający w oczywistość logiki tekstu dziennikarskiego: oczywistego, prostego tekstu. Jeśli za taki tekst się odpowiada, to znaczy, że w każdej chwili dziennikarz może być posądzony w każdej sprawie o wszystko i nie móc się obronić, bo wystarczy, że będzie katolikiem."

Jeśli więc komuś nie udało się zauważyć tego wcześniej, to przynajmniej z tej wypowiedzi wynika wyraźnie, jak fałsz już obecnie staje się prawdą, a prawda fałszem, jak nawet osoba bezwzględnie zasługująca na publiczny osąd moralny sama staje się oskarżycielem, domagającym się nie tylko odszkodowania za proste wskazanie daleko idącej niewłaściwości jego postępowania przez rzetelnego dziennikarza. Co więcej, zaczyna ona uzyskiwać w swoim działaniu poparcie ze strony tego, co dotąd uważaliśmy za prawo i instytucji, uznawanych dotąd przez nas jako wymiar sprawiedliwości, ale które to "prawo" i "wymiar sprawiedliwości" na swoje dotychczasowe miano zdają się już w naszych oczach nie zasługiwać. Na domiar widać bardzo wyraźnie, jak na zasadzie domina upadek jednego elementu cywilizacji pociąga za sobą, jak dotąd nieuchronnie, upadek dalszych elementów sąsiednich. Jak na naszych oczach w błyskawicznym tempie odbywa się (dokonywane jest) swego rodzaju prucie całej tysiącletniej cywilizacyjnej tkanki.

Wydaje się, że to właśnie jest i tak właśnie wygląda w działaniu nihilistyczne "przewartościowywanie" wszelkich wartości, ów program "naprawy ludzkości", sformułowany pod koniec XIX w. przez Fryderyka Nietzschego, autora dzieła "Antychryst", niegdyś ulubieńca niemieckich faszystów z pierwszej połowy ubiegłego wieku, a obecnie, w wieku XXI, stawianego ponownie na europejskie i światowe piedestały.

Jak widać z powyższego, rewolucja nihilistyczna, o której mówił w Radio Maryja poseł Antoni Macierewicz, nie zostanie bynajmniej dopiero do Polski sprowadzona przez Bronisława Komorowskiego z chwilą, gdy ten zostanie prezydentem. Ta rewolucja już od dłuższego czasu w Polsce się odbywa. Na dodatek na przebieg jej rozwoju zdają się mieć znaczny wpływ zdarzenia z okresu pełnienia urzędu prezydenta przez Lecha Kaczyńskiego. I tu, niestety, nader trudno jest twierdzić, że za czasów tego akurat prezydenta Polska wychodziła ze starcia z nihilizmem obronną ręką. Przeciwnie - można przywołać liczne okoliczności wskazujące, iż w czasie kadencji Lecha Kaczyńskiego Polska została niemal zupełnie pozbawiona instytucjonalno-prawnych środków, mogących pomóc ją chronić przed zalewem ze strony nihilizmu. W ich świetle można zobaczyć, że działo się tak i dzieje nadal w znacznym stopniu dlatego, iż urzędujący prezydent Kaczyński traktuje swoje szanse na reelekcję w wyborach 2010 jako dobro wyższe, aniżeli dobro narodu i przyszłość Polski. Paradoksalnie, właśnie Lech Kaczyński miałby teraz Polskę chronić podczas drugiej kadencji przed skutkami swojego własnego postępowania z okresu swej pierwszej kadencji.




 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją

 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (2)

 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (3)

 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (4)

 •  Lis w skórze lwa, czyli - Przychodzi Macierewicz z propozycją (5)



dodajdo.com