Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 marca 2009

Totalitaryzm wczoraj i dziś, czyli: nie daleko pada jabłko od jabłoni



Artykuł ten jest odpowiedzią na dyskusję na forum Korespondent.pl w związku z artykułem Tomasza Migdałka "Skazani na pijar" z 2 marca 2009. (Red.)


Totalitaryzm wczoraj i dziś,
czyli: nie daleko pada jabłko od jabłoni



Porównując obecny system sprawowania władzy z systemami totalitarnymi tzw. "minionego okresu", byłbym nader ostrożny z twierdzeniami, iż daleko jej do tych drugich.

Powiedzialbym nawet, że pod wieloma względami to, co robi propaganda obecnie w dziedzinie kłamstwa medialnego, to rzemiosło Goebelsa i Urbana podniesione do rangi artyzmu, sztuki. O jej skuteczności m.in. świadczy jej "niezauważalność", zdolność do kamuflażu, w porównaniu z "ordynarnymi kłamstwami "ojców założycieli" totalitaryzmów XX w. A dlatego jest niezauważalna, iż m.in. jest ona jak gdyby rozpisana na wiele, bardzo do siebie niekiedy różnych, ale w kluczowych punktach zbieżnych głosów.

Po tzw. upadku PRL-u cenzura z ul. Mysiej przesiadła się niejako do głów obywateli, którzy w lot zgadują, jakie poglądy mogą im zaszkodzić, a jakie nie. I wystrzegają się tych pierwszych na wszelki wypadek, zwykle z dużym zapasem bezpieczeństwa. Po co władza ma się trudzić prześladowaniem centralnie, skoro sami obywatele mogą to robić za nią, jeżeli tylko umiejętnie napuści się jednych na drugich - w sposób zdecentralizowany.

Naturalnie najlepsza dla nowej władzy totalnej byłaby totalna wojna "każdego z każdym" i na ile to możliwe, w każdej istotnej sprawie.

Internet, być może nie objęty (jeszcze) regularną, urzędową cenzurą nie jest sam sobie gwarantem wolności. Gwarantem wolności obywatela jest sam obywatel w swoim obywatelskim sumieniu. Jak świadczy przypadek WTC (11 września 2001), można utrzymywać z powodzeniem urzędową wersję diametralnie inną od tej, jaka jawi się na podstawie źródeł internetowych. Jak takiej wiedzy internetowej zaradzić? Bardzo łatwo. Można powołać komisję Kongresu do zbadania czegoś tam, przy czym komisja ta zajmuje się... nieodpowiadniem na pytania, jakie zwykłym obywatelom aż się cisną na usta. Dlaczego? Ponieważ, jak w przypadku sowieckiej komisji ds. zbadania zbrodni w Katyniu, nie chodzi w pracy tej komisji bynajmniej o ustalenie prawdy obiektywnej, ale o udowodnienie nieodpowiedzialności rządzących za daną zbrodnię.

Można Traktat Lizboński uważać za w pełni zgodny z konstytucją RP, mimo, że jest ewidentnie sprzeczny. Itd. itp.

W totalitaryzmie nowego typu bowiem król nagi funkcjonuje dokładnie tak samo jak ubrany, nie wydając w dodatku na swój nowy strój monarszy ani grosza.

Ale żeby nawet źródła internetowe objawiły w pewnym momencie prawdę absolutną, to i tak będzie to wirtualna prawda absolutna, nikogo do niczego sama w sobie nie zobowiązująca. Zawsze się znajdzie oryginał, który na twierdzenie że ziemia jest kulista odpowie "Ale przecież powszechnie wiadomo, że ziemia jest płaska. Wszyscy tak myślą". Właściwie współczesna propaganda nie zajmuje się niczym innym jak ustalaniem, jak myślą owi "wszyscy", żeby im się wydawało, że stoją twardo na ziemi, choćby nie wiem jak bujali w... oparach toksycznej propagandy.

Widać z powyższego, że rezultaty dzisiejszych metod propagandowych potrafią być nie mniej "chamskie" jak w poprzednim okresie. Z tym tylko, że prawdopodobnie ktoś ze specjalistów doszedł w pewnym momencie do wniosku, że w społeczeństwie liberalnym "prywatna wiedza" indywidualna obywatela nie przesądza jeszcze o niczym, jeżeli pozostaje tylko wiedzą, bez przełożenia na czyny, na działanie. Wiedzieć, ale nie wyciągać z niej wniosków, nie przekładać jej na własne obywatelskie postępowanie i na pozostałą część własnego myślenia, to jakby zgadzać się na coś w rodzaju schizofrenii. A z takim "schizofrenicznym" obywatelem, tworzącym społeczeństwo odrębnych "wolnych" jednostek, w którym na dodatek "każdy odpowiada (tylko i wyłącznie) za siebie", w którym nie ma dobra wspólnego, w którym nie ma więzi i współzależności, władza się liczyć za bardzo nie musi. Jak obywatel, tak i ona - robi na swój sposób co, chce.

Jak długo więc obywatel poprzestawać będzie na tym, co wie, (albo co gorsza - będzie cieszyć się, że może wiedzieć bez pozwolenia władzy coś nieprawomyślnego), tak długo władza może spać spokojnie - włos jej z głowy nie spadnie. Obywatel wirtualny, tzn. nawet prywatnie najbardziej nieprawomyślny, ale na codzień demonstrujący swą realną, faktyczną prawomyślność, taki, który swoim postępowaniem na codzień niejako zaprzecza temu, co wie, w niczym nie pogarsza, ani nie polepsza PeeR-u władzy (z ang. PR - public relations - skrót na określenie świadomego kształtowania politycznego wizerunku osob publicznych - przyp). Dlaczego? Ponieważ jej PeeR opiera się nie na średniej statystycznej poglądów, ale na średniej statystyczej zachowań o charakterze kluczowym - taka behawioralna średnia statystyczna. Wirtualne wojny i rewolucje, toczące się wyłącznie w głowach obywateli, ani nawet na zamkniętych forach internetowych, nie muszą więc być dla niej koniecznie groźne. Przeciwnie, ich względne subiektywne poczucie swobody myślenia "co się zechce", może dopomagać w stwarzaniu złudzenia, iż aktualnej władzy daleko jakoby do totalitarnych systemów z okresu Goebelsa i Urbana.

I z tego wszystkiego, sądzę, rzeczywisty zwolennik rzeczywistej wolności nie może nie wyciągnąć rzeczywistych wniosków.

dodajdo.com

piątek, 20 lutego 2009

Skarga europosłów do Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie dyskryminacji WSKSiM w Toruniu, Fundacji Lux Veritatis oraz Radia Maryja



Publikujemy list, jaki europosłowie p. Urszula Krupa i p. Witold Tomczak skierowali do Rzecznika Praw Obywatelskich p. Jana Kochanowskiego w sprawie dyskryminacyjnego postępowania władz administracyjnych i państwowych wymierzonego przeciwko Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, przeciwko Fundacji Lux Veritatis i realizowanej przez nią toruńskiej geotermii, przeciwko Radiu Maryja i osobie Dyrektora Radia Maryja, O. Tadeusza Rydzyka CSsR, a przez to także, co należy podkreślić, przeciwko szerokim kręgom obywateli Rzeczpospolitej Polskiej, wspierających moralnie i materialnie wymienione instytucje. (Red.)


URSZULA KRUPA, WITOLD TOMCZAK
Posłowie Rzeczypospolitej Polskiej
do Parlamentu Europejskiego


Bruksela, 18 luty 2009 roku


Pan dr Jan Kochanowski
Rzecznik Praw Obywatelskich
Aleja Solidarności 77
00 - 090 Warszawa



Szanowny Panie Ministrze!

Wierząc, że podziela Pan przekonanie, iż wszyscy obywatele Rzeczypospolitej Polskiej są równi wobec prawa, a wszelka dyskryminacja ze względu na poglądy i zaangażowanie społeczne jest szczególnym łamaniem praw człowieka, zwracamy się do Pana w sprawie niestety bardzo trudnej.

Stoimy w Polsce wobec faktu szeroko zakrojonej akcji dyskryminacyjnej, w której bierze udział Rząd Rzeczypospolitej Polskiej. Skierowana jest ona przeciwko Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, co wyraża się między innymi wycofaniem legalnie przyznanych środków na rozwój tej uczelni. Ma to miejsce w sytuacji, w której ze środków publicznych korzystają, za przyzwoleniem Rządu, inne uczelnie prywatne. Akcja dyskryminacyjna skierowana jest także przeciwko toruńskiej geotermii, realizowanej przez Fundację Lux Veritatis, co wyraża się wycofaniem legalnie przyznanych środków na badania, oraz jednoczesną odmową zgody na przeprowadzenie zbiórki publicznej na pokrycie wydatków związanych z tym przedsięwzięciem. Ma to miejsce w czasie, w którym ten sam Rząd angażuje się na forum europejskim w popieranie nowych, ekologicznych źródeł energii.

Powodem istotnym tych dyskryminacyjnych działań jest formułowany wielokrotnie i publicznie zarzut powiązania tych inicjatyw z Radiem Maryja i z osobą Dyrektora Radia Maryja, O. Tadeusza Rydzyka CSsR. Kontekstem tego zarzutu są też bardzo liczne ataki medialne na Radio Maryja i wszelkie inicjatywy z nim związane. Są to także ataki ze strony członków Rządu i osób z jego politycznego zaplecza.

Nie ma, i w świetle Konstytucji RP być nie może, żadnej podstawy prawnej, na której można by uznać, że środowiska powiązane z Radiem Maryja nie mogą realizować takich przedsięwzięć jak prowadzenie uczelni wyższej, czy realizacja projektów geotermalnych, czy też korzystać w ich ramach z legalnie przyznanych środków publicznych, oraz z instrumentów prawnych dostępnych innym środowiskom w Polsce. Tym niemniej działania dyskryminujące są podejmowane przez Rząd, który nie mogąc wprost podważyć praw konkretnych grup obywateli do takich inicjatyw, nadużywa swoich prerogatyw do pozbawiania materialnych środków działania tych obywateli, z którymi nie zgadza się z powodów politycznych.

Dotychczas podejmowane protesty i żądania przestrzegania prawa przez Rząd RP, w tym ze strony bardzo szerokich i reprezentatywnych kręgów społecznych, pozostają bezskuteczne.

Powstaje pytanie: w jakim kierunku ewoluuje polski system ustrojowy i prawny, skoro takie dyskryminacyjne działania Rządu stały się możliwe? Niewątpliwie Rzecznik Praw Obywatelskich jest z urzędu zainteresowany poruszonym przez nas problemem. Oczekując adekwatnej i skutecznej reakcji Pana Urzędu, jesteśmy gotowi przekazać szeroki materiał faktograficzny dotyczący omawianego problemu.

Z wyrazami szacunku


(-) Urszula Krupa

(-) Witold Tomczak



dodajdo.com

sobota, 7 lutego 2009

Protest w sprawie wstrzymania przez TVP emisji filmu "Dziewczyny z jednej celi"



My, więźniowie polityczni komunistycznej Polski, internowani Stanu Wojennego, prześladowani politycznie obywatele polscy, którzy zostali wypędzeni z własnej ojczyzny, mieszkający dziś poza granicami kraju, stanowczo i zdecydowanie protestujemy przeciwko decyzji, podjętej przez Zarząd TVP S.A. (TV Polonia) o wstrzymaniu emisji dokumentalnego filmu "Dziewczyny z jednej celi" w reżyserii Piotra Zarębskiego. Film ten miał zostać wyemitowany przez Telewizję Polonia w dniu 16 stycznia 2009 r. pod zmienionym tytułem: „Więźniarki”.

Uważamy, że decyzja o wstrzymaniu emisji filmu jest podyktowana względami politycznymi, a jej celem było uniemożliwienie, poznania przez środowiska Polonii na świecie, historii bohaterów „Solidarności”, żyjących na wygnaniu i w zapomnieniu przez ponad dwadzieścia lat.

Naszym zdaniem, życie każdej z bohaterek wspomnianego filmu zasługuje na osobny film fabularny. Wszystkie one zapłaciły za wiarę w ideały „Solidarności”, za walkę o wolną Polskę i godne życie narodu cenę najwyższą. Nie walczyły o zaszczyty i władzę, nie dopominały się o państwowe odznaczenia. Choćby dlatego należy im dać prawo do opowiedzenia własnych przeżyć, aby ani one, ani ich historie nie umarły w zapomnieniu.

My, Polacy żyjący na emigracji, nie po raz pierwszy jesteśmy traktowani przez władze Rzeczpospolitej jako obywatele drugiej kategorii.

Nikt do tej pory nie przeprosił nas za doznane krzywdy. Od lat czekamy na uznanie naszych praw do utraconych w wyniku represji wynagrodzeń, zdrowia, zniszczonych karier zawodowych. Ostatnio poddawani jesteśmy poniżającej akcji „weryfikowania odniesionych krzywd”.

Nasza zdeterminowana akcja na rzecz radykalnej lustracji środowisk polonijnych oraz ujawnienia nazwisk agentów WSI, tajnych współpracowników SB i donosicieli, została powstrzymana przez Sejm RP.

Dlatego dzisiaj My, wypędzeni i żyjący na wygnaniu Polacy, występujemy w obronie honoru bohaterek filmu „Więźniarki”, domagamy się wyciągnięcia konsekwencji wobec osób, które podjęły decyzję o wstrzymaniu emisji filmu, przeproszenia bohaterek filmu i widzów Telewizji Polonia, a przede wszystkim cofnięcia tej drastycznej i kompromitującej decyzji.

Bezpośredni link do petycji: http://www.petycje.pl/3732

Elżbieta Szczepańska - psycholog, psychoterapeuta, SOR ps.„Reformatorka” 1977-1987-
Australia Zachodnia, 18 stycznia 2009r.


Źródło:
Polonia nie zobaczyła, Kworum Polsko-Polonojna Gazeta Internetowa, 25.01.2009

dodajdo.com

niedziela, 25 stycznia 2009

Do końca wierni wolnej Polsce





Naród, który nie może nawiązać do dziejów, który nie może wypowiedzieć się zgodnie z własną duchowością, jest narodem niewolniczym. Naród, który odcina się od historii, który się jej wstydzi, wychowuje młode pokolenie bez powiązań historycznych, podcina korzenie własnego istnienia.
Jan Paweł II, Papież


dodajdo.com

sobota, 10 stycznia 2009

Skandalizujący (SF)ekonomizm Rafała Ziemkiewicza



Rafał Ziemkiewicz, niegdyś wschodząca gwiazda... co ja mówię, prawdziwa supernowa późno-PRL-owskiej literatury z gatunku science fiction (SF), (w pisemku, którego zastępca redaktora naczelnego został ledwie co negatywnie zweryfikowany przez władze stanu wojennego za jego związki ze zdelegalizowaną NSZZ "Solidarność"), zdaje się obecnie kończyć, w postkomunistycznej III RP jako swego rodzaju czerwony karzeł postkomunistycznego (SF)ekonomizmu. Trzeba przy tym przyznać - (SF)ekonomizmu dość silnie nacechowanego skłonnością do publicystycznego skandalu.

Do takiego to smutnego wniosku można dojść po lekturze jego komentarza "Wielka noworoczna feeria" (Rp.pl, 28-12-2008). Bo oto postanowił ów autor (SF)ekonomizmu obliczyć, ile na sylwestrową zabawę pod gołym niebem wydaje strefa zasiłków i ubóstwa nie tylko w jego wsi, ale i w całej Polsce.

Było w tym komentarzu jakieś takie głębokie przekonanie, iż gdyby te przeogromne, zdaniem autora, kwoty pieniędzy, wydawane jakże bezmyślnie przez wielu Polaków na ognie sztuczne były wydawane roztropnie, najlepiej za wskazaniami owego autora, czyli na ubrania i chleb dla wiecznie głodnych i obdartych dzieci, na przeciekające dachy, na cieknące krany, wówczas bardzo szybko, jeśli nie natychmiast, cała strefa nędzy i ubóstwa, czyli Polska drugiej prędkości, dołączyłaby do Polski pierwszej prędkości, czyli do strefy dobrobytu i bogactwa. I w ten oto sposób cała Polska zaczęłaby z pewnością bytowanie krainy szczęśliwości, samym mlekiem i miodem płynącej.

Na uwagę zasługują przy tym dwie rzeczy. Po pierwsze, ów sylwestrowo-noworoczny rachunek (SF)ekonomiczny prowadzony nie jest z punktu widzenia strefy nędzy, ubóstwa i zasiłków społecznych, ale z punktu widzenia strefy bogactwa i dobrobytu. To sprawia, iż dostrzeżona zostaje rzecz dla innych zgoła nie zauważalna. Oto bowiem dopiero z punktu widzenia strefy bogactwa i dobrobytu można zobaczyć, iż cała masa ludzka w Polsce, która żyjąc wiecznie z zasiłków, nie przynosi państwu dochodów. Gorzej nawet: ona nie jest nawet w stanie przysporzyć dochodów bogatej strefie, zamieszkałej przez lekarzy, adwokatów i autorów literatury (SF). A dlaczego nie jest w stanie? Albowiem nie czytuje zbawczych rad Ziemkiewicza, publikowanych systematycznie w "Rzeczypospolitej", (o książkach SF nie mówiąc).

Ale grzechem najpierwszym owej pożałowania godnej strefy nędzy i ubóstwa (czyli Polski "drugiej prędkości") jest fakt, iż w sylwestrową noc emituje ona do atmosfery po wielokroć więcej dwutlenku węgla, i innych mniej czy bardziej trujących zanieczyszczeń, aniżeli strefa bogactwa i dobrobytu (czyli Polska "pierwszej prędkości"). To daje więc autorowi komentarzy z gatunku (SF)ekonomizmu pełne prawo do zabrania głosu, by wskazać, pośrednio, iż strefa nędzy i ubóstwa przekracza wszelkie możliwe granice dobrego smaku i dobrych obyczajów, naruszając niezbywalne prawa Polski pierwszej strefy do dobrych warunków klimatycznych.

Ten niedopuszczalny pod każdym względem stan rzeczy domaga się z pewnością definitywnego rozwiązania. Może, podpowiedzmy, należałoby ową tę nieobyczajną, odrażającą Polskę drugiej prędkości zepchnąć gdzieś w Bieszczady? Albo na Pustynię Błędowską? Albo może w ogóle... do morza? Niech tam sobie popływa, zamiast dymić, smrodzić i strzelać. Raz, czy dwa, do roku...

Druga rzecz, na którą warto zwrócić uwagę, to przywiązywana przez R. Ziemkiewicza przeogromna waga do tego wszystkiego, co o nim inni powiedzą złego, skoro dobrze nie umieją i nie potrafią. a nawet nie są godni. Warto sobie przypomnieć, że również przed rokiem omawiany autor autor (SF)ekonomizmu wydawał się być najgłębiej przekonany, iż

w Polsce, jak w rzadko którym kraju, można zrobić wielką karierę na jednym: na braku zahamowań w ubliżaniu każdemu, komu w danej chwili opłaca się ubliżać. Nic więcej nie trzeba, by w końcu osiągnąć pozycję jednej z najważniejszych osób w państwie, jak to się owej pociesznej personie udało." (R.Z., Mister Bluzg, niedziela, 30 grudzień 2007).

To, co zatem rzeczony autor (SF)ekonomizmu napisał rok temu w odniesieniu do Adama Michnika, dzisiaj zdaje się realizować w czynach w odniesieniu do samego siebie. Atakując więc w michnikowym stylu w istocie niemal całą wynędzniałą Polskę, pragnie on metodą skandalu dojść do tych zaszczytów, jakich on zwykłymi dostępnymi metodami sam jeszcze w Polsce nie był dostąpił.

Jeżeli tacy ludzie, takie osoby jak prof. Jerzy Żyżyński, znany ekonomista, czują się w obowiązku zabrać głos po przeczytaniu komentarzem "Wielka noworoczna feeria", to można śmiało rzec, iż w istocie Ziemkiewicz przekroczył jakieś niepisane zwyczajowe granice przyzwoitości. Czyli, że zamiar doprowadzenia do skandalu się powiódł.

Prof. J. Żyżyński napisał swój komentarz 30/12/2008 o 23:20 w sposób nadzwyczaj oględny:

Szanowny Panie Rafale,
Zawsze z przyjemnością Pana czytam, i wysoko cenię… o ile tylko nie pisze Pan o ekonomii, bo jak większość konserwatystów nie rozumie Pan za bardzo ekonomii (co u konserwatystów, których ogólnie najbardziej cenię i sam w wielu sprawach siebie do nic zaliczam, wynika z idealizmu, a w ekonomii idealizowanie jest prostą drogą do naiwności, infantylizmu albo zbrodni ekonomicznej) - i czasami, choć nie zawsze, pisze pan na tematy ekonomiczne rzeczy, z którymi trudno się zgodzić, a nawet irytują.
Tego natomiast tekstu Panu gratuluję, bo wykazał Pan w nim bezsens twierdzenia często powtarzanego przez konserwatystów właśnie albo infantylnych liberałów, że człowiek najlepiej wie co ma robić ze swoimi pieniędzmi.

Sam Pan dowodzi, że nie wie i często ze swoimi pieniędzmi postępuje głupio, bo mówiąc językiem ekonomii, źle ma ukształtowana swoją indywidualną funkcję użyteczności. Dla tych prostych ludzi bardziej użyteczne jest słuchanie przez całą noc wybuchów i gwizdów fajerwerków niż chociażby kupienie dziecku dobrej książki. Jeśli Pan pozwoli, będę tego przykładu używał na wykładach.


W jakiś czas potem, przypuszczalnie już w kilkadziesiąt minut po 12:00, widząc komentarz prof. Żyżyńskiego, napisałem w imieniu Suwerenności Narodu Polskiego:


Bardzo trafne spostrzeżenie, Panie Profesorze Żyżyński. Ze swej strony pragnę stwierdzić, że w jakimś stopniu pan Ziemkiewicz przyłożył się do obecnej sytuacji ekonomicznej w naszym kraju, do postępującego rozwarstwienia polskiego społeczeństwa. Kiedy bowiem tylko nieśmiało zaczęła się rozwijać dyskusja, czy nie należy działać proeksportowo, żeby zwiększyć dynamikę PKB, a zmniejszyć systematycznie utrzymujący się deficyt w handlu zagranicznym od 2001 roku rzędu kilkunastu miliardów dolarów rocznie, p. Ziemkiewicz rozdzierał wówczas szaty, jakie to straty poniesie polski obywatel z powodu kilkuprocentowej inflacji.

Z czego wynikałoby, że zdaniem p. Ziemkiewicza polskiemu obywatelowi będzie najlepiej jak inflacja spadnie do zera dzięki wyziębieniu gospodarki do reszty.

Fakt bujania w obłokach u autora utworów z gatunku economic fiction nie jest czymś specjalnie budzącym zdziwienie. Zdziwienie moje budzi dopiero fakt, że p. Ziemkiewiczowi nie wystarcza dotychczasowa rola liberalnego Adama Michnika, i że obecnie, sięga do arsenału niejakiego Palikota-skandalisty. I tak też go od dzisiaj będziemy traktować.


Jednak nie wszyscy odwiedzający stronę internetową byli skłonni do podobnych ceremonii. Nie szczędząc cierpkich słów określali tekst Ziemkiewicza jako godny “Gazety Wyborczej”. Zapominali oni jednak w ten sposób, że mottem tekstu Ziemkiewicza było wybite tłustym drukiem na samym wstępie:

"nigdy nie zostałem tak zasypany bluzgami jak wtedy, kiedy opisałem w swoim blogu – zresztą bez żadnego komentarza – jak wygląda sylwester u mnie na wsi".

To wszak oznaczało, że dla Ziemkiewicza, jako prawdziwego (SF)ekonomizującego skandalisty, wywołać skandal raz to nie dość. Trzeba to powtórzyć, skoro wtedy zadziałało. Nie mając zapewne na dokładkę nic mądrzejszego do napisania, musi koniecznie odgrzać swój skandaliczny wyczyn sprzed roku. To właśnie "bluzgi" pod swoim adresem najwyżej on sobie ceni. Po to jest ta cała zabawa, w myśl przykazań wodza rewolucji: "Nie ważne, czy mówią dobrze, czy źle, ważne, żeby w ogóle mówili" (J. Kuroń).

Noworoczna zabawa się skończyła. Przyszły zwykle wypełnione obowiązkami dni. Zapewne też na tym sprawa Ziemkiewicza byłaby się zakończyła, aliści w jakiś czas potem stwierdziłem, iż komentarz prof. Żyżyńskiego nadal figuruje, natomiast po moim komentarzu, opatrzonym wtedy informacją, że "trafił na biurko Redaktora", ani śladu. Mogłem sobie natomiast przeczytać sobie, iż

Komentarze zawierające sformułowania agresywnie obraźliwe (nawet wobec polityków) nie mają szans na publikację.

Wynikałoby z tego, iż opisany wyżej skandalizm R. Ziemkiewicza posiada pewien znaczący słaby punkt. Polega on na niezdolności tolerowania zbyt bliskiego sąsiedztwa własnego nazwiska z nazwiskami innych powszechnie znanych skandalistów, jak Michnik czy Palikot. To jest zbyt agresywnie obraźliwe dla polityka, a co dopiero - dla literata z gatunku (SF)ekonomizmu. Tym bardziej, w sytuacji, kiedy okazuje się, iż opisywane przezeń zjawiska nędzy i ubóstwa są m.in. skutkiem owego (SF)ekonomizmu. Kiedy staje się publicznie wiadomym, iż on sam je nie tylko akceptował, ale i działał czynnie na rzecz utrwalenia tego stanu rzeczy, co zresztą obecnie wyraża się w jego koncepcji dwóch Polsk o dwóch różnych prędkościach.

Skandalizujący (SF)ekonomizm Rafała Ziemkiewicza zniesie wiele, bardzo wiele. Nie zniesie tylko bycia "traktowanym" jak wspomniani wyżej zawodowi skandaliści. Nie może dopuścić, aby stosunkowo wąska internetowa opinia publiczna o czymś takim się dowiedziała. To mogłoby mieć nawet dla tak uodpornionego na zniewagi (SF)ekonomizmu w osobie Rafała Ziemkiewicza nazbyt fatalne następstwa.

dodajdo.com

poniedziałek, 3 listopada 2008

Merkel i żaba, czyli nowy wspaniały świat totalnej inwigilacji obywateli w UE



Kanclerz Niemiec, Angela Merkel, powiedziała w maju 2007:
Merkel plädiert für totale Überwachung (subs)

CDU całe lata postulowała wprowadzenie nadzorowania wielkich obszarów publicznych przy pomocy kamer wideo. Jeśli to nie ma być tylko sprawa CDU, dyskutowalibyśmy teraz z SPD, z Zielonymi i innymi, czy nadzorowanie takie jest konieczne, czy też nie. Ale to jest sprawa, o której nie powinniśmy dyskutować, tylko wprowadzić ją w życie!
Nie mówcie: hej, ale porzucanie śmieci, wjeżdżanie w pieszych, jazda po chodniku, parkowanie w trzecim rzędzie to nie są aż takie złe rzeczy. I tak dalej, w duchu: Nic w tym złego.
To jest sprzeczne z prawem! A jeśli zaczynacie akceptować te wykroczenia, nie jesteście w stanie określić, co jest, a co nie jest rzeczywiście złe. Zero tolerancji w sprawach bezpieczeństwa wewnętrznego, Panie i Panowie!


A oto swego rodzaju filmowy (niemiecki) komentarz do słów Żelaznej Merkel:
Die schöne neue Welt der Überwachung. 

Überwachungsstaat - wie der Frosch im heißen Wasser
Spiegel.de - www.panopti.com

To jest żaba. A to jest zbiornik z ciepłą wodą. Gdyby teraz żaba znalazła się w gorącej wodzie, natychmiast z niej wyskoczy. To logiczne. To rzeczywiście ją boli.
Kiedy żaba znajdzie się w zimnej wodzie, siedzi w niej. Gdyby teraz temperatura wzrastała bardzo powoli, żaba niczego nie zauważy. Gdy woda dojdzie do staniu wrzenia, żaba będzie już całkiem martwa.
Reakcje zaawansowanych społeczeństw są podobne, jak u tej żaby w gorącej wodzie. Przyzwyczajają się one do stopniowo zmieniających się warunków i nie pamiętają zbyt wiele z tego, co było przedtem.
W naszym społeczeństwie na przykład upowszechnia się coraz bardziej śledzenie obywateli przy pomocy kamer telewizyjnych.
Kiedy ktoś czuje się obserwowany, zachowuje się inaczej, niż ktoś nie obserwowany.
Nie jest już w stanie korzystać ze swojej wolności tak, jak wówczas, gdy był anonimowy.
Monitorowanie, na przykład, ogranicza jego wolność wypowiedzi.
W celu uniknięcia negatywnych skutków, stopniowo coraz więcej ludzi będzie dostosowywać się do norm.
W takim społeczeństwie będzie dokonywało się powolne eliminowanie ludzi inaczej myślących i oryginalnych.
Takie ujednolicone społeczeństwo nie będzie już w stanie rozwijać umysłowo i społecznie.
Nietolerancja będzie wzrastać, a zdolność do innowacji znikać.
Dlatego powinniśmy teraz spojrzeć na termometr i zobaczyć, czy aby woda nie jest już dla nas za gorąca.


dodajdo.com

środa, 12 września 2007

Czy Polacy głosując mają wpływ na wyniki wyborów w Polsce?



Czy w Polsce fałszuje się wybory? Czy Polsce potrzebna jest międzynarodowa kontrola rzetelności przeprowadzania wyborów, jak to parę dni temu proponował b. prezydent Czech Vaclaw Havel?

Jesienią zeszłego roku, po powołaniu do życia Centralnego Biura Antykorupcyjnego, złożyłem w jej siedzibie, za potwierdzeniem, następujące pismo (tu z pominięciem nazwisk i numeru komisji wyborczej):

Jerzy Rachowski Warszawa, 29.10.2006
[…]
[…]

Centralne Biuro Antykorupcyjne
Al. Ujazdowskie 9
Warszawa

Zawiadomienie
o popełnieniu przestępstwa przeciwko wolnym, demokratycznych wyborom
oraz przeciwko konstytucyjnej zasadzie suwerenności Narodu

Niniejszym zawiadamiam, iż jako członek Obwodowej Komisji Wyborczej nr NNN w gminie Warszawa-Bielany podczas I i II tury wyborów prezydenckich w dniach 9 i 23 października 2005 r. byłem świadkiem stosowania przez przewodniczącego A. X. (z zawodu taksówkarza) oraz jego zastępczynię - wiceprzewodniczącą p. B. Y. (studentkę prywatnej szkoły wyższej) sprzecznego z prawem wyborczym procederu mogącego mieć zasadnicze znaczenie dla ustalenia wyników wyborów. Jak również – że jako przeciwnik jakiegokolwiek naruszania przez wspomnianą Komisję wytycznych Państwowej Komisji Wyborczej (PKW) – poddany zostałem przez wyżej wymienionych nieprzebierającemu w środkach zorganizowanemu zastraszaniu, w celu nieujawnienia w protokole Komisji nr NNN z dnia 23.10.2005 zaobserwowanych przeze mnie wykroczeń.

Wspomniany wyżej przestępczy proceder, polegający na zatajaniu rzeczywistej liczby kart do głosowania otrzymanych przez Komisję, a przez to mogący mieć zasadnicze znaczenie dla ustalenia wyników wyborów w obwodzie, składał się z następujących czynników i okoliczności:

1. Urząd gminy przesyła do obwodowej komisji wyborczej paczkę z kartami do głosowania, w której, pomimo naklejonej nań wydrukowanej komputerowo kartki z wydrukowaną liczbą rzekomo zawartych w niej kart (np. 1322) – w rzeczywistości znajduje się o kilkadziesiąt kart do głosowania więcej.

2. Przewodniczący (wiceprzewodnicząca) komisji przyjmuje od kuriera paczkę z kartami bez komisyjnego ich liczenia, potwierdzając swym podpisem fałszywą liczbę kart do głosowania, widniejącą na wydrukowanej komputerowo etykiecie opakowania, jako liczbę kart rzeczywiście otrzymanych przez komisję z urzędu gminy.

3. Wszystkie istotne ze swego punku widzenia czynności przewodniczący komisji podejmuje samodzielnie, bez udziału innych osób, członków komisji, co najwyżej w towarzystwie zaufanej osoby. Organizuje pracę komisji tak, ażeby nie miała ona charakteru kolegialnego, wskutek czego ma on całkowitą i wyłączną kontrolę nad wszystkim co się dzieje (nie dzieje) podczas całej jej działalności. Nie istnieje zatem możliwość zgłaszania przez członka komisji formalnych wniosków dotyczących przebiegu prac komisji, a ewentualny wniosek o otwarcie protokołu i zapisania w nim wyniku liczenia otrzymanych kart może być przez przewodniczącego całkowicie zignorowany, tym bardziej, że

4. Prowadzenie protokołu komisji rozpoczęte zostaje przez przewodniczącego dopiero w ostatniej fazie pracy komisji, tj. przenoszenia na formularze wyników „na brudno” sporządzonych chaotycznie na przypadkowych kartkach papieru.

5. Praca komisji po otwarciu urny organizowana jest w taki sposób, iż każdy bierze ile chce kart wyjętych z urny, udaje się w ustronne miejsce i dokonuje samodzielnie ich liczenia. W tej sytuacji zajęci pracą poszczególni członkowie komisji nie mają możliwości oglądu, co dzieje się z kartami wyborczymi znajdującymi się w rękach innych członków komisji.

6. Otrzymane z urzędu gminy karty do głosowania nie są przeliczone komisyjnie przed otwarciem lokalu wyborczego, co stanowi jawne naruszenie wytycznych PKW, za to, jak zapewniała wiceprzewodnicząca p. B. Y., przy milczącej aprobacie przewodniczącego A. X., rzekomo zgodnie z instrukcjami udzielonymi wcześniej na szkoleniu w urzędzie gminy. Lecz jeżeli nawet zostają na żądanie członka komisji przeliczone, wynik owego liczenia nie ma znaczenia prawnego i może być podważony przez samego przewodniczącego komisji, biorącego udział w takim liczeniu z uwagi na zasadniczy, konsekwentny brak kolegialności w pracy Komisji (p. pkt 3).

7. Do protokołu, zamiast liczby kart do głosowania faktycznie otrzymanych przez komisję, wpisuje się liczbę nie otrzymaną z bezpośredniego ich liczenia, ale liczbę bądź podaną na etykiecie opakowania, bądź otrzymaną w wyniku daleko idącej dezynwoltury w „usprawnianiu” przewidzianego prawem wyborczym procedury ustalania wyników wyborów w obwodzie. I tak:

a) Ustala się wyniki głosowania w obwodzie na poszczególnych kandydatów (stronnictwa), poprzez sumowanie wyników cząstkowych liczb głosów ważnych podanych przez poszczególnych członków komisji, w tym wykrytych przez nich głosów nieważnych.

b) Uzgadnia się powyższą sumę z liczbą kart wydanych ustaloną na podstawie list wyborców przez odpowiednią korekcję tej ostatniej w taki sposób, aby nie było między obiema wielkościami różnicy.

c) Operacja końcowa ustalania zapisów w protokole wyborczym przebiega w zależności od tego, czy, w jakim stopniu, w jaki sposób i do jakiego celu zostały użyte nadmiarowe, nieujawnione karty do głosowania. Ponieważ część z tych kart może znajdować się tam, gdzie była od początku, tzn. pomiędzy kartami niewykorzystanymi, zatajenie faktu dostarczenia kart nadmiarowych do komisji wiązać się może z koniecznością wpisania do protokołu fikcyjnej liczby kart niewykorzystanych.

8. „Uproszczeniami” w procedurze działania komisji, kosztem choćby ewidentnego naruszenia prawa wyborczego są nierzadko zainteresowani działający w charakterze członków komisji młodzi ludzie, uzyskujący tą drogą możność dorobienia do swego kieszonkowego kwotę ok. dwieście pięćdziesiąt złotych, a których to młodych ludzi, niestety, zdaje się interesować najbardziej nie tyle dobro publiczne, ile raczej jak najszybsze „odwalenie” ciążącego na nich obowiązku i udanie się do domów na zasłużony odpoczynek. W dodatku, sądząc po tym, jak łatwo i bez żadnych przeszkód ze strony przewodniczącego osoby takie, ale z innych komisji wyborczych, odwiedzają wiceprzewodniczącą (także bardzo młodą wiekiem), podczas gdy komisja nie zakończyła jeszcze swojej pracy, można odnieść wrażenie, iż tworzą oni stałą, świetnie znającą się grupę osób stale trudniących się uczestnictwem we lokalnych działaniach wyborczych bądź referendalnych, dzięki swoim znajomościom i układom.

9. W razie przewidywania komplikacji i trudności, jakich nastręczać co dociekliwsi członkowie komisji, o ile nie udaje się ich zakrzyczeć i zastraszyć przy pomocy innych, zaprzyjaźnionych członków komisji, przewodniczący może zawsze zwrócić się do odpowiednich służb bezpieczeństwa o interwencję z powodu „utrudniania pracy komisji”, a nawet, w razie potrzeby – użyć pozostające w dyspozycji nadmiarowe karty do fałszywego oskarżenia niepokornego członka komisji np. o... kradzież kart do głosowania i przez to o chęć sfałszowania wyników wyborów.

W wyniku stosowania powyższego procederu w najwyższym stopniu sprzecznego z wytycznymi PKW, określone osoby w komisji obwodowej uzyskują (mogą uzyskiwać) znaczną, sięgającą kilkudziesięciu kart liczbę nadmiarowych, niekontrolowanych przez nikogo kart do głosowania. Wycofując w odpowiednim momencie, niepostrzeżenie dla innych osób z komisji określoną ilość głosów na danego kandydata (stronnictwo), a podrzucając w ich miejsce tę samą liczbę kart wypełnionych na korzyść swojego kandydata (stronnictwo), można w ten prosty sposób wykreować prawie dowolny, a pożądany przez zainteresowanego wynik głosowania w obwodzie – prawie dowolny, tzn. że nieomal każdy faktyczny zwycięzca może w rezultacie przegrać wybory, a niemal każdy faktyczny przegrywający – wygrać.

Zważyć ponadto należy, iż źródłem nadmiarowych kart do głosowania, nie podlegających niczyjej kontroli, jest co najmniej gminny (jeśli nie okręgowy) aparat wyborczy. Za pomocą wydrukowanych komputerowo etykiet na opakowaniach kart do głosowania stwarza on wrażenie, iż karty są policzone maszynowo „co do sztuki”. Można przeto powziąć poważną obawę, iż powyższy przestępczy proceder nie dotyczy jednej tylko, jakiejś wyjątkowo nierzetelnie pracującej komisji wyborczej, ale że w istocie na terenie tej samej gminy może być ich znacznie więcej. Wrażenie to potęguje dodatkowo informacja o rzekomych ustnych instrukcjach, udzielanych podczas gminnego szkolenia członkom (przewodniczącym?) obwodowych komisji wyborczych, na które to instrukcje powoływała się wiceprzewodnicząca Komisji p. B. Y., uzasadniając wobec innych członków Komisji zbędność rozliczania kart do głosowania otrzymanych przez Komisję.

Na zakończenie nadmienię, iż inna znana mi osoba potwierdziła fakt, iż jego komisja w ostatnich wyborach prezydenckich 2005 także otrzymała kilkadziesiąt kart do głosowania więcej, niż to było wyspecyfikowane na opakowaniu.

Wszystko to sprawia, iż zwłaszcza jako czynny od 1976 r. uczestnik niepodległościowej i demokratycznej opozycji przeciwko zbrodniczemu systemowi totalitarnego zniewolenia, czuję się obecnie szczególnie w obowiązku zdecydowanie przeciwstawić systemowemu korumpowaniu systemu wyborczego Jestem gotów w stosownej chwili przedstawić szczegółowe informacje o przebiegu prac wspomnianej na wstępie Obwodowej Komisji Wyborczej nr NNN w dniach 9 i 23 października 2005 r.

* * *

Tyle, jeśli chodzi o samo pismo. Jak Państwo sądzicie? Czy CBA zajęło się tą sprawą? Z faktu, iż CBA nie zwróciło się do mnie o dalsze wyjaśnienia, nic pewnego wnioskować nie można. Wydawać by się mogło, że powinno. Bo pomyślmy tylko, jeżeli zdarzyło się to w jednej gminie, to dlaczego nie miałoby znaleźć naśladowców w całej stolicy, a jak w całej stolicy, to czemuż by nie w całym kraju?

Zastanawiające w tym wszystkim jest to, iż od tej nad wyraz bulwersującej sprawy nader daleko idący dystans wykazał najpierw gminny pełnomocnik Ligi Polskich Rodzin, uchylając się zarówno w czasie trwania owych wyborów, jak i potem, od udzielenia mi jakiejkolwiek pomocy. Następnie nic wspólnego z tą sprawą nie chciał mieć także gminny pełnomocnik Prawa i Sprawiedliwości. Ten ostatni, dowiedziawszy się o co chodzi, po prostu przestał odbierać telefony. I ta ostatnia okoliczność, obojętność obu pełnomocników jest dla mnie w tym wszystkim bodaj najbardziej dająca do myślenia.

W jednym z internetowych sondaży na temat propozycji Havla międzynarodowego nadzoru nad październikowymi wyborami parlamentarnymi w Polsce 76 proc. (5732) respondentów przychylałoby się do niej, uznając ją za dobry pomysł, 23 proc. (1707) uważało, że były prezydent Czech przesadza, 1 proc. (84) nie miało zdania. Jeżeli ten sondaż jest prawdziwy, to wynikałoby z niego, że blisko 3/4 Polaków nie ma zaufania do polskiego aparatu wyborczego.

A może by więc zamiast zapraszać międzynarodowych obserwatorów i kompromitować się na cały świat, należałoby się samemu przyjrzeć z bliska działaniu wszystkich komisji wyborczych w kraju? Skoro partie polityczne zdają się być niezainteresowane rzetelnymi, niezafałszowanymi wynikami wyborów, to może powinien powstać oddolny obywatelski ruch nadzoru nadchodzących wyborów, zwłaszcza pod kątem ścisłego przestrzegania przez obwodowe komisje wyborcze przepisów polskiego prawa wyborczego?

Może kiedy Polak uświadomi sobie, że jego kartkę wyborczą, wrzucaną do urny w poczuciu obywatelskiego obowiązku ktoś z obwodowej komisji wyborczej może później bez przeszkód wrzucać do śmieci, a na jej miejsce podkładać swoją, tyle że na zupełnie innego kandydata czy ugrupowanie, czy np. w referendum w sprawie o likwidację bądź dalsze istnienie państwa polskiego, przeciwko temu państwu, przeciwko Polsce i przeciwko całemu Narodowi, to może Polak się ruszy i sam wreszcie zrobi z tym wyborczym bezprawiem należyty porządek?

Powrót do strony głównej

dodajdo.com